niedziela, 22 październik 2017 22:21

Unioniści, katolicy i pan Paisley

Napisał

Z Imperium Brytyjskiego zostaje coraz mniej. Jasne, nie istnieje ono formalnie już ponad pięćdziesięciu lat, ponieważ z wielką pompą zostało „zamknięte” w 30 stycznia 1964 roku, ale jednak chyba możemy mówić w tym przypadku, że to zamykanie ciągle się nie skończyło. Tak jak Francois Furet pisał w „Prawdziwym końcu rewolucji francuskiej”, że trwa ona do dzisiaj, podobnie możemy uznać, że i koniec Imperium Brytyjskiego jako schyłkowy okres pewnego historycznego zjawiska jeszcze nie został zamknięty. Już sama Brytania zdaje się chwiać w posadach wobec rzeczywistych lub tylko służących politycznej rozgrywce tendencjom separatystycznych Szkotów czy Irlandczyków. Wszystko to na nowo objawiło się przy okazji referendum dotyczącego Brexitu. Szkoci wyrazili swoje niezadowolenie, że Anglicy zdecydowali za nich o wyjściu z Unii Europejskiej – sami faktycznie głosowali inaczej, stali się niejako zakładnikami sąsiada dominującego w ramach Królestwa. Choć zaraz pojawiły się głosy o tym, że zamierzają oni szybko opuścić Zjednoczone Królestwo, to jednak szkocka partia niepodległościowa (Szkocka Partia Narodowa) w ostatnich wyborach do Parlamentu Brytyjskiego utraciła znaczną część głosów na rzecz labourzystów. Wszystko jest jednak jeszcze bardziej skomplikowane. To przesunięcie głosów mogło też wyniknąć z przekonania Szkotów, że Londyn się nie ugnie w sprawie niepodległości. Stanowczo zostało to zapowiedziane już w marcu ustami premier May, że nie ma mowy o żadnym referendum na temat separacji Szkocji przed upływem dekady, czyli tak jak przewiduje prawo.

Co zaś z Irlandią Północną? Można było spotkać głosy, że i Ulsterczycy skłaniają się bardziej ku pozostającej w UE irlandzkiej macierzy. Wyraziłem taką opinię w niewielkim felietonie opublikowanym na portalach małydziennik.pl i christianitas.org, zatytułowanym „Prawdziwy koniec Imperium Brytyjskiego”, którego główną tezą było przypuszczenie, że do historii przechodzi nie tylko potęga gospodarcza i militarna Anglii, ale cała brytyjska formacja cywilizacyjna, a rozpad Imperium nie zatrzyma się na brzegach Wysp Brytyjskich. Raczej sięgnie samego jego serca, przywracając tam sytuację analogiczną do tej sprzed ponad tysiąclecia, gdy był to kraj rozdrobniony politycznie, niezbyt bogaty i znajdujący się w sumie na marginesie europejskiej polityki.

Na to jednak napisał do mnie Jakub Pytel, znawca spraw brytyjskich, autor obszernego i świetnego dossier pod tytułem „Zmagania o Kościół (w) Anglii”, (opublikowanego na łamach „Christianitas” w numerze 47/2012), a także książki „Sławni konwertyci”. Był łaskaw zwrócić mi uwagę na różne nieścisłości, które zawierał mój felietonik. Wśród uwag znalazł się też akapit dotyczący Ulsteru. Pozwolę sobie przytoczyć ten fragment: „W Ulsterze spada poparcie dla zjednoczenia z Irlandią. O ile pamiętam, to ostatnio opowiadało się za tym 22 proc. ludności. Reszta woli Brytanię. A tak naprawdę to jej walutę i rynek. Mieszkańcy Ulsteru zaakceptują każdy rodzaj Brexitu, który pozwoli zachować im swobodę przekraczania granicy z Irlandią. A właściwie to Irlandczykom granicy z Ulsterem, bo to oni jeżdżą na północ na zakupy. Emocja religijna należy tam już do przeszłości, a narodowa odżywa jedynie w chwilach jakichś zawirowań (no i przy okazji wydarzeń sportowych)”.

Ktokolwiek sięga pamięcią choćby do lat osiemdziesiątych XX wieku będzie na pewno nieco zaskoczony tym opisem. W ciągu trzydziestu lat temperatura uczuć przeniosła się ze skłonności do walki zbrojnej – która dotyczyła nie tylko Irlandzkiej Armii Republikańskiej, ale i unionistów – do zwykłego pragmatyzmu gospodarczego. Faktem jest, że bojownicy z IRA już od lat 50. wieku XX coraz mniej mieli wspólnego z religijnymi podziałami charakteryzującymi ludność w Ulsterze. Katolickość była wypierana przez ideologię marksistowską w dużej mierze dlatego, że IRA zakorzeniona była w środowiskach robotniczych. Sekularyzacja sprawiła, że obok narodowościowych na pierwszy plan wyszły kwestie „klasowe”. Dzisiaj Sinn Féin – polityczne skrzydło IRA prezentuje się jako partia lewicowa i dotyczy to także kwestii określanych jako cywilizacyjne czy obyczajowe. Przywiązanie do katolicyzmu jest z grubsza fikcyjne. W Polsce trudno to sobie wyobrazić, ale Sinn Féin prezentuje dzisiaj swego rodzaju „tęczowy nacjonalizm”. Może to stanowić swoistą przestrogę dla polskiej prawicy chrześcijańskiej, by ostrożnie traktować idee wyrosłe na gruncie romantyzmu, ponieważ w gruncie rzeczy nie mają one żadnych trwałych zasad poza płynną tożsamością opartą na zmiennych emocjach „wspólnoty narodowej”. Sinn Féin jest jednym z najważniejszych historycznie ugrupowań irlandzkich z okresu zmagań Irlandczyków o niepodległość w drugiej dekadzie XX wieku. To ogłoszone w 1919 roku Irlandzkie Zgromadzenie Narodowe zdominowane przez posłów Sinn Féin proklamowało odłączenie Irlandii od Wielkiej Brytanii i proklamowanie Republiki Irlandzkiej. W tym okresie liderem Sinn Féin był Eamon de Valera, jedna z ciekawszych postaci katolickiej polityki minionego stulecia, który jednak porzucił to ugrupowanie w roku 1926, tworząc inną partię, najbardziej wpływowe ugrupowanie w Irlandii, Fianna Fail. Przeszło ono zresztą zwykłą chadecką drogę, która skończyła się całkowitą korozją katolickich zasad.

