środa, 24 styczeń 2018 22:50

Zakazana prawda o Lutrze

Napisane przez

W 1983 roku z okazji 500. rocznicy urodzin Marcina Lutra Jan Paweł II skierował do przewodniczącego Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, kard. Jana Willebrandsa list apostolski. Dokument ten utrzymany jest w charakterystycznym dla tego papieża duchu optymizmu wobec posoborowej aktywności ekumenicznej. Papież zawarł w nim jednak fragment, który wyróżnia się na tle całości. Jan Paweł II pisał bowiem, że „(...) w odniesieniu do Marcina Lutra, jak też w dążeniu do przywrócenia jedności, konieczny jest podwójny wysiłek. Przede wszystkim niezmiernie ważną rzeczą jest kontynuowanie sumiennych badań historycznych. Chodzi o uzyskanie, poprzez pozbawione uprzedzeń i tylko poszukiwaniem prawdy podyktowane badania, właściwego obrazu Reformatora, jak i całej epoki Reformacji oraz osób, które z nią są związane (...)”.

Wezwanie to było i jest niebywale zasadne. O tym, jak nikła jest wiedza na temat osoby zbuntowanego niemieckiego mnicha, tła historycznego wydarzeń początku XVI wieku, które ostatecznie doprowadziły do wielkiego pęknięcia w chrześcijańskiej Europie, jak i samej jego doktryny, nie trudno się przekonać. Niedawna 500. rocznica wystąpienia wittenberskiego augustianina ożywiła dyskusje chociażby w mediach społecznościowych. Przyglądając się nim, czytając kolejne wypowiedzi, zauważyłem, że wiedza absolwentów wyższych uczelni na temat tzw. reformacji zatrzymała się na poziomie lekcji historii w liceum czy katechezy przygotowującej do sakramentu bierzmowania. Wypowiadane przez absolwentów prawa, politologii, socjologii czy historii poglądy (czy raczej frazesy) o tym, że „Luter uwolnił katolików od płacenia za odpusty”, oraz o tym, że „przybliżył ludowi Pismo Święte”, najlepiej tego dowodzą. Nie jest to jednak efekt zaniedbań ostatnich dekad.

Już w 1948 roku ks. prof. Michał Poradowski, pisząc swoją pracę poświęconą protestantyzmowi, zauważył, że „w środowisku katolickim, protestantyzm jest trochę znany jako religia (niewielu jednak katolików, tak świeckich, jak i duchownych, zna dokładnie różnice dogmatyczne i moralne między tym, co naucza Kościół, i tym, co utrzymuje teologia protestancka), ale prawie wcale nie jest on znany jako zjawisko socjologiczne”. Podobnie jest zresztą i dziś. O ile przeciętny katolik potrafi jeszcze wskazać najistotniejsze różnice doktrynalne różniące katolicyzm i protestantyzm (choć i z tym coraz gorzej wskutek m.in. absurdalnej działalności ekumenicznej skupiającej się wyłącznie na punktach stycznych, których w istocie jest niewiele, o ile w ogóle można je wskazać), o tyle trudno już wskazać mu społeczno-polityczne i kulturowe skutki rewolucji zapoczątkowanej przez „pierwszego Führera narodu niemieckiego”. Podobnie zresztą rzecz ma się z protestantami, którzy zwykle nie znają nawet pism swojego „ojca wiary”. Dlatego też wezwanie Jana Pawła II z 1983 roku było jak najbardziej zasadne i chwalebne.

 

Wydawałoby się więc, że 500. rocznica wybuchu rewolucji protestanckiej jest doskonałą okazją do tego, aby informować nie tylko katolików, ale i po prostu społeczeństwo jako takie, o rezultatach badań naukowych dotyczących wydarzeń pierwszej połowy XVI wieku, jak i krytycznie przedstawiać samą doktrynę luteranizmu. Hierarchia kościelna w Polsce, która tak chętnie i przy każdej niemal okazji powołuje się na nauczanie Jana Pawła II, nie tylko zapomniała o życzeniu papieża wyrażonym ponad 30 lat temu, ale – mówiąc wprost – zrobiła i robi wiele, żeby na temat prawdy o luteranizmie nie mówić wcale albo mówić jak najmniej. Duchownemu zajmującemu się naukowo Lutrem i protestantyzmem zabrania się publicznych wypowiedzi na te tematy. Robi się to w sposób perfidny, posługując się ulubionym batem modernistów – bezwzględnym posłuszeństwem wobec przełożonych. Nie wydaje się oficjalnego zakazu, ale kieruje się „ojcowską prośbę”. Innemu duchownemu kościelni cenzorzy wymijająco odpowiadają na prośby o udzielenie imprimatur na pracę poświęconą Lutrowi, wbrew przepisom prawa kanonicznego tłumacząc się tym, że praca traktuje o historii, a nie teologii czy filozofii. Wreszcie przemilcza się film dokumentalny opowiadający o życiu upadłego augustianina, a nominalnie katolickie media odmawiają producentom tego filmu nawet płatnej reklamy. Jest to jawne ignorowanie wezwania papieża zawartego we wspomnianym liście do kardynała Willebrandsa. Jednocześnie hierarchowie wyjątkowo chętnie wchodzą w skład honorowych komitetów organizujących obchody 500-lecia początku i czynnie biorą w nich udział, korzystając z przykładu danego z góry, gdyż sam biskup Rzymu postanowił uczestniczyć w obchodach inaugurujących „Rok Reformacji” w szwedzkim Lund.

