wtorek, 24 październik 2017 20:08

Czy będziemy podśpiewywać?

Napisane przez

Zielony kapelusik z czerwonym piórkiem

Trulalilali, trulala, trulala, la, li la

Będziemy mieli domek z małym podwórkiem

Trulalilali, trulala, trulala, la

 

(1942, kompozytor: Jan Markowski, słowa: Zdzisław Gozdawa)

Zacznijmy od stwierdzenia, że państwo, jego istnienie – jest wartością. Dla kogo jest ono wartością? Ano, przede wszystkim dla mieszkańców terytorium, nad którym państwo rozciąga swoją władzę. Najbardziej lubiane byłoby państwo dyskretne i niemal niewidoczne, ale tak silne, by zapewniało bezpieczeństwo. Im bardziej państwo staje się opresyjne dla jego mieszkańców, tym mniej jest lubiane i tym mniej wydaje się potrzebne. Taki jest punkt widzenia mieszkańców terenu, nad którym rozciąga się państwo, z założeniem, że mieszkańcy ci nie są skłonni relokować się poza jego granice.

Państwo może też być wartością dla innych państw. Nawet jeśli nie wartością, to przynajmniej jakimś punktem odniesienia. Być może niepożądanym, ale jednak takim, z którym trzeba się jakoś liczyć. Tworzenie lub likwidacja państw zawsze było związane z jakimiś gwałtownymi ruchami społeczeństw, a często – po prostu z wojnami.

Kto nie jest zainteresowany w istnieniu państwa (lub: państw)? Najmniej zainteresowani są tacy ludzie, którym nigdy żadne państwo nie dało żadnej ochrony ani nie przysporzyło żadnej korzyści. Są to przede wszystkim bezpaństwowcy, nieidentyfikujący się z żadnym narodem, ale także ludzie identyfikujący się z narodowościami, które nigdy nie wytworzyły stabilnych struktur administracyjnych (państw). To nie tylko są Żydzi, którzy w swojej przepastnej historii wprawdzie tworzyli namiastki państw, ale z reguły były to struktury „na kroplówce” z zewnątrz, tak jak współczesny Izrael. Nie trzeba szukać aż w Azji Mniejszej. Równie nieprzekonani do „swojego” państwa są nasi sąsiedzi, Ukraińcy czy Białorusini. Oczywiście nie wszyscy. Niemniej tych, którzy są przekonani, jest znacznie mniej.

Poczucie potrzeby posiadania własnego państwa nie jest też zbytnio ugruntowane w Polsce. Wielu mieszkańców terenów między Bugiem a Odrą wciąż uważa, że administracja RP okupuje zdrowy naród Polaków. I nie ma znaczenia, czy były to czasy PRL, solidarnościowej rewolucji lat 90., czy przechodzenia spod moskiewskiej pod brukselską kuratelę. Nie wierzymy własnej administracji. Chcemy mieć jak najwięcej praktycznych i formalnych możliwości odwoływania się od jej decyzji. Nie ufamy sądom (a nawet nasza własna administracja sama inicjuje erozję zaufania do sądownictwa!). Lekceważymy polityków, uważając ich za odrębną „klasę”, która nie jest w stanie utrzymać się z uczciwej pracy. Nie wierzymy bankom, że będą służyć społeczeństwu zgodnie ze specjalnie dla nich skonstruowanym prawem. Nie mamy zaufania do regularnej armii, że nas obroni w razie potrzeby. Wyśmiewamy się z lubością z urzędu Prezydenta, bez względu, kto na nim zasiada. Nie mamy wysokiego mniemania o posłach i senatorach, mimo że sami ich wybieraliśmy. Nie jesteśmy dumni z płacenia podatków: nie wierzymy, że przeznaczane są one na cele, które deklaruje rząd (jakikolwiek by był).

Oczywiście utożsamianie państwa z narodem to błąd. Każde państwo jest w jakiejś mierze „okupantem” nad jednym lub kilkoma narodami. Wielonarodowe państwa mogą trwać przez dziesiątki i setki lat (np. Cesarstwo Austriacko-Węgierskie). Mogą nawet zmieniać swój ustrój polityczny – i mimo tego trwać dalej (np. Rosja). W Polsce mamy luksusową sytuację: nasze państwo jest praktycznie jednolite narodowo, więc wewnętrzne napięcia narodowe niemal nie istnieją.

Czy każdy naród powinien mieć swoje państwo? Niekoniecznie. Można trwać przez wieki bez własnej państwowości. Polacy to udowodnili i nawet się tym chlubią. Tą dumą różnimy się np. od Białorusinów, którzy nie mają do czego nawiązywać w historii. Natomiast nie zaimponujemy Niemcom, którzy z pobłażaniem, a być może ze współczuciem oceniają polską historię słabej organizacji państwowości. Wydaje się jednak – powtórzę – że własne państwo jest wartością, której pochopnie nie warto się pozbywać.

