środa, 09 maj 2018 21:33

Wojna żydowska

Napisał

Chociaż tytuł nawiązuje do dzieła Józefa Flawiusza, nie będzie to dzieło historyczne, a raczej publicystyczna refleksja nad przypływami i odpływami historii – bo zgodnie z zasadą przyczynowości, jaka rządzi światem, każde wydarzenie jest konsekwencją wydarzeń poprzednich i z kolei ma swoje następstwa. Wojna żydowska, która nieoczekiwanie buchnęła płomieniem z początkiem 2018 roku, nie jest tutaj żadnym wyjątkiem od tej zasady, toteż gwoli lepszego zrozumienia jej przyczyn, przebiegu i prawdopodobnych konsekwencji, musimy cofnąć się w czasie do roku 1953, kiedy to opuścił ten świat Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin.

Kogo wskaże nieubłagany palec?

Pamiętam z dzieciństwa dzień, kiedy w głośniku radiowym odezwał się grobowy głos spikera, że „przestało bić serce Józefa Stalina”. W wielu polskich, a podejrzewam, że nie tylko polskich rodzinach wzniosły się wtedy ku niebu dziękczynne modły, jako że był to nieomylny znak, że Pan Bóg się nad nami zlitował. Więc kiedy wkrótce zakończył życie również najbliższy współpracownik Ojca Narodów, Wawrzyniec Beria, Nikita Chruszczow dokonał wiekopomnego odkrycia, że Józef Stalin nie zamordował wszystkich swoich ofiar („Wielki Soso milionom podejrzanych osób zgotował zasłużony zgon” - pisał w nieśmiertelnym poemacie Caryca i zwierciadło Janusz Szpotański) własnoręcznie, w związku z czym pojawiło się pytanie, kto mu w tym wszystkim pomagał. To pytanie zawisło nad głowami budowniczych komunizmu nie tylko w Rosji, ale i w Polsce – kogo teraz wskaże nieubłagany palec. Okazało się, że towarzysze pochodzenia żydowskiego mieli szybszy refleks i nie czekając na wskazanie nieubłaganego palca, sami go podnieśli, wskazując na swoich nieżydowskich podwładnych – że to oni. Zaskoczeni tubylczy „goje” nawet nie protestowali. Owszem – przyznawali – mordowaliśmy, łamaliśmy kości, ale przecież dlatego, że to wyście nam kazali! Na takie dictum towarzysze pochodzenia żydowskiego orzekli, że to „antysemityzm”. To był pierwszy moment, gdy Polska została zaprezentowana światu jako siedlisko antysemickiej dziczy – ale bynajmniej nie ostatni.

Na tle tego sporu doszło do pojawienia się w PZPR dwóch frakcji: Żydów i Chamów, zwanych inaczej „Puławianami” i „Natolińczykami” - od miejsc, w których jedni i drudzy odprawowali swoje sabaty. Żydy bowiem odprawiały sabaty w jednym z domów przy ulicy Puławskiej w Warszawie, podczas gdy Chamy – w pałacyku w pobliskim Natolinie. Sławny „Październik” („A może sławny wspominać Październik, gdy nas skołował chytry stary piernik...?” - zastanawiał się Janusz Szpotański) nieco przytłumił te frakcyjne podchody, zwłaszcza, że wkrótce potem wielu towarzyszy pochodzenia żydowskiego „wybrało wolność” na Zachodzie, gdzie prezentowali się w charakterze ofiar „polskiego antysemityzmu”, zapoczątkowując „męczenników orszak biały”. Aliści tlejący konflikt rozgorzał płomieniem po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie w roku 1967, kiedy to Związek Sowiecki dostał od Amerykanów, reprezentowanych tam przez Izrael, przesławne lanie w tyłek swoich arabskich sojuszników. W całym „naszym obozie” pojawiły się niechętne Izraelowi nastroje, co kontynuatorzy Chamów postanowili wykorzystać do ostatecznej rozprawy z Żydami.

