wtorek, 24 październik 2017 19:48

Korniki do lamusa

Napisał

Paradoksy polskiej polityki zadziwić mogą wszystkich, od filozofów, ekonomistów, politologów do najoryginalniejszych satyryków. Oto w tragikomicznym politycznym boju naprzeciwko siebie stanęli dawni towarzysze walki z tak zwaną komuną. Nawet samo słowo Solidarność tak mocno osadzone w naszej narodowej świadomości jako symbol polskiej jedności, stanowiące wręcz polski polityczny towar eksportowy, na naszych oczach staje się jakąś własną karykaturą. Całkowicie w zapomnienie idzie fakt, że dzisiejsi antagoniści niegdyś nie tylko wspólnie walczyli z komuną, ale też mieli dość zbieżne poglądy polityczne w ramach działalności w Komitecie Obrony Robotników (KOR). Jak wiadomo, dominował w nim nurt polityczny zbliżony do socjaldemokracji w zachodnim stylu.

Walki w obozie

Atmosfera kolejnych sierpniowych obchodów powstania Solidarności bardziej przypomina jarmarczną licytację i uzurpację o monopol jedynie właściwej pamięci i legendy niż radosne świętowanie. Obie główne siły aktualnie walczące ze sobą na śmierć i życie, Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska realizują gruntownie nauki płynące z przesłania George’a Orwella zawarte w słynnej powieści „Rok 1984”: Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość. W tym ujęciu spór z pozoru o historię jest w istocie walką o władzę!

Niejako przy okazji tych zmagań Polska i Polacy ponoszą poważne straty zwłaszcza na arenie międzynarodowej, co obu okładających się przeciwników nie za bardzo obchodzi. Jakoś też dziwnie się składa, że tam gdzie w polskiej geopolityce dla dobrze pojętego strategicznego interesu Polski z kolei przydałaby się różnica zdań, tam dwie główne aktualne siły polityczne w kraju niczym się nie różnią. Licytują się obecnie, na przykład, kto bardziej bezkrytycznie popiera opierający oficjalnie swoją tożsamość na rasistowskiej ludobójczej ideologii i tradycji OUN/UPA aktualny rząd Ukrainy. Podobnie ma się sytuacja, gdy chodzi o stosunki polsko-rosyjskie. Obie strony PO i PiS wzajemnie się wręcz oskarżają, kto mniej szczeka, atakuje i prowokuję Rosję i bardziej nienawidzi przywódcy na Kremlu prezydenta Władimira Putina.

Błyskotliwy polski publicysta międzywojnia Karol Zbyszewski wbrew opinii większości Polaków twierdził, że bywają sytuacje polityczne, kiedy mówienie wspólnym głosem szkodzi, a różnice per saldo służą polskiej racji stanu. Podaje on jako koronny przykład to, że na szczęście przed i w latach pierwszej wojny światowej były w Polsce dwa antagonistyczne nurty wzajemnie się zwalczające: obóz Romana Dmowskiego Narodowej Demokracji, który chciał los przyszłej niepodległej Polski oprzeć o Francję, Rosję, Wielką Brytanię, oraz obóz oparty o Józefa Piłsudskiego i PPS, stawiający na państwa centralne: Austrię i Niemcy. Dzięki temu po obu walczących stronach coraz bardziej brany był pod uwagę obiektywny interes Polski, oczywiście jako czynnik wspierający jeden czy drugi blok walczących państw. Dzięki działaniu Narodowej Demokracji i Romana Dmowskiego wspólnie z Paderewskim zostaliśmy uznani jako sojusznik zwycięskiej Ententy – Francji, Wielkiej Brytanii i USA. Miało to niebagatelny wpływ na kształt polskich granic na zachodzie. Dzięki Józefowi Piłsudskiemu już od 1916 roku na terenie okupowanego przez Niemcy i Austrię Królestwa Kongresowego powstały zręby przyszłego niepodległego państwa, jego administracji oświaty, kultury i zaczyn armii. Nie zawsze więc, jak dowodzi tego nasza historia, różnice zdań między Polakami szkodzą polskim interesom, nieraz im pomagają.

