wtorek, 24 październik 2017 19:52

Wrocław w Niemczech za Lwów w paszporcie

Napisane przez

Przez dwadzieścia osiem lat trwania III RP wojna polsko-polska to niekończące się pasmo walk dwóch politycznych, czy może raczej partyjnych, plemion, wywodzących się z tego samego solidarnościowego obozu. Obie strony tego konfliktu w gruncie rzeczy oczywiście nie różni nic istotnego. I jedni, i drudzy tak samo nie mają pomysłu na dzisiejszą Polskę. Spór ten jest czysto ambicjonalny, dodatkowo podyktowany personalnymi niechęciami. Zwaśnione plemiona walczą ze sobą, używając do tego nie tylko tak zwanych niezależnych mediów, ale niestety także samej instytucji państwa. Nie licząc się zupełnie z jego interesem, są w stanie postawić je na szali, aby tylko wymierzyć kolejne razy przeciwnikowi.

Na użytek tej walki bardzo chętnie sięga się również po argumenty „z zewnątrz”. Dla mobilizacji, podniesienia swoiście pojętego morale rzesz wyznawców znajduje się zagranicznego wroga, który zwykle ma stać za mniejszymi i większymi nieszczęściami narodu. Wokół niego buduje się niezwykle emocjonalną i irracjonalną narrację. Tradycyjną rola przypadała w tym względzie Rosji, przed którą ostrzegają i dzielnie bronią nas kolejne ekipy rządzące. Wydaje się jednak, że w ostatnich miesiącach zagrożenie ze wschodu jakby zmalało – zapewne dzięki obecności niewielkich jankeskich oddziałów, o których jest głośno zwykle wtedy, kiedy przemieszczając się wzdłuż „wschodniej flanki”, biorą udział w jakimś zdarzeniu drogowym.

Skoro więc od wschodu jest w miarę bezpiecznie, trzeba było przypomnieć nie tyle o zagrożeniu, co o nierozliczonych rachunkach na zachodzie i upomnieć się o niemieckie „reparacje wojenne”. W mediach dumnie nazwanych dzisiaj „narodowymi”, a także w tych „niezależnych” nie ma dnia, w którym kolejni „eksperci” nie mówiliby o tym, ile, jak i za co Republika Federalna Niemiec będzie zmuszona wypłacić Polsce i jak to wspaniale polski rząd rozgrywa Berlin. Szef polskiej dyplomacji, stojąc twardo na stanowisku wyznaczonym przez nieomylnego Prezesa, przekonuje, że reparacje są jak najbardziej realne, że wystarczy tylko opracować dobre analizy prawne i szybko uda się wyegzekwować od Niemiec należne odszkodowania. Druga z wojujących stron, w odpowiedzi na te irracjonalne postulaty, postanowiła przebić swoich oponentów, dochodząc do wniosku, że reparacje należą się nam nie tylko od Niemiec, ale i od Rosji. To z kolei podłapały „narodowe” oraz „niezależne” media i usilnie przekonują, że reparacje od Rosji opiewałyby nawet na wyższe sumy niż to, co można dostać od Niemiec. Wszystko to byłoby może i śmieszne, gdyby nie fakt, że w obydwu państwach, od których rządzące nami postsolidarnościowe elity chciałyby windykować należności, buńczuczne hasła polskich polityków wywołały publiczną dyskusję, w której to przypomniano chociażby o tym, w jakich granicach leży dzisiejsza Polska i czyim kosztem zmiana powojennych granic się dokonała.

W międzyczasie resort ministra Mariusza Błaszczaka zaproponował symboliczny bój o granice na Wschodzie poprzez propozycję umieszczenia kresowych wizerunków w nowych paszportach. W zasadzie jest mi obojętne, czy kontur kaplicy Cmentarza Orląt Lwowskich znajdzie się w moim paszporcie, na którym od dawna widnieje napis „Unia Europejska”. Wiem jednak, że nie byłbym zadowolony, gdyby w niemieckich paszportach znalazł się wrocławski Ostrów Tumski. Gdybym zaś musiał wybierać między wspomnianym lwowskim wizerunkiem a wizerunkiem pomnika Powstańców Śląskich na Górze Świętej Anny, wybrałbym ten drugi, chociażby dlatego że ukazywałby on tę Polską, którą znamy sami, a nie z opowiadań o dzieciństwie dziadków. To ta Polska, w której żyjemy, a nie ta, której nie ma i która nie wróci. Może to i ciekawy pomysł na uczczenie setnej rocznicy odzyskania niepodległości, ale u mnie osobiście sentyment wobec Kresów Wschodnich, jak i wobec symboli samych w sobie ustępuje miejsca pragmatyzmowi.

