środa, 09 maj 2018 21:24

Co w żydowskiej duszy gra?

Napisała

O tym zdarzeniu opowiedziałam zaledwie kilku zaufanym osobom. Nigdy wcześniej nie podzieliłam się tym publicznie. Zapytają Państwo – jak to możliwe, że mając dostęp do łam publicystycznych przez tyle lat milczałam na temat tej wstrząsającej historii? Być może podświadomie uwierzyłam mojemu żydowskiemu rozmówcy, antybohaterowi dzisiejszej opowieści. Szyderczym tonem zapewniał, że i tak nikt mi nie uwierzy. Nie miał on wtedy pojęcia, że rozmawia z przyszłą dziennikarką.

Do niecodziennego spotkania doszło dekadę temu. Był środek zimy i środek nocy. Na dworcu centralnym w Warszawie wraz z tłumem podróżnych czekałam na opóźniony nocny pociąg relacji Gdynia-Kraków-Zakopane. W oczekiwaniu na połączenie dostrzegłam na peronie wyróżniającego się mężczyznę w średnim wieku. Czarny kapelusz, biała koszula, gustowny szalik, nienagannie skrojony garnitur i elegancki płaszcz jakoś nie pasowały do podróżnego Tanich Linii Kolejowych. Stało się! Wsiedliśmy do tego samego przedziału.

Jeszcze pociąg dobrze nie ruszył, kiedy pan w kapeluszu ujawnił swój prymitywny charakter. Nie pytając pozostałych podróżnych – czy w ogóle chcą tego słuchać! – zaczął od ostentacyjnego obgadywania kobiety, która odprowadziła go na peron. Przyznał, że to jego kochanka. Kpił z jej ubioru, słabości do alkoholu i rozwiązłego sposobu bycia. Dumnie podkreślał, że całkowicie ją od siebie uzależnił.

W podobnym tonie zaczął opowiadać o kochankach ze Stanów Zjednoczonych. Śmiał się, że wśród nich są sprzątaczki i wszystkie go błagają, by ich nie zostawiał. Poczucie władzy nad tymi kobietami zdawało się sprawiać mu wielką satysfakcję. Chyba jeszcze większą ich upokarzanie. Nawiązując do romansów z USA przyznał, że często tam bywa, bo ma podwójne obywatelstwo – polskie i amerykańskie. I wreszcie dumnie podkreślił, że jest Żydem.

Pozostali podróżni nie dali się wciągnąć do rozmowy, pomimo zaczepek ze strony towarzyszącego nam Żyda. W moim przypadku ciekawość wzięła górę. Zagaiłam. Żyd z pociągu z rozbrajającą szczerością zaczął mi o sobie opowiadać. Rozmowa, a właściwie męka (z mojej perspektywy), trwała kilka godzin. Przed oczami miałam człowieka, który przelał na mnie niepoliczalną ilość pogardy. Ale to nie ja jestem tutaj ofiarą.

Goje, do nogi!

Po pierwszej wymianie zdań wręczył mi wizytówkę. Okazało się, że rozmawiam z dyrektorem Global University System na Europę Środkowo-Wschodnią i Afrykę. Na wizytówce widniał warszawski adres przy pl. Defilad 1 (Pałac Kultury i Nauki). Mieściło się tam wtedy biuro filii wspomnianej „uczelni”, ale dziś polski Internet jest już z tej informacji wyczyszczony. Na moje pytanie – czym się konkretnie zajmuje – bez najmniejszej krępacji przyznał, że handluje ludźmi, a konkretnie werbuje niewolników.

Żyd z pociągu pokrótce przedstawił mi proces „rekrutacji”. Udawał się do kraju z przydzielonego mu obszaru, gdzie wyszukiwał młodych ludzi, którym obiecywał wyrwanie z zacofanej dziury i świetlaną karierę. Kiedy kandydat (raczej nieprzypadkowy, np. syn wodza jakiejś afrykańskiej wioski) dał się złapać, rodzina robiła zrzutkę na bilet, by młodzieniec mógł się wybić i posmakować „lepszego świata”. Oczywiście „rekrutacja” odbywała się też w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce.

Rozdzielony z ojczyzną kandydat odbywał „kurs” na wspomnianym „uniwersytecie”. Po jego ukończeniu, już jako „absolwent”, musiał spłacić „dług wdzięczności”. W ten sposób, wytresowany pod klucz, lądował w jednej z korporacji podpiętej pod Global University System, gdzie miał tyrać, by zarabiać na swych żydowskich panów. Dalsze losy tych ludzi pozostają mi nieznane. Z rozmowy wynikało jednak, jakoby musieli „odwdzięczać się” do końca swojego życia.

Mój żydowski rozmówca śmiał się szyderczo, że podstępem wyciąga tych ludzi z ich domów, a następnie przerabia na niewolników i dojne krowy. Z największą pogardą mówił o Arabach, porównując ich do psów. Z Murzynów kpił, że w Afryce żyją w lepiankach razem z kurami. Z kolei chrześcijan określał jako największych frajerów – szczególnie tych, którzy przestrzegają przykazań o miłowaniu bliźniego i wybaczaniu.

