wtorek, 24 październik 2017 20:09

Jak radzić sobie z wojną informacyjną?

Napisane przez

Ze Zbigniewem Lazarem, specjalistą od komunikacji i wizerunku, rozmawia Dorota Niedźwiecka.

Spójrzmy wstecz na sytuację w Polsce w ostatnim roku. Marsze KOD-u. Czarne Marsze. „Ekolodzy” demonstrujący w Puszczy Białowieskiej, którzy pomijają ważny fakt, że aby ją zachować, potrzebna jest mądra ingerencja człowieka. Wreszcie pikiety KOD-u wobec reformy sądownictwa. Czy można powiedzieć, że to jest wewnętrzna wojna?

– Tak, to wojna psychologiczno-informacyjna, zdeklarowana z jednej strony. I, niestety, z tej zadeklarowanej strony – jest ona bezlitosna. Opozycja nie udaje już nawet pozytywnej opozycji, a więc opozycji, która pewne sprawy gani, lecz częściowo wspiera rząd dla wspólnego dobra, czyli dla tzw. polskiej racji stanu. Ta opozycja z założenia jest nastawiona na sprzeciw, walkę z władzą.

Ma pan na myśli słynne oświadczenie Bartosza Kramka, dotyczące manifestacji w sprawie sądów?

Między innymi. „Zdecydowanie zachęcamy wszystkich do udziału w odbywających się codziennie akcjach i manifestacjach. Uważamy jednocześnie, że same protesty mogą nie wystarczyć” – napisała pod koniec lipca br. Fundacja Otwarty Dialog, której przewodniczącym jest B. Kramek, w oficjalnym oświadczeniu na swoich stronach internetowych. To jest jawne nawoływanie do akcji wywrotowych. Bo jaki krok następuje po protestach? Sabotaż? Partyzantka miejska? Przypomnę, że od podobnej lewicowej retoryki zaczynały się takie ruchy jak Baader-Meinhof – Frakcja Czerwonej Armii w Niemczech czy Czerwone Brygady we Włoszech. Znając i biorąc pod uwagę mechanizmy historyczne i językowe, bądźmy uważni, słysząc taką retorykę.

W jaki sposób możemy zachować uwagę? Jako specjalista od komunikacji, który zdobywał doświadczenie w państwach zachodnich, co uważa pan za kluczowe?

Przede wszystkim świadomość, absolutna świadomość mechanizmów stosowanych dziś w przestrzeni społecznej. Żyjemy w epoce, w której wiedza jest niezbędna, by zachować wewnętrzną wolność. Funkcjonujemy w przestrzeni publicznej, której stałymi elementami są półprawdy i dezinformacja. Czasem wręcz sami powielamy w dobrej wierze takie zmanipulowane informacje, podając je dalej, zwłaszcza w obszarze mediów społecznościowych. Wiedza o tym, jak działają mechanizmy współczesnej wojny informacyjnej, jest nam potrzebna, by nie dać sobą manipulować.

Uważa pan, że jest to możliwe?

Od naszej percepcji i tego, jakie informacje i interpretacje przekazujemy dalej, zależy to, jak będzie zmieniać się przestrzeń wokół nas, komu i jakim ideom będzie udzielane poparcie.

Wróćmy do pojęcia „racji stanu”, którego użył pan przed chwilą. Mam wrażenie, że dość dawno przestało ono istnieć w kontekście rządzenia naszym państwem – np. w kontekście podporządkowania ekonomicznego obcemu kapitałowi, jakiego dokonywano po 1989 r. Teraz przestało istnieć w kontekście opozycji.

Właśnie: nie ma już polskiej racji stanu, jest racja konkretnych partii w ramach opozycji. Nawet jeżeli czasem padnie to określenie z ust kogoś z opozycji, to jedynie (zgodnie z zasadami postprawdy) dla uzasadnienia kolejnego donosu na Polskę do którejś ze struktur unijnych. Często opozycja mówi wtedy: „My nie skarżymy się na Polskę, tylko na obecny rząd”, tak jakby w oczach zagranicznej opinii publicznej miało to jakiekolwiek znaczenie… Na tym polega współczesna wojna informacyjna.

