środa, 09 maj 2018 21:01

INTEGRACJA EUROPY A ROSJA

Napisał

„Europa jest to stara wariatka i pijaczka, która co kilka lat robi rzezie i mordy bez żadnego rezultatu ni cywilizacyjnego, ni moralnego” – sierdził się Cyprian Kamil Norwid na Stary Kontynent, ale w istocie uznawał go za cywilizacyjne i kulturalne centrum globu. Poeta był niezwykle przywiązany do europejskiej tradycji oraz tożsamości („Europa nie jest rasą, ale principium! – bo gdyby była rasą, byłaby Azją!!!”), podczas amerykańskich wojaży dotkliwie tęsknił za Italią, za Rzymem. Tym bardziej irytował i zasmucał go kryzys, w jakim pogrążała się cywilizacja europejska. Wierzył jednak, że możliwe jest podźwignięcie się z tej zapaści: „...tylko Bóg i parlamentarny system Europę dzisiejszą ocalić potrafią od upadku w antycywilizacyjny kataklizm”. Diagnoza ta w połowie wydaje się dzisiaj bardzo naiwna.

 

Migranci przeciwko ojczyznom

Za to niezwykłą przenikliwość wykazał Norwid w liście do Karola Ruprechta z 1866 rok: „Europa [jest] zarozumiała, bo nie ma uszanowania dla sensu i absolutu pokoleń, wyobrażając sobie, iż ona tworzy człowieka na obraz i podobieństwo swoje, jak jeden Bóg!”. Po upływie 150 lat, obserwując postępki obecnych „elit” brukselskich czy berlińskich, wypada uznać te słowa za prorocze.

Wielką niespełnioną miłością autora Vade-mecum była Maria Kalergis, która wszakże często robiła Norwida w trąbę. Wzajemne relacje tej pary przypominają więc nieco sposób, w jaki traktowała Europa rozmiłowanego w niej poetę. Przecież Europa była i jest kobietą...

Maria Kalergis, wywodząca się z rodu o bizantyjskich korzeniach, była z kolei prababką Ryszarda hrabiego Coudengove-Kalergi (1894-1972), założyciela ruchu pan-europejskiego, który twórczo rozwinął myśli formułowane m.in. przez Teodora Korwin Szymanowskiego (wielbiciela Woltera). Jego ojciec uważał się za Austriaka, matka była Japonką, a rodzina posiadała bardzo rozbudowane koneksje międzynarodowe. Coudengove-Kalergi w opublikowanej w 1923 roku pracy Pan-Europa widział konieczność zjednoczenia kontynentu „od Polski po Portugalię” wobec zagrożenia ze Wschodu, którego rozmiar pokazało dotarcie bolszewików nad Wisłę trzy lata wcześniej. Wkrótce jednak zidentyfikował także inne niebezpieczeństwo, tym razem wewnętrzne. Co więcej, jego zdaniem istniejące, a nie tylko potencjalne. Był nim nacjonalizm narodów europejskich. Austriacki wizjoner miał zbliżony pogląd na stan naszego kontynentu do tego, jaki w chwilach złości i zwątpienia wyrażał zasłużony dla literatury wielbiciel jego urodziwej antenatki, lecz w odróżnieniu od Norwida nie był poetą. Toteż Coudengove-Kalergi z zimnym cynizmem socjotechnika (sowieckiego „inżyniera dusz”) postanowił rozwiązać kwestię różnych ideologii narodowych nie pasującej do jego wizji Europy zintegrowanej, a więc takiej, która powinna być również homogeniczna cywilizacyjnie i kulturowo.

W książce Praktisches Idealismus wydanej w 1925 roku przedstawił własny obraz przyszłego społeczeństwa europejskiego, które miało być mieszaniną ras ludzkich, krzyżówką białych tubylców z czarnymi i żółtymi migrantami. Coudengove-Kalergi widział w takiej masie, pozbawionej własnej tradycji, idealny bezwolny twór, łatwy do kierowania przez elitę rządzącą, władzę centralną „Stanów Zjednoczonych Europy”. Przerażający pomysły autora Praktycznego idealizmu jeszcze przed wybuchem II wojny światowej przypadły do gustu niektórym prominentnym politykom. Nic więc dziwnego, że uważany jest on za prekursora integracji europejskiej (zaproponował m. in., aby hymnem zjednoczonego kontynentu była kantata z symfonii Ludwika van Beethovena ułożona do słów „Ody do radości” Fryderyka Schillera). Posłuszna realizatorka demograficznych koncepcji pierwszego pan-europejczyka, niemiecka kanclerz Aniela Merkel, w już 2010 roku otrzymała nagrodę jego imienia.

Zupełnie inny śmiały projekt geopolityczny, niwelujący ówczesne – a także dzisiejsze - podziały polityczne, przedstawił Karol de Gaulle propagując Europę ojczyzn (ale nie regionów!) „od Atlantyku po Ural”. W ten sposób, trzymając się ściśle geografii, bogobojny przywódca Francuzów, pozostawił wprawdzie w Europie choćby czysto azjatyckie z ducha Tatarstan i Baszkirię, do głowy jednak mu nie przyszło, aby planować jakieś etnocydy na Europejczykach, tak jak to roił sobie Coudengove-Kalergi. Na kilkanaście lat przed sformułowaniem przez de Gaulle'a koncepcji przeciwstawiającej się federalizacji europejskiej Henryk Himmler na Uralu właśnie chciał stawiać zamki dla swoich komesów z czarnego zakonu, aby bronili granic kontynentu przed hordami azjatyckich barbarzyńców.