I szkodliwa, niezrozumiała jedność

Poza Polskim Stronnictwem Ludowym, ruchem Pawła Kukiza, Ruchem Narodowym czy trudną do precyzyjnego określenia częścią lewicy, które starają się naszym relacjom z Rosją i Ukrainą nadać jakiś racjonalny charakter, główny nurt stanowi niebezpieczny pozaracjonalny monolit. Jedność PiS, PO i Nowoczesnej na tym odcinku w istocie rzeczy zawęża pole manewru naszej polityki zagranicznej, prowadzi do lekceważenia elementarnych polskich interesów politycznych i gospodarczych przez stronę ukraińską, zamyka drogę do urealnienia naszej relacji z Rosją. O ile zła jest jedność w tej dziedzinie, o tyle ze wszech miar szkodliwy jest dla elementarnych interesów Polski i Polaków aktualny konflikt pomiędzy rządem Rzeczypospolitej (wraz z jego zapleczem politycznym PiS) a Platformą Obywatelską i Nowoczesną w sprawie reparacji wojennych od Niemiec. Ten obszar spraw, jak żaden inny, wymaga i wymagał tak od państwa polskiego, jak od zdecydowanej większości Polaków i sił politycznych ich reprezentujących pełnej współpracy i jedności, a zarazem wielkiej precyzji zarówno w dokumentacji prawnej, jak i moralnej wobec Niemiec i światowej opinii publicznej. Niestety od odzyskania przez Polskę formalnej niepodległości w latach 1989-1991 tak się jednak nie dzieje.

W tym miejscu konieczne wydaje się przedstawienie przynajmniej w skrócie działań i zaniechań strony polskiej w sprawie szeroko pojętych odszkodowań wojennych od Niemiec, w tym reparacji wojennych po 1989 roku, wraz z historią losów reparacji lat 1945-1989.

Opłakana historia i teraźniejszość

Strona moralna pełnej odpowiedzialności za potworne zbrodnie zadane narodowi polskiemu i ogromne straty materialne nie mogą budzić wątpliwości. Państwo niemieckie lat 1939-1945, ale też większość narodu niemieckiego ma wobec Polski i Polaków ogromny dług. Problem jednak w tym, czy współcześni Niemcy do tego długu się realnie poczuwają, a nie tylko deklaratywnie i werbalnie. Drugie pytanie: czy kolejne rządy, elity polityczne oraz tak zwane autorytety moralne Rzeczypospolitej w latach 1990-2016 przyłożyły do tego tematu odpowiednią wagę i należycie zabiegały o te należne nam odszkodowania? Na oba pytania prawdziwa odpowiedź musi niestety brzmieć „nie”! Poza tym wokół tej problematyki już od traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie i przyjaźni i współpracy z 17 czerwca 1991 roku wyrósł cały las nieporozumień, kłamstw i głębokiej niewiedzy, graniczący z ignorancją, że aż strach. Dlatego ponowne otwarcie tematu reparacji wojennych przez rząd PIS jest obciążone emocjami, z dużą stratą dla merytorycznej argumentacji.

Po pierwsze, większość ludzi zawierających obecnie głos w sprawie reparacji wojennych od Niemiec nie odróżnia dwóch zasadniczych rodzajów należnych Polsce i Polakom odszkodowań, to znaczy reparacji wojennych, czyli odszkodowań wobec państwa polskiego za zniszczenia materialne i straty ludzkie, oraz odszkodowań cywilnoprawnych, czyli świadczeń materialnych dla ofiar niemieckich prześladowań i zbrodni – zarówno tych żyjących, jak i ich spadkobierców oraz świadczeń na rzecz najbliższych za zamordowanych. Do tego jeszcze dochodzą odszkodowania za pracę przymusową czy rabunek mienia poszkodowanych przez Niemcy czy utratę zdrowia. Wybitny znawca problematyki profesor Alfons Klafkowski już w latach 70. XX wieku wyliczył, że same odszkodowania cywilnoprawne wobec polskich poszkodowanych sprowadzają się do astronomicznej kwoty 537 miliardów ówczesnych marek zachodnioniemieckich. Niestety, strona polska w 1990 roku i później godziła się na zebranie ułamkowych świadczeń od strony niemieckiej nienazwanych przez stronę niemiecką odszkodowaniami, ale pomocą niemiecką dla ofiar wojny w ramach fundacji Pojednanie polsko-niemieckie. Owszem, w kilku przypadkach ci poszkodowani, którzy mieli na to środki i dochodzili swych praw przed niemieckimi sądami, uzyskali dużo wyższe kwoty, była jednak ich garstka, a wśród nich byli i tacy, co nie otrzymali nic. Suma summarum polskie ofiary wojny i ich spadkobiercy uzyskali 3% należnej kwoty wyliczonej przez profesora Klafkowskiego. Choć jeszcze w latach 1993-1995 udało się niektóre świadczenia powiększyć, obecnie jest już jasne, że daleko im do należnych kwot. Trudności nastręcza też fakt prawnego skomplikowania i wielu uwikłań międzynarodowych w możliwościach egzekwowania reparacji. Na konferencji zwycięskich mocarstw w Poczdamie w 1945 roku USA, ZSRR i Wielka Brytania postanowiły, że Polska otrzyma wypłatę odszkodowań w wysokości 15%, ale nie bezpośrednio od pokonanych Niemiec, tylko za pośrednictwem Związku Radzieckiego!

 

(...)

Janusz Dobrosz

Czytany 144 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.