poniedziałek, 10 lipiec 2017 21:45

Karząca ręka Ameryki

Napisane przez

Banki i korporacje można oskarżać o wiele skandali, oszustw, krzywd wyrządzonych społeczeństwom i państwom. Wszystko racja. Ale jest taki policjant, który potrafi im wypisać wysoki mandat i wyegzekwować go. Ten policjant żąda także, by pomagać mu łapać jego wrogów. Pytanie tylko, czy działa dla naszego dobra, czy dla swojego.

Gdy rządowi brakuje pieniędzy

Niczyja własność nie jest bezpieczna, gdy rządowi brakuje pieniędzy, a już szczególnie gdy jest to niemiłosiernie zadłużony rząd amerykański. Nic więc dziwnego, że ostatnio nakłada horrendalne kary i podporządkowuje sobie banki, instytucje finansowe i światowe koncerny. A ponieważ jest to globalny hegemon, daniny ściąga z całego świata.

W tym celu USA mają przygotowane liczne przepisy. Są wśród nich sprawy antymonopolowe, dominacji karteli na rynkach, które wzięły swój początek od uchwalenia Sherman Act w 1890 r. Korupcja jest także tym terenem, na którym odgrywają wiodącą rolę. Zakazują bowiem dawania łapówek swoim koncernom – już 40 lat temu uregulowała to ustawa o „korupcji za granicą” (U.S. Foreign Corrupt Practices Act of 1977 – FCPA). Jednak w wielu regionach świata taki zakaz uniemożliwia Amerykanom konkurowanie z tymi, którzy podchodzą do problemu mniej restrykcyjnie. Aby więc „zwiększyć konkurencyjność” swoich firm, Waszyngton wziął się za karanie także firm zagranicznych. Doszło do tego, że w 2016 roku spośród pięciu najmocniej ukaranych aż cztery pochodziły spoza USA. Oprócz amerykańskiej Och-Ziff Capital były tam firmy brazylijskie (Odebrecht i Embraer), izraelska (Teva Pharmaceutical) i holenderski Telekom VimpelCom.

Coraz większej wagi nabiera element polityczny – sankcje gospodarcze, które są podstawowym narzędziem dzisiejszych asymetrycznych wojen. Reguluje to stuletnia już ustawa „o handlu z wrogiem” (Trading With the Enemy Act of 1917).

W branży finansowej Waszyngton ma świetnie przygotowaną infrastrukturę prawną. Już prawie pół wieku temu, w 1970 r., wprowadzano przepisy o „praniu brudnych pieniędzy”, nakładające na instytucje finansowe nowe obowiązki, po wielu zmianach nazywane dzisiaj prawem „o tajemnicy bankowej i praniu brudnych pieniędzy” (U.S. Bank Secrecy Act/Anti-Money Laundering – BSA/AML). Dzisiejszej ostrości przepisom nadał „USA Patriot Act” z października 2001 r., gdy po zamachach wrześniowych 9/11 wprowadzono nowe narzędzia śledzenia przepływów pieniędzy, uzasadniając to walką z finansowaniem terroryzmu.

Do egzekucji tego prawa służy szeroki wachlarz instytucji. Urząd Nadzoru nad Walutą (Office of the Comptroller of the Currency – OCC) to biuro w Departamencie Skarbu, powołane już ponad półtora wieku temu (w 1863 roku), by nadzorować obrót dolarem. To ono nadzoruje banki, by wdrażały w życie wymagania dotyczące światowej kontroli obrotu walutą i „bardziej się starały”, realizując politykę amerykańskiego rządu.

Instytucji kontrolujących wielkie finanse jest oczywiście więcej: Biuro Nadzoru nad Zagranicznymi Aktywami w Departamencie Handlu (Office of Foreign Asset Control – OFAC), Departament Sprawiedliwości, Rezerwa Federalna (FED), różni prokuratorzy okręgowi oraz bardzo ważny w tej dziedzinie departament nadzoru finansowego Nowego Jorku (New York Department of Financial Services – DFS), z prowadzącym go postrachem bankierów – Benjaminem Lawskym. Są i inne: Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (Securities and Exchange Commission – SEC) czy Ministerstwo Pracy (Department of Labor). Instytucje te dokładają się do sankcji nadzoru finansowego, żądając dodatkowych kar i restrykcji w sprawach takich banków jak Royal Bank of Scotland czy Credit Suisse.

Cele są chwalebne, jednak Waszyngton potrafi zarabiać na tej walce całkiem niezłe pieniądze. Dlatego największe znaczenie mają sprawy finansowe – przynoszą największe dochody, a jednocześnie najskuteczniej utrudniają życie wrogom Ameryki. Waszyngton ma wystarczającą siłę, może zmusić innych do podporządkowania się jego regułom gry. I nic dziwnego, że korzysta z tego, choć niepokojące jest to, że coraz intensywniej.

Dolar i banki jako narzędzie przymusu

Administracja amerykańska chce wiedzieć, jak płyną pieniądze. Szczególnie zainteresowana jest operacjami walutowymi, gdyż taka wiedza daje jej wgląd w gospodarcze i prywatne operacje finansowe całego świata korzystającego z dolara.