Działania niektórych organizacji czy fundacji także nie mają nic wspólnego z polską racją stanu. Wprost przeciwnie. Sposoby budowania ruchu oporu podczas tradycyjnej wojny przekalkowano w przestrzeń informacyjną. Dziś w większości krajów nie ma już gęstych lasów dających schronienie typowym partyzantom, więc walka przeniosła się w sferę sabotażu informacyjnego albo wręcz sabotażu państwa, jego struktur, władz itp., postrzeganego i przedstawianego, jako „faszystowskie”, co jest ulubionym słowem-kluczem lewicowo-liberalnych aktywistów. Dzisiejsze ruchy lewicowe, często działające jakoby w obronie praw zwierząt, mniejszości narodowych lub religijnych, przyrody – lub wręcz demokracji jako takiej – mówią wprost: naszą metodą jest „guerilla warfare”, czyli partyzantka miejska. Nie oznacza to jednak od razu biegania z karabinem po mieście, jak robią to muzułmańscy terroryści. Najczęściej zaczyna się ona od sabotażu informacyjnego, a jeśli to nie wystarczy – może dojść do sabotażu państwa (np. zakłócanie działalności elektrowni czy kolei, ataki hakerskie na banki lub służbę zdrowia itp.). I to jest oczywiste: planuje się sabotaż państwa po to, by osiągnąć własne cele polityczne.

Od kilku miesięcy mówi się o pojęciu astroturfingu, czyli sterowanych inicjatywach pseudo-obywatelskich.

– Astroturfing znany jest za granicą od wielu lat i dosłownie oznacza „sianie sztucznej trawy”. Jest grą słów wyrażenia grassroots (movement). Grassroots to korzenie trawy, a grassroots movement to ruchy obywatelskie. Astroturfing polega na tworzeniu wrażenia, że istnieje silny oddolny ruch popierający coś lub sprzeciwiający się czemuś – choć w rzeczywistości jest on nie obywatelski, lecz sztucznie sterowany. W amerykańskiej terminologii funkcjonuje wyrażenie „rent-a-crowd”, czyli wynajmij tłum, po to, by w jakiejś sprawie, rzekomo z własnej inicjatywy, demonstrował. To typowa taktyka. Amerykańscy specjaliści uważają, że astroturfing jest bardziej skuteczny od lobbingu: chodzenie po parlamencie i namawianie posłów lub senatorów do głosowania w taki, czy inny sposób to już pieśń przeszłości.

Do operacji astroturfingowych należy np. wynajęcie przez chiński rząd ok. 280 tys. osób, które miały wzmacniać propagandę chińską i niwelować głosy sprzeciwu (szacunki z 2008 r. Rebecki MacKinnon, ekspertki w sprawach chińskich), opłacanie przez jedną z sieci fast-foodów ludzi, by w Japonii pojawiły się kolejki po konkretne hamburgery, czy pozorowanie przez grupę Working Families for Walmart, utworzoną przez sieć supermarketów Walmart, poparcia oddolnych organizacji dla Walmarta – a przeciwko związkom zawodowym – głównie przez fałszywe blogi. Ze względu na swój szkodliwy charakter, astroturfing został oficjalnie zakazany np. w USA i Wielkiej Brytanii.

„Celem astroturfingu jest wywołanie określonego wrażenia, na przykład szerokiego poparcia dla danego polityka i jego programu albo dużego zainteresowania pewnym produktem. Zamiarem może być również zyskanie poparcia społecznego dla danej inicjatywy albo, przeciwnie, zdyskredytowanie jakiejś idei” – czytamy w definicji.

– Osiąga się to poprzez tworzenie fikcji. To działanie podobne do propagandy, czyli celowego kształtowania określonych poglądów i zachowań ludzi poprzez manipulację intelektualną i emocjonalną. Przy czym w przypadku propagandy jasne jest, że król czy przedstawiciel rządu, przemawiając publicznie, może jej używać. Natomiast w przypadku astroturfingu podmiot nie jest tak czytelny.

Są nim organizacje społeczne?

Niektóre z nich mogą być. Astroturfing wykorzystuje możliwie najefektywniej nowe środki komunikacji społecznej, najnowsze odkrycia psychologii i socjologii w zakresie oddziaływania na człowieka, platformy społecznościowe, pozycjonowanie stron – tak, by wzmacniać wrażenie poparcia bądź sprzeciwu dla danej idei. Korzysta ze sterowanego wsparcia organizacji, które często występują jako organizacje pożytku publicznego, jednak zwykle są finansowane przez kogoś, kto po prostu realizuje swój interes. Tak było w przypadku protestów przeciwko planom zamknięcia Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie, finansowanego przez George’a Sorosa.

Kto wymyślił astroturfing?

Często pomysły przechodzą do polityki z biznesu: tak jak z marketingu wyłonił się marketing polityczny, tak ze znanej w biznesie techniki „endorsement”, czyli „świadectwa skuteczności działania udzielonego przez zwykłych ludzi” wyłonił się astorurfing. W biznesie najskuteczniej posługiwały się tą techniką firmy farmaceutyczne, odnosząc się w reklamach do przykładów konkretnych ludzi, którym dany lek miał pomóc, i stwarzając wrażenie, że lek ten jest przez społeczeństwo oceniany jako skuteczny. Później okazywało się, że wypowiadający się w reklamach ludzie to tylko aktorzy, nie stosujący tego leku.

