czwartek, 25 styczeń 2018 09:06

Co można ugrać na ekspansji chińskiej?

Napisane przez

Przeżarte kolesiami, którzy dbają głównie o własny interes, polskie ministerstwo spraw zagranicznych pozostaje od dłuższego czasu pod obstrzałem nie tylko politycznej opozycji, ale reformatorskich sił w rządzącej partii. Już na lipcowym kongresie PiS w Przysusze szef partii Jarosław Kaczyński w publicznym wystąpieniu skrytykował opóźnienia w oczyszczaniu MSZ „ze złogów”, zalecając ministrowi Waszczykowskiemu aktywniejsze podejście do polityki kadrowej. Wydaje się, że dłużej nie można wstrzymywać nadciągającej „kuracji przeczyszczającej” dla polskiej dyplomacji wywodzącej się często z moskiewskich szkół. Dobiegają wszak końca zmiany w sądownictwie i cała energia ostrza reform będzie mogła zostać skierowana na postkomunistyczną skamielinę, jaką w dużej mierze pozostało ministerstwo spraw zagranicznych.

Polska nie miała dotąd szczęścia do ministrów spraw zagranicznych. Już w okresie międzywojennym (1918-1939) mieliśmy aż szesnastu ministrów kierujących polską dyplomacją. Rząd RP na Uchodźstwie (londyński) utrzymywał od 1939 do 1990 roku kolejnych piętnastu ministrów, a równolegle komunistyczne, podległe Moskwie władze na terenach nowej Polski mianowały w latach 1944-1989 czternastu ministrów spraw zagranicznych. Wśród nich jakimś bladym pozytywnym światłem wydaje się świecić Adam Rapacki, znany z planu utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej, który próbował plasować Polskę na jakiejś międzynarodowej scenie. Pozostali – mniej lub bardziej – tworzyli z Polski „bliską zagranicę” dla Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Pewnym przełomem było objęcie teki szefa MSZ w 1989 przez Krzysztofa Skubiszewskiego, który na tym stanowisku przetrwał do jesieni 1993 roku.

Skubiszewski próbował wypracować jakąś własną, polską doktrynę państwową. Nie było to proste zadanie, bo przez większość tego czasu od 1918 roku Polska nie była państwem do końca niepodległym, więc własna doktryna oddziaływania państwa na zagranicę nie mogła się łatwo wykształcić. Niemniej minister Skubiszewski – jakkolwiek współpracujący wcześniej jakoś z tajnymi służbami pod pseudonimem „Kosk” – doprowadził do wstąpienia Polski w 1991 roku do tzw. Hexagonale (Inicjatywa Adriatycka: Austria, Czechosłowacja, Jugosławia, Węgry, Włochy, Polska). Polska mogłaby tam odgrywać istotną rolę, gdyby umiała nakreślić koncepcję trwania tej organizacji w czasie rozpadu Jugosławii i Czechosłowacji. Niestety takiej myśli nasza dyplomacja nie umiała wtedy wyartykułować.

Nie umiała i do dziś nie umie, kolejnych bowiem jedenastu szefów dyplomacji polskiej (od 1993 do 2017) nie zapisało się żadnymi szczególnymi koncepcjami niezależnego pozycjonowania Polski na międzynarodowej arenie. Jedynym istotnym krokiem było przystąpienie do NATO, a potem Unii Europejskiej, nieco na wzór niegdysiejszych moskiewskich: Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Dziś krytyka tych decyzji z lat 1999 i 2004 traktowana jest powszechnie jako polityczna herezja do tego stopnia, że trudno w ogóle znaleźć opiniotwórcze środowiska, które byłyby w stanie na ten temat dyskutować. Współczesne polskie rządy (od lat 90.) przekonane były i są, że wiszenie u brukselskiej klamki jest lepsze niż wiszenie u klamki moskiewskiej, które było zalecane przez poprzednie władze od 1944 roku. Pewnym novum jest teza o wyższości podwieszenia się do klamki waszyngtońskiej zamiast brukselskiej (środowisko Antoniego Macierewicza), ale co do zasady „podwieszania się” nie stanowi ona żadnej koncepcyjnej rewolucji.

