Wydrukuj tę stronę
wtorek, 24 październik 2017 19:54

Niemcy, Żydzi i folksdojcze

Napisał

Popatrz matko, popatrz ojcze

Oto idą dwaj folksdojcze.

Co za hańba, co za wstyd!

Jeden Polak, drugi Żyd.

Toczącej się obecnie wojny polsko-polskiej, jej przyczyn, emocjonalnego natężenia i prawdopodobnych następstw, niepodobna ocenić bez cofnięcia się w czasie do września 1939 roku. Bo właśnie wtedy, 1 września 1939 roku o godzinie 4.45, wszystko się zaczęło.

Kryminaliści na wolności

Zgodnie z dekretem prezydenta Rzeczypospolitej z 2 września o amnestii bardzo wielu kryminalistów wydostało się na wolność. Nawiasem mówiąc, warto odnotować, że o ile Niemcy na Polskę „napadły”, o tyle Armia Czerwona do Polski tylko „wkroczyła” – co oczywiście wygląda zupełnie inaczej. Ale mniejsza z tym, bo chodzi przecież o otwarcie więzień. Dekret prezydenta był bardzo szczegółowy, zobowiązując sądy do stosowania rozmaitych procedur – ale w miarę rozpadania się struktur państwa pod ciosami niemieckiej armii i ucieczek funkcjonariuszy – między innymi – funkcjonariuszy Służby Więziennej, skazańcy po prostu wychodzili na wolność bez żadnych ceregieli. Jednym z uwolnionych w tym trybie więźniów był komunistyczny świątek, Marian Buczek, członek tzw. wojskówki KPP, będącej sowiecką agenturą, który wydostał się z więzienia w Rawiczu i zginął od niemieckiej kuli pod Ożarowem. Większość jednak nie zginęła, tylko powróciła w rodzinne strony, gdzie wkrótce powróciła do swoich ulubionych zajęć – to znaczy – rabunków i gwałtów. Sprzyjała temu sytuacja w kraju, gdzie stopień bezpieczeństwa gwałtownie się obniżył; niemieckie posterunki rezydowały w miasteczkach i większych osadach, natomiast tereny wiejskie były pozbawione jakiejkolwiek ochrony. Nic więc dziwnego, że na tych obszarach bandytyzm stał się prawdziwą plagą. Można się było tego domyślić nawet z lektury „Bedekers Generalgouvernement” z 1943 roku, czyli przewodnika turystycznego po Generalnym Gubernatorstwie (kto by pomyślał, że coś takiego było – a jednak!), gdzie wśród rad dla turystów zmotoryzowanych czytamy m. in., żeby zabierać ze sobą zestaw do łatania opon, a także – iż podczas podróży „długimi odludnymi odcinkami lub z nocy zaleca się również z obecnym czasie posiadanie przy sobie broni”.

Lepsze wyjaśnienie sytuacji znajdujemy w pamiętnikach Adama hr. Ronikiera, prezesa Rady Głównej Opiekuńczej, jednej z dwóch polskich organizacji – pierwszą był Polski Czerwony Krzyż – które oficjalnie działały w Generalnym Gubernatorstwie. W roku 1942 notuje on m.in.: „Na wsi, wobec wzmagającego się do rozmiarów zastraszających bandytyzmu, władze i owo Sonderkommando zaczęły stosować nową metodę zwalczania tej klęski – oto tam, gdzie bandyci się pokazali, a nie daj Boże zaszli do jakiejś chaty z żądaniem żywności, podpalano wsie całe, a ludzi których podejrzewano, że bandytom nie odmawiali wydania żywności lub przenocowania, pomimo że notoryczną i wszystkim znana rzeczą było, że nikt nie miał środków do obrony przed nimi, wieszano, rozstrzeliwano i pozbawiano dachu nad głową i wszystkiego, co posiadali. W tej formie wykonywana kara (Vergeltung), urągająca wszelkim zasadom najelementarniejszej sprawiedliwości – zaczęła wydawać rezultaty wręcz odwrotne od oczekiwanych przez władze, bo przy stosowaniu tego systemu zwanego «odpowiedzialnością kolektywną», mieszkańcy wsi i miasteczek, widząc, co ich czeka, zaczęli uciekać do lasu, tworząc własne bandy, zwane powszechnie «ludźmi z lasu». Te bandy z czasem łączyły się z prawdziwymi bandytami i sytuację całą szczególniej pod względem bezpieczeństwa wsi, doprowadzały do stanu wprost krytycznego”.