Komu może zależeć na tym, by państwo o nazwie Rzeczpospolita Polska zniknęło z mapy politycznej świata? Z pewnością istnieją inne państwa, dla których trwanie RP nie jest niezbędne, a nawet zdecydowanie niewygodne. Są to tradycyjnie państwa sąsiedzkie. Nic w tym dziwnego, zazwyczaj bowiem sąsiadujące państwa mają do siebie jakieś historyczne pretensje o przygraniczne ziemie. Daleki jestem od straszenia rychłą inwazją Niemiec czy Rosji, ale uświadamianie własnej tożsamości państwowej uważam za priorytet działań społecznych i politycznych wewnątrz naszego kraju.

 

Minęły czasy, kiedy mieliśmy semi-niezależne państwo podwieszone do moskiewskiej klamki. Niektóre uzależnienia jednak pozostały do dziś. Wspomnieć trzeba energetykę (gaz), ale także mentalną zależność wielu polskich środowisk od pochodzącego z Moskwy sposobu konstrukcji podległości. Szczególnie pokutuje to w służbach mundurowych, ale także w państwowej administracji. Pochodzący z turańskich stepów sposób stanowienia prawa (por. „O wielości cywilizacyj” F. Konecznego) odcisnął się tak mocno w polskiej administracji, że za naturalną uważa się dziś w Polsce wymianę dyrektorów państwowych instytucji, ich zastępców, naczelników wydziałów itd. przy zmianie nie tylko politycznej opcji rządzącej, ale nawet przy zmianie ministra w ramach tej samej partii. To jest czysto moskiewski sposób stanowienia prawa: przychodzi nowy władyka, więc wszystkie przepisy won, wymieniamy ludzi na wiernych i zaczynamy konstruować aparat państwowy od nowa.

Mijają też czasy uzależnienia od krypto-niemieckiego ośrodka decyzyjnego w Brukseli. Budowa – tym razem na szczęście metodami nie-militarnymi – kolejnej Rzeszy Niemieckiej napotyka coraz większe trudności i wydaje się, że czekają nas kolejne przesilenia. Niemiecki pomysł na zorganizowanie Europy z francuskim i angielskim wspomaganiem trzeszczy nieco w szwach. Wygląda na to, że Feliks Koneczny miał tu znowu rację, zaliczając Niemców do biurokratycznej cywilizacji bizantyńskiej, a nie łacińskiej. Wielka Brytania nie wytrzymuje niemieckich porządków sprawowanych rękami brukselskich biurokratów. Wycofuje się, bo skoro przez wieki przetrwała na Wyspie, to następną zawieruchę też tam przetrwa. W przestrzeni publicznej dyskutuje się natomiast jedynie dwa możliwe scenariusze. Albo dalszy rozpad Unii Europejskiej, albo namawianie Wielkiej Brytanii, by została w UE, a przynajmniej płaciła składki. Wygląda bowiem na to, że administracja brukselska skończy tak jak Liga Narodów – po prostu zabraknie pieniędzy na płace dla urzędników i pewnego dnia nie przyjdą oni do pracy.

Szkoda, że Polska nie ma odważnych polityków, którzy zaproponowaliby Niemcom wspólne zarządzanie Europą, ewentualnie z Francją na doczepkę, na warunkach rzeczywistego partnerstwa, a nie wykonywania poleceń z Berlina (patrz: telefoniczna rozmowa Merkel i Dudy przed prezydenckim veto w sprawie reformy sądownictwa). Jednak aby taką propozycję złożyć, trzeba być mocno przekonanym o własnej tożsamości. A przede wszystkim pozbyć się poutykanych w elitach politycznych i intelektualnych kraju przeróżnych „folksdojczów”.

Więc zamiast prać się publicznie po pyskach rzućmy kilka tematów, które mogłyby połączyć zwaśnione środowiska w pracy dla Polski. Najpierw jednak zważmy, że niektóre przedsięwzięcia w Polsce kontynuowane są w zasadzie bez większych przeszkód niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi.

Do takich dobrych informacji należy oddanie w Świnoujściu terminala gazu LNG, który częściowo uniezależnia Polskę od monopolu dostaw paliwa, a przynajmniej daje możliwość jakiegoś handlu i negocjacji stawek. Budowa trwała oczywiście zbyt długo, ale zakończyła się sukcesem, którego ojcem nie jest jedynie rządząca aktualnie partia.

Inna dobrą wiadomością jest konsekwentna rozbudowa sieci porządnych dróg. Plany strategiczne były sporządzane dobre 6-7 lat temu. Dziś, przy lepszym zarządzaniu finansami państwa, budowy ruszyły z kopyta. Wskazać by jednak wypadało, że konstruowane nitki są już dziś zbyt wąskie. Niemcy, Francja, Holandia czy Anglia – przebudowują obecnie swoje autostrady, dodając, gdzie się da, trzeci pas. Polscy projektanci nie umieją niestety spojrzeć w pięćdziesięcioletnią przyszłość, jak to robili np. konstruktorzy niemieckich autostrad w latach trzydziestych XX w.

Zadziwiająca zgoda również panuje co do zwiększania nakładów na wojsko. Z rozbawieniem słucham wypowiedzi byłego ministra obrony Bogdana Klicha, odpowiedzialnego za rozbrajanie i zmniejszanie liczebne polskiej armii. Dziś Bogdan Klich skwapliwie popiera działania Antoniego Macierewicza wzmacniające armię, być może próbując zatuszować swoje dywersyjne decyzje sprzed lat.

(...)

Paweł Falicki

Czytany 47 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.