Wróćmy jednak do Ulsteru. W 2013 roku rzekomo katolicka Sinn Féin głosowała za redefinicją tego, czym jest małżeństwo, tak by dopuszczone mogły być „małżeństwa” homoseksualne. Przeciwko byli unioniści, czyli historyczni protestanci opowiadający się za unią Irlandii Północnej i Anglii. Sprawę referowało także Radio Watykańskie piórem Krzyszota Bronka, który swoją notę informacyjną opatrzył wymownym komentarzem: „Parlament Irlandii Północnej udaremnił próbę legalizacji tak zwanych małżeństw homoseksualnych. Spośród 95 parlamentarzystów za redefinicją małżeństwa opowiedziało się jedynie 42. Tym samym Irlandia Północna pozostaje jedyną częścią Zjednoczonego Królestwa, która oparła się progejowskim reformom. Co ciekawe, głosowanie pokazało, jak mało katolickie jest ugrupowanie polityczne utożsamiane powszechnie z katolicyzmem. To bowiem właśnie tak zwani nacjonaliści z ugrupowania Sinn Féin głosowali za homo-małżeństwami, a unioniści, utożsamiani z protestantyzmem, głosowali przeciw”.

Sprawy zatem coraz bardziej się komplikują – protestanci okazują się bardziej katoliccy od katolików, którzy jednak okazują się wcale właściwie nimi już nie być. A jednocześnie ci sami protestanci obstają przy unii ze Zjednoczonym Królestwem, choć jest to współcześnie kraj znajdujący się w stanie zaawansowanego rozkładu moralnego w sensie społecznych zachowań, jak i instytucjonalnego permesywizmu dominującej tam liberalnej cywilizacji. Dotyczy to także Kościoła anglikańskiego. Irlandczycy z północy mają jednak swoje kongregacje kalwińskie, Prezbiteriański Kościół w Irlandii, anglikański Kościół w Irlandii oraz mniejsze wspólnoty protestanckie. Co więcej, unioniści z Demokratycznej Partii Unionistycznej prowadzą właśnie negocjacje z premier Theresą May w sprawie utworzenia koalicji mającej na celu „odwieszenie” parlamentu. W tradycji brytyjskiej „zawieszony parlament” jest wtedy, gdy żadna partia nie uzyskuje samodzielnej większości.

Jak widać, sprawy brytyjskie nie przestały być skomplikowane razem ze zmianą temperatury uczuć religijnych czy narodowych. Zmiany te zresztą są dość młodej daty, można powiedzieć, że zaczęły się one kształtować razem z szerzej obserwowanymi przekształceniami kultury zachodniej, jakie dokonały się po II wojnie światowej. Przede wszystkim trzeba wskazać tu na silny wpływ kultury anglosaskiej na Irlandczyków. Można nawet powiedzieć, że stał się on większy od czasu, gdy Republika Irlandzka uzyskała faktyczną niepodległość na początku lat 20. XX wieku, niż działo się to wcześniej. Wpływ ten jeszcze wzrósł razem z przyjęciem Irlandii do Unii Europejskiej, co zbiegło się z silnymi procesami sekularyzacyjnymi, których podłożem był kryzys Kościoła katolickiego w Irlandii. Brak realnego zagrożenia ze strony Zjednoczonego Królestwa, profity ekonomiczne wynikające z bliskości większego sąsiada oraz atrakcyjność liberalnej i masowej kultury przychodzącej także ze Stanów Zjednoczonych poprzez licznie zamieszkującą ten kraj emigrację sprawił, że w Irlandii zachodzą w ostatnich dekadach procesy, które całkowicie zmieniają charakter tego kraju. Nie bez znaczenia jest to, że realnie językiem, jakiego używa się na Wyspie, jest angielski, a grono osób używającego w życiu codziennym gaelica liczy nie więcej niż kilkadziesiąt tysięcy osób w kilkumilionowej populacji Irlandczyków. Można ironicznie dodać, że więcej ludzi w tym kraju mówi dzisiaj po polsku niż po irlandzku.

(...)

Tomasz Rowiński

 

Czytany 148 razy
Tomasz Rowiński

Historyk idei, redaktor pisma ?Christianitas?

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.