Podobnie oceniał sytuację książę metropolita Sapieha, który w memoriale skierowanym do Generalnego Gubernatora Hansa Franka pisze m.in.: „Na jakie bezdroża moralne i gospodarcze zarazem spycha ten system ludność, będącą w położeniu bez wyjścia? Głód, nędza jednych, a rozbudzona chciwość innych deprawują ludność, a nie są bynajmniej zjawiskiem koniecznym. (…) Co dzieje się w dystrykcie lubelskim, znane jest Ekscelencji dokładnie. Ludność tam jest od szeregu miesięcy zdana na łaskę i niełaskę bandytów tajemniczego zgoła pochodzenia, grasujących prawie bezkarnie. A za napady ich tępi się Bogu ducha winnych wieśniaków, nie mających z tą robotą nic wspólnego”.

„Od szeregu miesięcy...” Jak wiadomo, w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Kiedy po początkowym zaskoczeniu Stalin ochłonął, Sowieci najpierw improwizowali partyzantkę na tyłach frontu, aż dopiero w 1942 roku utworzyli Sztab Partyzancki z Pantelejmonem Ponomarienką, obok Woroszyłowa, jako „głównodowodzącego”. Już w roku 1941 rozpoczęło się przerzucanie dywersantów na teren Generalnego Gubernatorstwa (pierwsza grupa inicjatywna PPR została desantowana w grudniu 1941 roku, a w pierwszej połowie roku 1942 – następne). Emisariusze ci dotarli do bandyckich watah, przedstawiając ich hersztom propozycję nie do odrzucenia: albo przyjmą naznaczonych dowódców i politruków – a wtedy Sowieci udzielą im politycznej „kryszy”, jako „oddziałom partyzanckim”, a jak nie – to zostaną wytępieni do ostatniego. Ta pogróżka nie była pozbawiona podstaw, bo chociaż w pierwszym okresie PPR-owcy nie reprezentowali większej siły, to umiejętnie posługując się donosicielstwem, potrafili wykorzystywać dla swoich celów niemiecką siłę i brutalność. W rezultacie bandyci przyjęli ofertę tym skwapliwiej, że pod nowym kierownictwem wcale nie musieli zmieniać dotychczasowego trybu życia i procederu – o którym najlepiej świadczą dokumenty przez nich samych wytworzone w postaci „dzienników bojowych” poszczególnych oddziałów. Dowiadujemy się z nich np., jakie to zdobycze uzyskano w następstwie „akcji bojowej”, mianowicie „bieliznę damską i pościelową”. Nietrudno się domyślić, że tej „bielizny damskiej” nie zdobyto na SS-manach, tylko w rezultacie napadu na jakiś dwór. Taką działalnością zajmowały się formacje „Armii Ludowej”, m.in. Bolesława Kaźmiraka („Cienia”) czy „Przepiórki” – dla rozmaitości mordując NSZ-towców i AK-owców, którzy próbowali zwalczać bandytyzm.

Kiedy Armia Czerwona ponownie „wkroczyła” na ziemie polskie, dawni bandyci szybko awansowali, zasilając szeregi MO i UB i mimo pewnych turbulencji powodowanych podchodami poszczególnych komunistycznych gangów, wspinali się po szczeblach kariery, kończąc ją w randze pułkowników, a nawet – generałów – jak np. Grzegorz Korczyński, który naprawdę nazywał się Stefan Kilanowicz. Oczywiście wszystkie te splendory były nagrodą za wysługiwanie się Sowietom, którzy właśnie przy ich pomocy utrzymywali w ryzach historyczny naród polski. W rezultacie historyczny naród polski od roku 1944 został zmuszony do dzielenia terytorium państwowego z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą, która nie tylko zdążyła się rozwnuczyć w kolejnych generacjach, ale gotowa jest wysługiwać się każdemu, kto obieca jej możliwość dalszego pasożytowania na historycznym narodzie polskim. Nie ma już zatem jednolitego narodu polskiego – bo żeby mówić o „narodzie”, musi być jakiś wspólny ideał, który byłby przez wszystkich podzielany. Tego już nie ma, więc wszelkie nawoływania do „jedności”, niezależnie od intencji nawołujących, w gruncie rzeczy mają charakter kapitulancki wobec polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, która „jedność” rozumie wyłącznie jako przyzwolenie na swoje polityczne panowanie nad historycznym narodem polskim – wszystko jedno w czyim imieniu. Ta wspólnota rozbójnicza za komuny stanowiła społeczną bazę partii, a najtwardszym jądrem systemu była bezpieka – wojskowa i „cywilna”, którą tworzyły ubeckie dynastie o początkach tkwiących w mrokach okupacji niemieckiej i sowieckiej.

(...)

Stanisław Michalkiewicz

Czytany 323 razy
Stanisław Michalkiewicz

Najnowsze od Stanisław Michalkiewicz

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.