Rzecz w tym, że po śmierci Ojca Narodów, komunizm zaczął zdradzać przyspieszone objawy uwiądu starczego, co starych bolszewików, jak np. Mieczysław Moczar, który tak naprawdę nazywał się Mikołaj Diomko, szalenie martwiło i przemyśliwali, jakby ten fatalny proces odwrócić a przynajmniej zahamować. I wymyślili, że w tym celu należałoby komunizm zaszczepić na ciągle żywym pniaku nacjonalistycznym, dzięki czemu w więdnący komunizm napłynęłyby żywotne soki. Ten pomysł był najtwardszym jądrem ideologicznego projektu grupy tak zwanych „partyzantów”, będącej kolejnym wcieleniem Chamów. Tymczasem Żydy postawiły na „liberalizację” („Zgoda, ja mogę być leberał, tylko wy o tem mnie powiedzcie...”), jako na metodę „rozmiękczania” komunizmu – bo kiedy miłujący pokój Związek Radziecki przestał być miłośnikiem Izraela, tylko postawił na emancypację krajów arabskich, to nie było już żadnego powodu, by Żydostwo nadal sympatyzowało z komunizmem, przynajmniej w jego bolszewickim i sowieckim wydaniu.

Problem „partyzantów” polegał wszelako na tym, iż nacjonalizm potrzebuje, by mu nieubłaganym palce wskazać wroga. I wróg oczywiście był – ale nie można go było wskazać, bo nieubłagany palec zostałby wtedy natychmiast odrąbany razem z całą ręką, a kto wie, czy nie z głową. Toteż Mieczysław Moczar obrócił nieubłagany palec z niego innym kierunku, wskazując na Żyda, a ściślej – na „syjonistę”. Pojawiła się wtedy koncepcja, by „syjoniści” wyjechali do „Syjamu”, gdyż ta nazwa najlepiej się kojarzyła tzw. „ludziom prostym”. Obdarzeni szybszym refleksem Żydzi w lot zrozumieli, że to stwarza im znakomitą okazję ostatecznego opuszczenia cudnego raju i rozpoczęcia nowego życia na Zachodzie. Tak doszło do „wydarzeń marcowych” w roku 1968, w których w charakterze tła, nie do końca świadomego własnej roli w tych wydarzeniach, wzięli udział polscy studenci, wśród nich również niżej podpisany. Dla ówczesnych studentów była to po prostu okazja zademonstrowania niechętnego stosunku do „komuny”, w związku z tym nieubłagany palec Mieczysława Moczara raz jeszcze wskazał właśnie na nich, jako na wroga i w ten sposób Żydom udało się zejść z linii strzału. Bo - jak wyjaśniał koledze Antoniemu Zambrowskiemu w więziennej celi jego towarzysz niedoli - „nie ten Żyd, co Żyd, tylko ten, kogo Partia wskaże!”.

Towarzysze pochodzenia żydowskiego wykorzystali tedy okazję opuszczenia cudnego raju – w dodatku z łupami pochodzącymi ze spieniężenia tego, co w latach dobrego fartu pod rządami Ojca Narodów udało im się wyrwać reakcyjnej hydrze, często razem z paznokciami. Ale na Zachodzie nie bardzo wypadało się przechwalać, że było się nierozerwalnym ogniwem komunistycznego aparatu terroru. Za to nie otrzymałoby się palmy męczeńskiej, ani związanych z nią gratyfikacji. Wypadało zatem zaprezentować się w charakterze ofiary „polskiego antysemityzmu”. Za to dostawało się posady, mieszkania, granty i tak dalej, więc im mocniej taki „marcowy” emigrant miał ręce ubabrane we krwi polskich patriotów, tym głośniej i pryncypialniej piętnował „polski antysemityzm” - i tak już zostało do dnia dzisiejszego, bo aparaty propagandowe utworzone wtedy dla potrzeb „zimnej wojny”, istnieją nadal siłą inercji i nadal smrodzą – każdy zgodnie ze swoim emploi. O tym właśnie traktowała słynna wtedy anegdotka o Aaronku, którego dyrektor szkoły przyłapał podczas lekcji na szkolnym boisku. - Dlaczego nie w klasie, dlaczego nie na lekcji? - pyta dyrektor. - A bo, panie dyrektorze, logiki nie ma – odpowiada Aaronek. - Jak to „logiki nie ma” - dziwi się dyrektor. - Co to ma znaczyć? - Bo ja, panie dyrektorze – wyjaśnia Aaronek – zesmrodziłem się i pan nauczyciel wyrzucił mnie z klasy. No i oni wszyscy teraz tam siedzą, a ja chodzę sobie po świeżym powietrzu.