Wrażenie wszechobecnego ruchu społecznego osiąga się także innymi środkami przekazu.

Tak. Przyjrzyjmy się językowi. Proszę zwrócić uwagę na często używane wyrażenia: „nasza demokracja”, „nie pozwolimy sobie odebrać naszej demokracji” (co ciekawe, gdy ci, którzy teraz tak mówią, byli u władzy, nie szanowali narzędzi demokracji, wyrzucając kilka milionów podpisów pod referendami i inicjatywami społecznymi do kosza). Jak to: „nasza”, „wasza”? Coś tu nie tak: bo jeśli umawiamy się, że mamy system parlamentarny, to ze wszystkimi jego konsekwencjami (teraz my jesteśmy u władzy, a za cztery lata może będzie ktoś inny). A nie: podporządkowujemy się, gdy nam się to podoba, a jeśli nie – manipulujemy tłumem, sugerując, że rząd nie jest demokratyczny, chociaż został wybrany przez większość obywateli, czy wywołujemy zamieszki.

Bo jeśli poparcie ma strona przeciwna, retoryka znów przyjdzie w sukurs.

– Tak. Gdyby zwyciężył ktoś inny, to już nie będzie „nasza demokracja”, lecz „ich demokracja”. Ich, czyli kogo? „Faszystów”, „ksenofobów”, „rasistów”….? Zwróćmy uwagę, że retoryka jest też nakierowana na obniżanie u przeciwników poczucia własnej wartości i pewności siebie. Czerpie się z potocznego znaczenia słów, dewaluując nie tylko adwersarzy w społecznym sporze, lecz także szlachetną przeszłość Polski. „Średniowiecze” – etykietują, pomijając, że to okres ogromnego rozkwitu myśli i kultury, w którym tworzono uniwersytety, budowano ponadczasowe katedry i hołdowano kultowi kobiety. „Zaścianek” – rzucają, ignorując, że to była efektywna i samodzielna jednostka gospodarcza, ostoja polskości i oświaty, również wśród tzw. prostego ludu.

 

A my często, zamiast zawstydzić drugą stronę brakiem wiedzy, zawstydzamy się pozbawionymi sensu epitetami.

Za granicą Francuzi mówią, że to Anglicy się nie myją, a Anglicy – że to Francuzi. U nas Polak rzuca obelgi na Polaka. Poczytni redaktorzy piszą o „polskiej patologii”, o „Polakach-burakach”, o tym, że „Polak śmierdzi”, a u podstaw tych wszystkich przedstawień leży założenie, że „Polak jest głupi”.

I kolejna demagogia, używana na potrzeby nakłonienia opinii publicznej do przyjęcia przez Polskę imigrantów. „Rzeczpospolita była państwem wielu narodów i teraz powinna wrócić do tej tradycji”. Była schronieniem dla uchodźców, myślących w sposób judeochrześcijański. Nie było mowy, by do Rzeczypospolitej wpuszczać tych, którzy nasze „córy w jasyr brali”. Ówczesna Rzeczpospolita broniła Europy i jej narodów przed nawałą otomańską.

Ta retoryka ma na celu utwierdzanie w postawie wycofania, podporządkowania, zawstydzenia. Czyli tego, co jest przeciwieństwem poczucia własnej wartości.

Najpierw robili to zaborcy, potem komuniści, teraz „postępowcy”. A Polska nie jest przecież brzydką biedną panną na wydaniu – lecz pełnoprawnym partnerem innych państw. Poprzednie rządy te kompleksy pogłębiały, mówiąc zamiast „Polacy, bądźmy dumni”, zdania takie jak słynna wypowiedź byłego premiera: „Bycie Polakiem to obciach”. To brzmi, jak zdrada stanu: a my dajemy się zastraszyć, zniechęcić, rezygnujemy. Człowiekiem niepewnym siebie jest łatwo manipulować. Po Brexicie Francuzi , razem z Niemcami, nie mając silnej brytyjskiej przeciwwagi, chcą samodzielnie rządzić Europą, by realizować własne interesy. A my dajemy się im zastraszyć, że „Polacy się nie myją”….

Widoczne to było w mediach opozycji choćby w reakcji na odpowiedź Beaty Szydło wobec buńczucznej wypowiedzi Emmanuela Macrona.

