niedziela, 22 październik 2017 21:43

Czerwone korzenie sądowniczej kasty

Napisane przez Ziemowit Miedziński

Coraz powszechniejsze przykłady małości, wręcz degrengolady moralnej i zawodowej środowiska sędziowskiego obiegają łamy licznych periodyków. Jedna z najgłębszych przyczyn tych patologii tkwi już w zaraniu kształtowania się komunistycznej jurysprudencji oraz późniejszych skutków tego stanu. Komuniści otrzymujący władzę z rąk Stalina rozumieli doskonale, że opanowanie władzy sądowniczej stanowi conditio sine qua non ich rządów. Z tego powodu już chwilę po zakończeniu działań wojennych przystąpili do organizowania sądownictwa na swoją miarę. Pod osłoną wojsk NKWD wkraczały do poszczególnych miast grupy operacyjne w celu zakładania sądów powszechnych i specjalnych. Ich zadanie nie ograniczało się tylko do wyznaczania szefów takich placówek, a także prokuratorskich. W niektórych grodach aresztowali przy pomocy Sowietów wszystkich prawników wezwanych na narady, w innych ograniczali się do aresztowania najbardziej z ich perspektywy niebezpiecznych. W ślad za tymi czynnościami szedł dekret z 22 stycznia 1946 roku, nadający specjalne prawa osobom bez wykształcenia prawniczego, ponieważ dopuszczał je do obejmowania stanowisk w wymiarze sprawiedliwości.

 

 

W tym samym roku, kojarzącym się ze sfałszowaniem referendum, komuna powołała rodzaj przyspieszonych kursów rocznych pod szyldem Szkoły Prawniczej Ministerstwa Sprawiedliwości w Łodzi, z filią wrocławską. Na jej dyrektorkę wyznaczyli dotychczasową szefową Wojewódzkiej Szkoły Partyjnej, Marię Gurowską, córkę Moryca Zanda i Frajdy z Eisenmanów, późniejszą pierwszą morderczynię gen. Augusta Fieldorfa „Nila”. W ten sposób okazała „wdzięczność działaczom Żegoty i pozostałym polskim katolikom za uratowanie od śmierci z rąk niemieckich okupantów.

Podobne (niby) Szkoły Prawnicze stanowiły jedynie preludium do powstania w 1948 roku Szkoły Prawniczej imienia Teodora Duracza. Jej patron demonstrował wyjątkowo antypolskie oblicze. Uczestnik rewolucji październikowej znalazł się wkrótce w gronie instalatorów czerwonych porządków na ziemi ukraińskiej. Następnie został przerzucony do Komunistycznej Partii Polski. Wówczas popierał oficjalne stanowisko tego ugrupowania, domagające się oddania Niemcom jakoby okupowanego przez nas Pomorza i Śląska! Z podobną renegatką, Wandą Wasilewską, tworzył prokomunistyczną Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Międzynarodową Organizację Pomocy Rewolucjonistom. Odgrywał kluczową rolę w sowieckiej siatce wywiadowczej na obszarach polskich. Jego trwałe związki z państwem Stalina podkreślała funkcja radcy prawnego sowieckiego przedstawicielstwa handlowego. Należał więc do najważniejszych figur bolszewickiego generalissimusa w Polsce. Dla zamaskowania swojej roli wywiadowczej prowadził kancelarię adwokacką. W roli obrońcy czerwonych renegatów, na czele z ojcem Michnika, Ozjaszem Szechterem, wystąpił w osławionym procesie łuckim. Wówczas przed obliczem polskiej Temidy przewinęło się 57 oskarżonych o chęć oderwania Kresów od naszej ojczyzny i obalenia państwa w celu zaprowadzenia dyktatury komunistycznej. W czasie wojny lokal Duracza nadal pozostawał ważnym ogniwem wywiadu sowieckiego, pełniąc rolę punktu kontaktowego grupy inicjatywnej, wysłanej z Moskwy. Na szczęście długo nie szkodził, gdyż Niemcy zlikwidowali go na Pawiaku. Nic więc dziwnego, że Duracz wyjątkowo nadawał się na ideał prawniczych kadr komunistycznych. Wkrótce placówka ta stała się wylęgarnią nie tylko nieuków, ale straszliwych sędziów i prokuratorów, oprawców, kierowanych tam odgórnie, najczęściej jedynie ze świadectwem ukończenia szkoły podstawowej.