Narzucono więc na banki rygorystyczne wymogi, dotyczące np. identyfikacji osoby przeprowadzającej choćby wpłatę gotówki na konto, obarczając je obowiązkiem zidentyfikowania osób i instytucji obracających pieniędzmi. Banki muszą przeprowadzać ocenę ryzyka, na ile osoba czy firma jest zagrożeniem, na ile może być zaangażowana w przestępczą działalność. Jeśli podejrzewa takie ryzyko – oczywiście musi klienta prześwietlić i o wynikach zawiadomić amerykańskie instytucje rządowe. Banki sporządzają raporty z takich transakcji (Currency Transaction Reports – CTRs), a w przypadku „podejrzanej działalności” bank składa do nadzoru zawiadomienie o „jednorazowym podejrzanym akcie” (Single Suspicious Activity Reports – SARs).

W ten sposób banki muszą prowadzić cały system szpiegowania swoich klientów. I w pewnym momencie bank staje przed cienką czerwoną linią – czy działanie tego klienta jest „podejrzane” i trzeba na niego donieść? Bank ma na to 30 dni, więc jest czas na zastanawianie się. Taka decyzja jest trudna, a zaniedbanie czy niewłaściwa decyzja może nawet po latach grozić niewiarygodnie wysokimi karami.

Amerykańskie banki muszą umieszczać w sprawozdaniach dla rządu wszystkie operacje powyżej 10 tysięcy, niezależnie czy przeprowadzane w dolarach, czy w innych walutach, czy odbywały się w USA czy za granicą. Dane te są „niezwykle przydatne” dla różnych organów prawa, dzięki temu mają łatwy dostęp do większości operacji finansowych świata i z pewnością nie odmówią tego dostępu służbom wywiadu.

Przełomowy był rok 2014, kiedy władze amerykańskie zaostrzyły procedury, obejmując kontrolą i raportowaniem do nadzoru coraz szerszy zakres „ryzykownych operacji”. Regulator amerykański zażądał od banków „szczególnej kultury nadzoru”, grożąc że nawet zgodna z przepisami kontrola nie będzie wystarczająca, że musi być „prawdziwie efektywna” i wzmocniona przez „właściwe podejście”. Regulator co prawda uspokaja – „nie zakładamy, że popełni się zero błędów”, ale żąda oceny „każdego klienta indywidualnie”, a potem – doniesienia na niego, jeśli coś jest podejrzane.

Banki najchętniej zamykałyby takie podejrzane konta, jednak nadzór bankowy (OCC) nie chce takiego „prostego” rozwiązania, gdyż traci kontrolę nad interesującymi go operacjami. Zachęca więc banki, żeby wprowadzały nowe procedury oceny ryzyka, czyli głębiej prześwietlały klientów i inwigilowały ich zachowania. Rządowi USA takie działania są bardziej przydatne niż proste pozbywanie się ryzykownych klientów i operacji. Przecież mogą udać się tam, gdzie jego kontrola nie sięga, dlatego wykorzystuje każdą okazję, by zmusić korporacje i banki do wdrożenia swoich wymogów. Także połączenia i przejęcia firm, które wymagają zatwierdzenia przez agencje rządowe, są okazją by zażądać „podwyższenia kultury nadzoru”, gdyż bez tego nie otrzymają od Federal Deposit Insurance Corporation (FDIC) zgody na przejęcie czy łączenie spółek.

Co prawda ścisłe wymogi wprowadzenia całego systemu, obowiązują tylko w dużych instytucjach (powyżej 10 miliardów dolarów aktywów – dla porównania PKO Bank Polski to 40 miliardów dolarów), jednak mniejsze także muszą wprowadzić do swojej struktury urzędnika odpowiedzialnego osobiście (karnie, majątkowo) za operacje banku.

Waszyngton wie, gdzie uderzyć, żeby bolało – w portfel i to najlepiej – prywatny. Prawo wymaga powołania w banku specjalnego urzędnika, odpowiedzialnego osobiście za wdrożenie wymogów rządu, a państwo egzekwuje indywidualną odpowiedzialność osób podejmujących decyzje, surowo karząc tych, którzy niezbyt gorliwie wprowadzają narzędzia nadzoru. Pozbawianie prawa do pracy, potężne kary finansowe – wszystko po to, żeby przestraszyć i zmusić zarządy do zbierania jak najgłębszej wiedzy o swoich klientach.

Takie potężne kary mają odstraszać. To mówią wprost sędziowie nadzorujący przyznawanie się banków do winy i ugodę z urzędem – sprawę załatwia się w gabinecie sędziego czy prokuratora. Bo tę właśnie formę załatwienia sprawy preferuje amerykańska administracja, która nie chce dochodzić skomplikowanych spraw przed sądami. Mogłoby to, szczególnie w sprawach zagranicznych, zdenerwować sojuszników. Firmy także chętnie zawierają ugodę, która chroni je przed możliwymi roszczeniami cywilnymi, wolą nie narażać się na ryzyko rozszarpania na finansowe strzępy przez amerykańską maszynerię sądową. Taki los spotkał brytyjski koncern naftowy BP z powodu katastrofy na platformie wiertniczej Macondo i kosztowało go to 63 miliardy dolarów (niewiele mniej niż roczne dochody polskiego budżetu).

Widać więc, o co walczy amerykańska administracja – żeby posługiwanie się dolarem, uczestniczenie w amerykańskim rynku zobowiązywało do poważnego traktowania amerykańskich celów politycznych. Banki nie mają wyjścia, muszą się zgodzić na warunki, gdyż grozi im odebranie pozwolenia nad działalność w USA lub zakaz operacji dolarowych. Dla każdego banku o ponad-krajowych ambicjach – to wyrok śmierci. Lepiej zapłacić.

 

[...]

Andrzej Szczęśniak

Czytany 556 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.