Podobnie jak większość tych, którzy pochodzą z rodzin kresowych, od dziecka byłem karmiony przez babcię, ciotki i wujków wspomnieniami o wschodzie i sielankowym wręcz życiu, które oni wiedli tam w latach swojego dzieciństwa i młodości. Ten mit, którym żyli także ci członkowie mojej rodziny, którzy urodzili się już na Śląsku, prysł u nich po pierwszej, długo zresztą wyczekiwanej wizycie we Lwowie i Stanisławowie. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że zamiana Stanisławowa na Opole, a Lwowa na Wrocław wyszła naszym dziadkom i rodzicom na dobre. Co więcej, utwierdzili nas w tym także miejscowi Polacy, powtarzając, że nasi rodzice i dziadkowie „dobrze zrobili”, że stamtąd wyjechali.

Porzucenie rodzinnych domów, kościołów i cmentarzy, na których pogrzebani byli ich bliscy, z pewnością było potężną traumą i nie śmiałbym tego kwestionować. Jednakże zostawione w Stanisławowie domy o drewniano-glinianej konstrukcji repatrianci zamieniali na murowane, nawet jeśli zniszczone, to jednak o wiele nowocześniejsze mieszkania. Jeszcze większą różnicę cywilizacyjną mogli odczuć przesiedleńcy z terenów wiejskich. Zbiorowo zaś w zamian za rozległe rolnicze obszary uzyskaliśmy tereny silnie uprzemysłowione i o wiele bardziej rozwinięte gospodarczo. Same tylko przemysłowe miasta Górnego Śląska przyłączone do Polski (Gliwice, Bytom, Zabrze) prezentowały większy potencjał niż całe województwa na Wschodzie.

W tym kontekście wywoływanie dyskusji o kwestiach majątkowych i kształcie granic w relacjach polsko-niemieckich to polityczne igranie z ogniem. Decyzja o ich uznaniu na Odrze i Nysie Łużyckiej nie przyszła łatwo niemieckim elitom władzy. Była ona raczej przykrą koniecznością, ceną, jaką Niemcy musieli zapłacić za możliwość zjednoczenia. Śląsk zaś dla niemieckiej tożsamości znaczy tyle samo, jeśli nie więcej, co Małopolska Wschodnia dla Polaków. Różnica jest jednak taka, że niemiecki kapitał na Śląsku jest wszechobecny. Polskiego na Kresach południowo-wschodnich trudno szukać. Niemieccy obywatele licznie zamieszkują na Śląsku, a państwo niemieckie chętnie się o nich upomina – do tego stopnia, że zmiana granic administracyjnych Opola kończyła się interwencją dyplomatyczną Berlina. Państwo polskie nie jest w stanie się upomnieć o polskie szkoły na Litwie, a teraz także i Ukrainie. Polskość cofa się ze Wschodu przy cichej aprobacie kolejnych postsolidarnościowych rządów. Niemcy w majestacie polskiego prawa odzyskują porzucone majątki, nawet te, za które dostali odszkodowanie. My o majątkach na Wschodzie możemy jedynie powspominać przy kolejnych spotkaniach z rodziną.

W naszych relacjach z Niemcami to oni, mając w kieszeni tak państwo polskie, jak i postsolidarnościowe ekipy, są stroną silniejszą. Oczywiście kierownictwo polityczne z ulicy Nowogrodzkiej ma tego świadomość, jednak dla doraźnego poparcia, dla podtrzymywania mitów stąpa po polu minowym, a wtórują mu tacy, którzy za reparacje wojenne chętnie oddaliby Niemcom Szczecin. Wojna polsko-polsko wkroczyła więc na taki etap, w którym zaczęto de facto kwestionować kolejny wycinek legalności państwa i co gorsza ten etap wydaje się być dopiero w fazie początkowej.

Ja, wbrew tej narracji, wolałbym Szczecin, Wrocław, Opole, Gliwice czy Olsztyn pozostały w granicach państwa polskiego. Postsolidarnościowe elity nie są w stanie zaproponować nam niczego lepszego. Nie są nawet w stanie stworzyć wzoru paszportu wbrew woli neobanderowskich władz w Kijowie: przegrały sromotnie nawet to nic nie warte starcie o symbole.

 

Czytany 42 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.