 

W rosyjskim świecie

Dla prezydenta Rosji Włodzimierza Putina rozciągnięte wzdłuż południka pasmo niezbyt wysokich gór rozdzielające Europę i Azji nie jest jednak z oczywistych powodów żadną barierą, ale raczej zwornikiem. W ciągu minionej dekady w co najmniej kilku wypowiedziach poruszył on kwestię organizacji oraz integracji przestrzeni euroazjatyckiej, w której rzecz jasna wybitna rola przypadnie Rosji. Wizja Putina obejmuje obszar od atlantyckiego wybrzeża Portugalii po Daleki Wschód leżący nad Pacyfikiem. W jego obrębie miałyby współpracować ze sobą – w wariancie spośród dotąd przedstawionych o maksymalnym zasięgu – państwa europejskie, Rosja i byłe sowieckie republiki oraz Chiny. Działania Moskwy w tym kierunku ograniczyła się jednak do zamiaru powołania Unii Eurazjatyckiej w oparciu o istniejące (choć kadłubowe) organizacje ekonomiczne, a tymczasem inicjatywę przejął Pekin lansując projekt Nowego Jedwabnego Szlaku. Pewną rolę odegrało w tym wypadku także izolowanie Rosji oraz nałożenie na nią sankcji. W tej sytuacji prezydent Rosji bardziej skupił się na trochę odmiennym zamyśle geopolitycznym, częściowo zresztą pokrywającym się z zasięgiem poprzedniej koncepcji.

Polskie pokój i rosyjskie mir mają podwójne znaczenia: pierwsze z nich, oznaczające stan pomiędzy wojnami, są identyczne, drugie różne: w naszym przypadku oznaczające jedynie pomieszczenie w budynku, na Wschodzie natomiast przede wszystkim cały świat, a także ludzkość. Język naprawdę mówi bardzo dużo o jego użytkownikach, co nawet poniekąd przeczuwał w swoich lingwistycznych publikacjach sam Józef Stalin. Naturalnie równie doniosłe słowo nie mogło obyć się bez przymiotnika, toteż pojawiło się pojęcie ruskiego miru (będzie ono, dość nieprecyzyjnie, przekładane jako rosyjski świat).

O to, co właściwie ono znaczy, spierali się rosyjscy intelektualiści już w XIX stuleciu. Można wyróżnić dwie zasadnicze interpretacje: według pierwszej idea ta odzwierciedla realne zjawisko geopolityczne i socjokulturowe, druga natomiast uważa ją jedynie za hasło ogniskujące imperialne marzenia rosyjskiej elity. W XXI stuleciu nowe życie temu terminowi nadał Włodzimierz Putin, który jeszcze w wczesnych latach swojej prezydentury, inaugurując Rok Języka Rosyjskiego, powiedział: „Rosyjski świat może i powinien zjednoczyć tych wszystkich, którym drogie są rosyjskie słowo i rosyjska kultura, gdziekolwiek by oni nie żyli, w Rosji czy za jej granicami. Częściej używajcie tego połączenia wyrazowego – rosyjski świat”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że prezydent z Kremla wręcz smakował na języku tę nazwę.

No i, jak to na Wschodzie, wystarczyły dwa słowa rzucone z wysokości carskiego majestatu, aby zaraz podchwycili je dworzanie i poczęli odmieniać przez najróżniejsze przypadki. Patriarcha moskiewski i całej Rusi Cyryl obok Rosji, Białorusi i Ukrainy zaliczył do rosyjskiego świata, zdefiniowanego w tym wypadku jako przestrzeń duchowa, również Mołdawię. Zdaniem cerkiewnego dostojnika ta strefa cywilizacyjna opiera się na trzech filarach: prawosławiu, rosyjskiej kulturze i rosyjskim języku oraz na wspólnej pamięci historycznej, a także zbieżnych poglądach na dalszy rozwój.

Działalność prowadzącą do podtrzymania i rozszerzenia rosyjskiego świata podjęły rzecz jasna również władze świeckie. Już w 2007 roku powołano fundację „Rosyjski świat”, która miała być czymś w rodzaju instytucji British Council lub stowarzyszenia Alliance Française. Naturalnie za chlubnymi kulturalnymi projektami, takimi jak „Profesor rosyjskiego świata” czy „Gabinety rosyjskiego świata” albo ustanowienie Międzynarodowego Dnia Języka Rosyjskiego, stoi także goła polityka. Stąd też ideolodzy kremlowscy powtarzają, że „współczesna Rosja jest centrum ogromnej społeczności cywilizacyjnej”, rozumianej jako rosyjski świat wychodzący daleko poza granice jednego państwa”. Oprócz wspomnianej już Mołdawii najważniejszym kandydatem na państwo „świata rosyjskiego” jest również Kazachstan, a według tych, co chcą widzieć ten projekt naprawdę wielkim, także pozostałe kraje posowieckie i te ze strefy wpływów dawnego ZSRS. Czyli w większości państwa określane w Rosji jako limotrofy.

 

/.../

Czytany 20 razy
Więcej w tej kategorii: « Powrót złota I co nam pan zrobi? »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.