Dziś na horyzoncie Polska ma „czwartą klamkę”, do której mogłaby się „podwiesić”. Jest to klamka pekińska, wielu publicystów i analityków wskazuje ją jako alternatywę dla klamek moskiewskiej, brukselskiej i waszyngtońskiej. Chińska Republika Ludowa od kilku lat prowadzi aktywną politykę w Europie Środkowej, jednoznacznie proponując Polsce przyjęcie kierownictwa nad całą grupą mniejszych państw pozostających w obszarze zainteresowania Chin. Wyrazem tej inicjatywy jest utworzone w 2012 roku „Forum 16+1” zrzeszające Chiny oraz 16 państw Europy Środkowej i Wschodniej (Albanię, Bośnię i Hercegowinę, Bułgarię, Chorwację, Czarnogórę, Czechy, Estonię, Litwę, Łotwę, Macedonię, Polskę, Rumunię, Słowację, Słowenię, Serbię i Węgry).

Inicjatywa „16+1” nie jest (na razie?) formalną organizacją międzynarodową. Ma mizerny budżet, z którego organizuje coroczne spotkania głów stowarzyszonych państw. Ale generuje ona coraz ciekawsze strategiczne i dalekosiężne pomysły. Jeden z ostatnich przykładów to warszawskie spotkanie ministrów transportu państw Europy Środkowo-Wschodniej i Chin w końcu października 2017. Dyskutowano na nim o planach politycznych, projektach infrastrukturalnych i wizjach rozwoju transportu w subregionach: Adriatyku, Bałtyku, Morza Czarnego i Grupy Wyszehradzkiej. Towarzyszące panele wymiany poglądów poświęcone były drogom wodnym oraz morskim portom. W czasie spotkania zainaugurowany został Sekretariat ds. Morskich „16+1″, funkcjonujący przy polskim Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Na zjeździe obecni byli przedstawiciele wielu portów naszego regionu (Ryga, Kłajpeda, Gdańsk, Gdynia, Szczecin/Świnoujście, Bar, Rjeka, Ploce, Zadar, Koper, Konstanca), a także linii kolejowych. Jak widać, koncepcja współpracy portów Międzymorza objęta została w ten sposób efektywnym chińskim patronatem, przy całkiem oficjalnej zgodzie Polski na koordynację tej inicjatywy.

 

Warto przypomnieć, że już w 2013 roku chińska firma China Merchants Holdings International wykupiła 23,5% udziałów w kontenerowym terminalu Doraleh w Dżibutti. Dżibutti to taki przesmyk od południa na Morze Czerwone, rzec by można: strażnik Suezu. W 2015 inna chińska firma shippingowa, COSCO wykupiła 67% udziałów zarządu portu Pireus w Grecji. To dzisiaj największy port przeładunkowy Morza Śródziemnego, położony stosunkowo niedaleko od prowadzących na Morze Czarne cieśnin Bosfor i Dardanele. Strażnik Bosforu? Jednocześnie w Algierii, niedaleko Gibraltaru, buduje się za chińskie pieniądze nowy terminal w małym porcie Cherchell. Budują go chińskie firmy: China Harbour Engineering Company i China State Construction Engineering Corporation. Cherchell ma przed rokiem 2050 osiągnąć zdolność przeładunkową 26-35 milionów ton. Czy to także strażnik Gibraltaru? Dla porównania: w 2015 roku Gdańsk razem z Gdynią przeładowały ok. 46 milionów ton towarów, ale rząd Polski planuje rozbudowę tych portów: w perspektywie do 2028 roku przeładunki w tych portach osiągnęłyby ok. 100 milionów ton.

Wskazując na chińskie zainteresowanie morzami otaczającymi Europę, warto również przypomnieć o chińsko-rosyjskich manewrach obu flot morskich, które odbyły się w końcu lipca br. na Bałtyku. Był to pierwszy pobyt chińskich wojskowych jednostek pływających na tym wewnętrznym morzu. Manewry te należy traktować jako element chińskiego wojskowo-ekonomicznego rozpoznania, zresztą takiego samego, jakie widzimy ze strony USA (incydenty rosyjsko-amerykańskie z połowy kwietnia 2016 związane z pobytem niszczyciela US Navy „Donald Cook” w pobliżu Kaliningradu).

[...]

Paweł Falicki

Czytany 218 razy
Więcej w tej kategorii: « Postawić na Chiny Uczmy się od Chin »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.