Dialog? Wolne żarty!

Kiedy opinię publiczną rozgrzała do czerwoności dyskusja wokół ustawy o IPN, historia z pociągu wraca do mnie jak bumerang i nie daje mi spokoju (dziś odsłoniłam zaledwie jej kawałek). Przez lata tłumaczyłam sobie, że nie mogę oceniać narodu żydowskiego na podstawie tej konkretnej rozmowy. Tymczasem sami Żydzi nieustannie dostarczają mi kolejnych powodów, by utwierdzać mnie w przekonaniu, że mają oni, nas gojów, w największej pogardzie. Brutalna rzeczywistość jest taka, że o żadnym dialogu mowy być nie może! Wyklucza to nie tyle odmienna kultura (to akurat nie musi być przeszkodą), ale przede wszystkim diametralnie różne podejście do etyki i prawdy.

Na początek słownikowa definicja: „Dialog (współcześnie) – wymiana myśli poprzez wzajemną prezentację poglądów i postaw, szczególnie zaś taka wymiana, w której uczestnikom zależy przede wszystkim na wzajemnym poznaniu się i przekazaniu cenionych przez siebie wartości intelektualnych i moralnych, a celem jest wspólne zbliżenie się do prawdy, lub też wspólne działanie” [Antoni Podsiad, Słownik terminów i pojęć filozoficznych, , PAX, Warszawa 2001].

Środowiska żydowskie (choć nie wszystkie) robią co mogą, by udowodnić, że mają w głębokim poważaniu prawdę. Wystarczy wspomnieć histeryczną – i bezczelną! – reakcję na słowa Mateusza Morawieckiego wypowiedziane podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Premier Polski, zaczepiony przez izraelskiego dziennikarza w kontekście ustawy o IPN, powiedział – skądinąd, całkiem słusznie – że: „Jest to niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”.

Reakcja strony żydowskiej była natychmiastowa. Premier Izraela Benjamin Netanjahu ocenił słowa Morawieckiego jako „oburzające”. Izraelski przywódca podkreślił, że pojawia się tutaj problem niezrozumienia historii i braku wrażliwości na tragedię narodu żydowskiego.

Chwilę potem głos zabrał szef fundacji From the Depths Jonny Daniels, były żołnierz izraelskiej armii, żydowski lobbysta, a obecnie nadworny polityków Prawa i Sprawiedliwości. „Musi być jasność, że byli Żydzi, którzy współpracowali z niemieckimi nazistami w małym stopniu. Większość z nich robiła to w nadziei, że uratują życie swoje i najbliższych. Ogromna większość z tysięcy polskich kolaborantów robiła to z chciwości i czystej nienawiści” – napisał Daniels.

Za wpis na Twitterze na lobbystę spadły gromy – początkowo także ze strony środowiska związanego z PiS. Daniels połapał się, że nieco przeholował (w końcu z zawodu jest też pijarowcem), więc szybko skasował skandaliczne słowa i oficjalnie się za nie niby pokajał. Trzeba być jednak niespełna rozumu, politykiem PiS-PO-N-etc., czy też usłużnym dziennikarzem, by nie ogarniać z jak podłą i cyniczną grą mamy do czynienia. Tymczasem Jonny Daniels w mgnieniu oka wrócił do łask (pewnie nigdy z nich nie wyszedł) partii rządzącej i medialnych sprzedawczyków na usługach tejże.

Nie wiedzieć czemu (mogę się tylko domyślać) polscy (?) politycy i większość dziennikarzy udają, że pada deszcz, kiedy Żydzi plują Polakom w twarz. Od tygodni mamy do czynienia z nasileniem bezczelnej nagonki na Polskę ze strony Izraela. Tymczasem polskojęzyczne serwisy informacyjne ustami swoich polityków wydają się być zrozpaczone kryzysem w relacjach polsko-izraelskich i desperacko szukają sposobu – z przymilaniem się Żydom włącznie – jak z owego kryzysu wyjść. Czy ta gra jest w ogóle warta świeczki? Dla Żydów jak najbardziej; dla Polaków – śmiem wątpić.

Odnoszę wrażenie, że nikomu z odpowiedzialnych za Polskę nie przyszło nawet do głowy, by postawić ultimatum i zagrozić zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Czyż nie tak postępuje gospodarz troszczący się o swój dom? Wyobraźcie sobie, Drodzy Państwo, sytuację z życia wziętą. Do domu przychodzi gość i bezpodstawnie zaczyna obrażać jego mieszkańców, a nawet żąda jakiejś zapłaty, bo ubzdurał sobie, że należy mu się rekompensata. Co robi pan domu zatroskany o najbliższych, kiedy druga strona nie okazuje im najmniejszego szacunku? Wyprasza takiego delikwenta za próg.

/.../

Czytany 375 razy
Więcej w tej kategorii: « I co nam pan zrobi? Opluć i ograbić »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.