Zwykle tego rodzaju nowi, „postępowi” prawnicy z partyjnej łaski rekrutowali się z kręgów aktywistów ZMP i PZPR, stających dotychczas przy warsztatach tkackich i mechanicznych w halach produkcyjnych, zasiadających za kierownicami autobusów lub tramwajów. Pamiętam z czasów pracy na Uniwersytecie Łódzkim, że w latach 70. kierownik wydziału kontroli przestrzegania prawa Prokuratury Wojewódzkiej w tym mieście zaliczał się do wychowanków tej podejrzanej „szkoły”, Zanim towarzysze dostrzegli jego nowe możliwości, ruszał drążkiem sterującym tramwajem z iście marksistowskim animuszem.

Od początku istnienia tego kuriozalnego przybytku, na jej czele stał tow. Igor Andrejew, zasłużony na niwie walki ideologicznej „o nowy typ sędziego”. Nic więc dziwnego, że do najważniejszych przedmiotów zaliczały się: materializm dialektyczny i historyczny oraz ustrój ZSRR. Andrejew, będący współmordercą sądowym wspomnianego gen. Augusta Fieldorfa „Nila”, a także wielu innych patriotów polskich, cieszył się, że „była to pierwsza wyższa uczelnia, w której wszystkie przedmioty wykładano zgodnie z założeniami marksizmu-leninizmu”. Z tego powodu „Duraczówkę” łączono z rosyjskim słowem: „durak” (głupi).

Podobne praktyki wywoływały prawdziwy wstrząs w gronie wytrawnych prawników polskich, obdarzonych wielką estymą ze względu na biegłość zawodową i wysoki poziom etyki oraz kultury, wykształconych w znakomitych wszechnicach przedwojennych. Tymczasem od przełomu lat 40. i 50. w togi sędziowskie i prokuratorskie wchodziły coraz bardziej nikczemne indywidua, wywodzące się z nizin społecznych, dziedziczące podejrzanie mało inteligentne rysy twarzy. Słynny prof. Tadeusz Przypkowski, twórca muzeum zegarów w Jędrzejowie, podobnie jak wielu uczonych, odsunięty przez komunistów od pracy na uczelni, będąc na jakimś przyjęciu, spostrzegł takiego prokuratura awansu, odznaczającego się zbójowatą fizjonomią. Profesor, wskazując na tę kreaturę, zapytał: „Jak w takim razie ma wyglądać przestępca?”

Z kolei sędziów i prokuratorów wojskowych szkoliła Oficerska Szkoła Prawnicza w Jeleniej Górze, wypuszczająca po kilkunastomiesięcznym przeszkoleniu wypróbowanych rakarzy systemu. Elewi wykazywali się najczęściej świadectwami szkół podstawowych. Progi jej przeznaczone dla wybranych i niedouczonych przekroczył między innymi brat Adama Michnika, Stefan, z zawodu elektryk, ale nadzwyczaj szybko awansujący do niezwykle wówczas wysokiego stopnia – kapitana – w wieku zaledwie 27 lat. Oczywiście, w nagrodę za nadzwyczaj gorliwe podpisywanie wyroków śmierci i długoletniego więzienia na polskich bohaterów, walczących z okupacją sowiecką.

Szef „Duraczówki", Igor Andrejew, już w 1945 roku zasilił szeregi PPR-wców, co zdarzało się nader wyjątkowo polskim inteligentom. W czasach stalinowskich traktował wykształcenie uniwersyteckie jako przeżytek epoki burżuazyjnej. O jego pozycji świadczy udział w składach Sądu Najwyższego, orzekających kary śmierci dla najlepszych patriotów polskich, z gen. Augustem Fieldorfem „Nilem" na czele. Podobnie jak pozostali towarzysze z tego zespołu sędziowskiego, Gustaw Auscalter i Emil Merz, podtrzymał wyrok śmierci na tego herosa, a następnie zaopiniował negatywnie wniosek jego adwokata o łaskę, przypieczętowując ten mord sądowy. Nic więc dziwnego, że córka Generała miała pełne prawo do powiedzenia, że jej wielkiego Ojca zabili Żydzi. W związku z jazgotem plemienia judejskiego na ten temat, ogłosiła apel do nich, żeby wskazali tylko jednego Żyda, który uratował jakiegoś Polaka z rąk oprawców żydokomunistycznych. Nigdy nie doczekała się odpowiedzi.

(...)

 

Ziemowit Miedziński

Czytany 17 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.