Gdzie leżą przyczyny tej eklezjalnej zmowy milczenia na temat Lutra i protestantyzmu? Dlaczego dzisiejszej hierarchii Kościoła katolickiego tak bardzo zależy na tym, aby niezbyt przyjemna prawda o niemieckim buntowniku religijnym szeroko ujrzała światło dzienne?

Wydaje się, że istnieje kilka zasadniczych przyczyn takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, dzisiejsze duchowieństwo, podobnie zresztą jak Marcin Luter, zapragnęło zmiany doktryny wiary. Zapragnęło zastąpienia wiary katolickiej swoją własną będącą mieszanką katolicyzmu i protestantyzmu. I tak wiarę katolicką usiłuje się zastąpić oddogmatyzowanym chrześcijaństwem. Fides quaerens intellectum stopniowo zastępuje fideizm przejawiający się przeniesionymi na grunt katolicki prądami protestanckimi, zwłaszcza zielonoświątkowymi. Życie duchowe sprowadzane jest do uczuciowości i doznań zmysłowymi, czego najlepszym przykładem są „zaśnięcia w Duchu świętym” i inne podobne doznania mające być punktem kulminacyjnym tej „duchowości”, które mają protestancką genezę i zostały zaszczepione Kościołowi przez duchownych „flirtujących” z neoprotestanckimi sektami.

Niezliczona liczba katolickich kapłanów tak w Polsce, jak i na świecie zaangażowała się w te nowe formy pseudoduchowości. Z czasem zaczęli oni dostępować kolejnych urzędów i godności kościelnych i w chwili obecnej poważny odsetek biskupów ma oazową lub neokatechumenalną przeszłość. Również osoby, które opanowały katolickie media, zwykle mają ten sam lub podobny duchowy rodowód. Wiara, jak ją pojmuje się w tego typu wspólnotach, zupełnie odpowiada wizji dra Lutra. Jest ona pozbawiona racjonalności, logiki, brzydzi się definicjami, a sprowadza się do uczuć i woluntaryzmu. Ruguje się tam tradycyjne formy pobożności, jednocześnie otwierając się na pochodzące ze świata protestanckiego. Trudno więc oczekiwać od zaangażowanych w to ludzi, aby pozwalali na przebicie się prawdy o protestantyzmie na światło dzienne. Atak na protestantyzm, w którym nie widzą nic złego, w istocie jest atakiem na ich własną „duchowość”, na co nie mogą sobie pozwolić, gdyż niejednokrotnie poświęcili temu większość swojego życia.

W pozytywnym odbiorze protestantyzmu utwierdza ich także fałszywa soborowa eklezjologia, według której wyznania protestanckie w jakiś sposób, mniej doskonały niż Kościół katolicki, ale jednak należą do Kościoła Chrystusowego (słynne subsistit in). Z kolei na tej fałszywej eklezjologii zbudowany jest cały, jeszcze bardziej zresztą fałszywy posoborowy ekumenizm. Jakiekolwiek ujawnianie różnic między wiarą katolicką a doktrynami protestanckimi jest bardzo nie na rękę wielu hierarchów i duchownych zaangażowanym w ruch ekumeniczny. Wydaje się, że podobnie jak Lutrem kieruje nimi pycha i obawa o to, że opus magnum ich życia mogłoby zostać pogrzebane. Nadawane sobie nawzajem odznaczenia za działalność ekumeniczną znaczą dla tych ludzi więcej niż uczciwe podejście do sprawy i dotarcie do prawdy.

 

W chwili, gdy piszę ten tekst, lokalne opolskie media rozpływają się nad kolejnymi odznaczeniami dla abpa Alfonsa Nossola, naczelnego polskiego ekumenisty. Podczas konferencji w Kamieniu Śląskim kard. Kurt Koch, obecny przewodniczący sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, dziękował „protagoniście ekumenizmu” za jego wkład w ekumenizm w skali światowej. Podziękowania zostały skierowane także do „posoborowych papieży, których nie zniechęcili fundamentaliści”, których urząd jest rzekomo „ekumeniczny”.

To ideologiczne zacietrzewienie ekumenistów niczym nie różni się od zacietrzewienia pierwszego nowożytnego ideologa, którym był wittenberski mnich. Poprzez ekumenizm, podobnie jak przez fideizm, dokonuje się nieustanna protestantyzacja katolicyzmu.

Prawda zaś o rewolucji zapoczątkowanej przez Lutra jest nader nieekumeniczna. Nie pasuje ona do wizji „Kościoła dialogu”, gdyż jest to historia brutalnego ataku na Trójcę Świętą, boskość Chrystusa, Kościół, sakramenty, małżeństwo, rodzinę i cały porządek doczesny. Ekumeniści nie mogą więc sobie pozwolić na to, żeby burzyć ich wyimaginowaną jedność, spisaną na setkach stron deklaracji z innowiercami. Upowszechnienie prawdy o Lutrze i reformacji nieuchronnie zburzyłoby ten nieszczęsny mit o wspólnocie między katolicyzmem i herezją. To prawdziwy dynamit podłożony pod gmach Kościoła budowanego o „Ducha Soboru”, pod tak zwany „Kościół posoborowy”. Oby eksplodował jak najprędzej.

 

Bartłomiej Gajos 

Czytany 186 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.