Przemysł holokaustu

Ale indywidualne męczeństwo było tylko jedną z wielu i to nie najważniejszą forma pasożytowania Żydów na świecie nieżydowskim. Formą najważniejszą jest przemysł holokaustu to znaczy – uzyskiwanie przez rozmaite żydowskie organizacje dochodów z obcinania kuponów od holokaustu. Bo eksterminacja europejskich Żydów przez III Rzeszę została nazwana „holokaustem”, czyli „całopaleniem” przez zmarłego w 2016 roku Eliasza Wiesela, bardzo intrygującą postać. Między innymi dlatego, że przedstawiał się, jako więzień obozu w Oświęcimiu – ale są poważne powody, że to nieprawda, że Wiesel sobie ten Oświęcim zwyczajnie do życiorysu dodał. Nigdy nie chciał pokazać numeru, który powinien mieć wytatuowany, pod pretekstem, że nikomu nie będzie pokazywał swojego ciała. Mimo to otrzymał Nagrodę Nobla, co jest ilustracją skuteczności propagandy uprawianej przez przemysł holokaustu. Propagandy i swoistego terroru, bo każdego, kto tę propagandę podaje w wątpliwość, organizacje przemysłu holokaustu, z Ligą Antydefamacyjną na czele, piętnują jako „antysemitę”, co w wielu krajach nie tylko robi wrażenie, ale staje się powodem ostracyzmu.

Otóż w 1990 roku organizacje przemysłu holokaustu w USA wystąpiły z oskarżeniem wobec „narodu polskiego”, że w obliczu holokaustu zachował się „biernie”. Nie bardzo było wiadomo, o co konkretnie im chodzi, bo ani naród polski nie zachował się „biernie” w czasie II wojny światowej, ani też oskarżyciele nie potrafili wyjaśnić, co ich zdaniem naród polski powinien zrobić, by nie zasłużyć sobie na taka recenzję. Najwyraźniej wtedy jeszcze krępowali się przed deklaracja, że naród polski, podobnie jak wszystkie inne narody, powinny się poświęcić, by uratować Żydów od zagłady. Ale przecież nie słychać, by Żydzi poświęcali się gwoli uratowania od śmierci 3,5 miliona Polaków, którzy zginęli w czasie II wojny światowej, nie mówiąc już o tym, że na terenie okupacji sowieckiej, większość Żydów zamieszkałych na wschodnich kresach II Rzeczypospolitej, przeszła na stronę sowieckiego okupanta, wykonując na jego rzecz, a na szkodę ludności polskiej, usługi wywiadowcze, delatorskie, a także – katowskie. Ale w 1994 roku sprawa się wyjaśniła; ośmiu amerykańskich polityków, wśród nich – Newt Gingrich – wystąpiło do ówczesnego sekretarza stanu Warrena Christophera z propozycją, by Departament Stanu ostrzegł rządy krajów Europy Środkowej, że jeśli nie zadośćuczynią roszczeniom majątkowym, wysuwanym przez organizacje przemysłu holokaustu, to stosunki USA z tymi krajami się pogorszą. List ten przeciekł do amerykańskich mediów, a ponieważ w tym czasie wszystkie kraje Europy Środkowej umieściły intencję przystąpienia do NATO na czele listy swoich priorytetów politycznych, to groźba pogorszenia stosunków z USA mogła oznaczać fiasko tych projektów. Toteż rząd polski aluzję zrozumiał i skierował do Sejmu ustawę o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich, w której zawarte były postanowienia o transferze majątkowym w nieruchomościach na rzecz 9 gmin żydowskich w Polsce i nowojorskiej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego - jednego z czołowych kombinatów przemysłu holokaustu. Ustawa ta został uchwalona w roku 1997, ale zanim jeszcze weszła w życie, ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów Izrael Singer, usunięty później stamtąd za złodziejstwa, oświadczył w kwietniu 1996 roku, że oprócz mienia gmin pozostało jeszcze do zwrotu mienie po osobach prywatnych i jeśli Polska nie zadośćuczyni tym roszczeniom, to będzie „upokarzana” na arenie międzynarodowej. Izraelowi Singerowi chodziło o tzw. własność bezdziedziczną, to znaczy mienie, do którego nie roszczą sobie pretensji zadni konkretni spadkobiercy i które, zgodnie z przyjętymi przez wszystkie kraje cywilizowane zasadami, przypada państwu, którego zmarły był obywatelem. Organizacje przemysłu holokaustu nie maja żadnego tytułu prawnego do ubiegania się o to mienie, więc, stosując rozmaite naciski, usiłują doprowadzić do wytworzenia przez kraje umieszczone na ich celowniku, pozorów legalności dla przejęcia tego mienia.

/.../

Czytany 638 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.