wtorek, 24 październik 2017 19:58

Idzie o łupy z koryta

Napisał

W ciągu całego mego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych, którzy pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie.

książę Adam Jerzy Czartoryski

 

W sporze rządu z opozycją nie chodzi o sądy, Trybunał Konstytucyjny, sprawiedliwość ani o dobro Polaków, a o wpływy, władzę i łupy z koryta. Stąd też tak wielkie zacietrzewienie polityków POPiS-u i ich popleczników.

By myśleć o zbudowaniu zgody społecznej, najpierw trzeba wgłębić się w przyczynę konfliktu. Wszystko wskazuje na to, że to nie Polacy kłócą się sami ze sobą, a raczej wąskie grupy polityków, które – należy przypuszczać – nie są samodzielne, a raczej są elementem gry służb i obcych państw w naszym kraju. Z dużym prawdopodobieństwem to służby specjalne innych państw tak ingerują w sytuację wewnętrzną w Polsce, aby podsycać konflikty. Dokładnie tak, jak to było u schyłku I Rzeczypospolitej pod koniec XVIII wieku.

Tożsame interesy POPiS-u

Już w latach 50. XX wieku brytyjska armia, walcząca z powstaniem Mau Mau w Kenii, de facto kontrolowała działania obu stron konfliktu. Na podobnej zasadzie działały Stany Zjednoczone w Afganistanie czy wywołano konflikt w Syrii w 2011 roku. Jak pisze F. William Endgahl w książce „Nieświęta wojna”, celem metody „gang-kontra-gang” jest „podzielenie ludności poprzez konflikty i stworzenie pretekstu dla podjęcia «operacji wsparcia pokoju» przez zewnętrzne siły wojskowe”. Czy z taką sytuacją nie mamy do czynienia teraz w Polsce?

To by wiele wyjaśniało. Bo to, że w krajach tzw. zachodniej demokracji (nie wspominając o państwach spoza tego kręgu) wybory i kandydaci są sterowani, a państwami rządzą z tylnego siedzenia służby specjalne, jest raczej pewnikiem. Wydaje się, że tę regułę tylko potwierdzają ostatnie wybory prezydenckie we Francji, gdzie „niespodziewanie” pierwszą turę wygrał „niezależny” kandydat znikąd, a w rzeczywistości osoba wykreowana prawdopodobnie przez ludzi światowej banksterki. Liczą się działania zakulisowe, a nie demokratyczna zasłona dymna w postaci „wolnych” wyborów. Dr Łukasz Kister, specjalista ds. bezpieczeństwa z Instytutu Jagiellońskiego, uważa, że rzekomo spontaniczne antyrządowe protesty w Polsce są w rzeczywistości fachowo wyreżyserowanym działaniem, a celem jest destabilizacja sytuacji politycznej. Z kolei Dorota Kania w „Gazecie Polskiej” wymienia organizacje, które w tych protestach odgrywają zasadniczą rolę: Fundacja Wolni Obywatele RP, Fundacja Otwarty Dialog i fundacja Akcja Demokracja. Opis dziennikarki sugeruje, że wszystkie one mają powiązania z obcymi służbami (rosyjskimi lub niemieckimi).

Aktualna sytuacja polityczna w Polsce jest tym bardziej kuriozalna, że różnice obu głównych partii (PiS i PO) w pryncypialnych kwestiach są w zasadzie kosmetyczne: obie są za pozostaniem naszego kraju w Unii Europejskiej, obie podnoszą podatki, obie zwiększają zadłużenie publiczne, obie regulacjami i kontrolami utrudniają prowadzenie działalności gospodarczej, obie nie reformują upadającego państwowego systemu emerytalnego czy państwowej służby zdrowia, obie zwiększają biurokrację i uskuteczniają nepotyzm. W związku z tym zacietrzewienie zwolenników obu sił politycznych może się wydać co najmniej dziwne, dopóki nie zdamy sobie sprawy, że chodzi o całkiem co innego.

Tylko naiwniak może myśleć, że Komitetowi Obrony Demokracji (jeden z ważnych polityków PiS ujawnił „Faktowi”, że „kilkoro regionalnych organizatorów protestów to ludzie z nomenklatury, a nawet ludzie dawnych służb”), PO czy posłowi Ryszardowi Petru ze swoją nowoczesną partią, a przede wszystkim ich mocodawcom, w sporze najpierw o Trybunał Konstytucyjny, a potem o sądy zależy na demokracji i rządach prawa. Tu chodzi o twardą grę polityczną, której stawką jest koryto. Ale obawy szczególnie polityków z PO i PSL dotyczą też tego, że Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i jednocześnie prokurator generalny, może dobrać się im do skóry i powsadzać do więzień za afery, jakie trwały w ciągu ośmiu lat ich rządów, kiedy to paśli się na pieniądzach podatników. Zdaniem Bogdana Święczkowskiego, prokuratora krajowego i pierwszego zastępcy prokuratora generalnego, skala korupcji za czasów rządów PO i PSL przerosła najśmielsze oczekiwania. – Nigdy nie było tak, że właściwie każda transakcja publiczna była obarczona ryzykiem korupcyjnym – stwierdził Święczkowski w Radiu Wnet.

(...)

Tomasz Cukiernik

Czytany 171 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.