W atakach Macrona na Polskę i na premiera polskiego rządu sekundowała mu totalna opozycja. Takie zachowanie ze strony opozycji wobec własnego państwa jest nie do pomyślenia w innych krajach. Niedawno, gdy Donald Trump skrytykował Niemcy i Angelę Merkel, jej zagorzały wróg i polityczny przeciwnik, Martin Schulz, wykrzyczał publicznie, że nie pozwoli na obrażanie niemieckiego kanclerza. Komentarz zbędny.

Wróćmy do charakterystycznych cech ruchów oddolnych, które udzielają poparcia grupom interesów. Co jeszcze warto o nich wiedzieć?

To jest bardzo ważna rzecz: mówimy o retoryce poniżania. Co ciekawe i paradoksalne, ten język jest często łączony z językiem empatii, zrozumienia. Przedstawiciele organizacji posługujących się astroturfingiem są szkoleni z komunikacji – tak, by dbając o własny interes, prezentowali się dobrze na forum publicznym, które wymaga takiego języka; posługują się przekazem werbalnym, niewerbalnym, ripostują w sprytny sposób.

Kolejna ciekawa rzecz: coraz częściej ludzie zaczynają ulegać wpływowi tych ruchów oddolnych, „obywatelskich”, jak działaniu sekt. Słysząc ultimatum: jesteś z nami we wszystkim, zupełnie bezwolnie lub nie jesteś z nami – wybierają to pierwsze. Znowu działa tu zasada „totalności”: nie możesz zgadzać się z niektórymi decyzjami władzy, a z innymi nie. Jeśli chcesz być z nami, środowiskami postępowymi (a przecież jesteś człowiekiem wykształconym, oświeconym i postępowym, prawda?), to musisz nie zgadzać się ze wszystkim, co robi i reprezentuje władza, która przecież tępi naszą demokrację… Taka totalność sprawia, że po pewnym czasie, jednostki, nawet te wykształcone, tkwiące w takiej retoryce, zatracają umiejętności oddzielenia faktów od fikcji oraz samodzielnego wyciągania własnych wniosków. Zwłaszcza jeśli przywykły do otrzymywania gotowej i jednoznacznej interpretacji zjawisk wokół nich.

Dobrym przykładem jest tu KOD i jego były lider, Mateusz Kijowski, za którym bardzo długo stali murem jego zwolennicy pomimo jego kłopotów z alimentami i innych zarzutów. Przypomina to zaślepienie członków sekty, którym przywódca mówi w gujańskiej dżungli: kładziemy się i popełniamy zbiorowe samobójstwo.

Astroturferom szczególnie zależy na pozyskaniu przedstawicieli elit. Swoją przynależnością do takiej czy innej grupy lub ideologii uwiarygadniają oni ten ruch lub ideologię w oczach szerokich mas. Jest to zjawisko znane i wykorzystywane od dawna. Nie bez powodu McCarthy rozpoczął swoją słynną dekomunizację Ameryki od Hollywood i redakcji wpływowych gazet, nie od fabryk Detroit czy kopalń Pensylwanii.

Amerykańscy badacze tego zjawiska zwracają uwagę na fakt, że w celu pozyskania wiarygodności astroturferzy zakładają też różne fundacje, think-tanki, czy wręcz quasi agencje medialne, które preparują i rozsyłają „informacje prasowe”, zasysane następnie przez portale i inne media. Przygotowana w 2014 r. lista „10 topowych astroturferów” zawierała m.in. organizację Media Matters (opisującą siebie jako „non-profit, postępowy ośrodek badań i informacji”, który w wyborach 2016 r. zasłynął z działań propagandowych na rzecz Hillary Clinton), Huffington Post, Politico, ruch Occupy Wall Street, zbiorowo blogi „naukowe” czy nawet poważny portal gospodarczy Forbes.com.

Jak wspomniałem na początku, kiedyś mogliśmy łatwo rozróżnić, co jest propagandą, a co faktem. Kiedyś gazety jasno określały, co jest reklamą lub artykułem sponsorowanym, a co materiałem dziennikarskim. Dzisiaj, zwłaszcza na portalach, mamy fakty (np. katastrofa kolejowa) obok opinii – co sprawia, że opinie nasz mózg traktuje, jakby były faktami.

Wiele organizacji stosujących narzędzia astroturfingu zyskuje popularność w społeczeństwie np. przez organizowanie konferencji czy zjazdów niezwiązanych bezpośrednio z ich działalnością. Sam widziałem, jak organizacja będąca inicjatorką pewnego ruchu oddolnego organizuje ciekawy dla zwykłych ludzi kongres na temat zdrowia psychicznego.

(...)

Dorota Niedźwiecka

Czytany 57 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.