środa, 09 maj 2018 22:05

Zakon Skulls and Bones i edukacja w duchu NWO

Napisane przez Antony Sutton

Fragment książki A. Suttona, Tajemna elita Ameryki. Wprowadzenie w tajniki zakonu Skull and Bones, która ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Wektory

            Każda grupa pragnąca zapewnić sobie kontrolę nad przyszłością amerykańskiego społeczeństwa musi najpierw przejąć kontrolę nad systemem edukacji, czyli nad populacją przyszłości. Spróbujmy przyjrzeć się temu, w jaki sposób Zakon Skull and Bones zapewnił sobie wpływ na edukację.

 

Wszystko zaczęło się na Yale

 

            Wszystko zaczęło się na Yale. Nawet na kartach oficjalnej historii Yale da się odczuć świadomość potęgi tego uniwersytetu i sukcesu, jaki odniósł:

Siła tego miejsca nadal jest oczywista. Uniwersytet Yale został zorganizowany. Skłaniał swoich synów do lojalności, lojalności wyjątkowej i imponującej. Studenci Yale po opuszczeniu murów uczelni osiągali takie wyniki, że pojawiły się podejrzenia, iż wzajemnie dla siebie pracują. Mówiąc krótko, sukces Yale był nieznośny i tajemniczy. W oczach rywalizujących z nim instytucji i akademickich reformatorów w starym Uniwersytecie Yale było coś irytującego i niepokojącego[1].

            W oficjalnej historii czytamy, że „Sukces Yale był nieznośny i tajemniczy”.

            Pełną świadomość tego sukcesu miał też najważniejszy rywal Yale, Uniwersytet Harvarda. Doszło do tego, że w 1892 roku młody harvardzki wykładowca, George Santayana, udał się na Yale, by zbadać ową „niepokojącą legendę” o potędze tego uniwersytetu. Santayana przytoczył słowa absolwentów Harvardu zamierzających wysłać swoich synów na Yale i tłumaczących to faktem, że gdy zamkną się za nimi mury uczelni, „wszyscy, którzy ukończyli Harvard pracują dla absolwentów Yale”[2].

            Nikt wcześniej nie zadał jednak oczywistego pytania – dlaczego? Czym jest „potęga Yale”?

 

Wywrotowe trio z Yale

 

            W latach pięćdziesiątych XIX wieku trzech członków Zakonu opuściło mury Yale i wspólnie, współpracując też niekiedy z innymi członkami, dokonało rewolucji, która zmieniła oblicze, kierunek i cel amerykańskiego systemu edukacji. Rewolucja ta była błyskawiczna, cicha i wyjątkowo udana. Amerykanie nawet dzisiaj, w 1983 roku, nie są świadomi tego zamachu stanu.

            Wywrotowe trio tworzyli:

- Timothy Dwight (wtajemniczony w roku 1849 roku), wykładowca w yale’owskiej Divinity School, a następnie dwunasty rektor Uniwersytetu Yale.

- Daniel Coit Gilman (wtajemniczony w roku 1852 roku), pierwszy rektor Uniwersytetu Kalifornijskiego, pierwszy rektor Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa i pierwszy prezes Carnegie Institution.

- Andrew Dickson White (wtajemniczony w roku 1853 roku), pierwszy rektor Uniwersytetu Cornell i pierwszy przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

            Tych trzech godnych uwagi mężczyzn wstąpiło w szeregi Zakonu w odstępie kilku lat od siebie (1849, 1852, 1853). Natychmiast wyruszyli do Europy. Wszyscy trzej rozpoczęli studia filozoficzne na Uniwersytecie Berlińskim, zmonopolizowanym przez filozofię postheglowską.

- Dwight studiował na Uniwersytecie Berlińskim i Uniwersytecie w Bonn w latach 1856-1858,

- Gilman pobierał nauki na Uniwersytecie Berlińskim pomiędzy rokiem 1854 a 1855. Jego wykładowcami byli dwaj czołowi „prawicowi” hegliści: Karl von Ritter i Friedrich Trendelenburg,

- White studiował na Uniwersytecie Berlińskim w latach 1856-1858.

            Dlaczego to niemieckie doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ był to okres, w którym ukształtowała się osobowość tych trzech mężczyzn. Dopiero co ukończyli studia, snuli plany na przyszłość, a ferment, jaki wywołała filozofia heglowska, był w tamtym czasie w Niemczech siłą dominującą.

            Hegliści dzielili się na dwie grupy. Ich prawe skrzydło tkwiło u korzeni pruskiego militaryzmu, stanowiąc natchnienie dla zjednoczenia Niemiec i – w późniejszym okresie - dojścia do władzy Hitlera. W gronie tym czołowe pozycje zajmowali Karl Ritter z Uniwersytetu Berlińskiego, na którym studiowała nasza trójka, baron von Bismarck i baron von Stockmar, zaufany doradca angielskiej królowej Wiktorii. Prawicowym heglistą był także żyjący nieco wcześniej Karl Theodor Dalberg (1744-1817), arcykanclerz Rzeszy Niemieckiej, spokrewniony z angielskim lordem Actonem i członek Zakonu Iluminatów o pseudonimie Baco v. Verulam.

            Istnieli także hegliści o poglądach lewicowych, będący orędownikami socjalizmu naukowego. Najsłynniejszymi z nich byli rzecz jasna Karol Marks, Fryderyk Engels, Heinrich Heine, Max Stirner i Moses Hess.

            Należy pamiętać, że dla obu tych grup punktem wyjścia jest heglowska teoria państwa, czyli przekonanie o wyższości państwa nad jednostką. Pruski militaryzm, nazizm i marksizm mają te same filozoficzne korzenie.

            Nie pozostało to bez wpływu na naszą trójkę.

 

Daniel Coit Gilman

 

            W 1854 roku Gilman napisał do swojej siostry, że po powrocie do Ameryki najbardziej pragnie „wywrzeć wpływ na umysły Nowej Anglii”. Warto przytoczyć obszerny fragment tego listu.

W kwietniu 1854 roku Gilman pisał do siostry z Petersburga:

            Jak sądzisz, na co właściwie czekam? Któregoś dnia, kiedy będziesz do mnie pisała, odpowiedz mi na to pytanie, ponieważ z każdym rokiem czuję mocniej, że muszę zbliżyć się do sedna. Gdy wrócę do Ameryki muszę mieć konkretne pomysły. Myślę o tym dniem i nocą i cokolwiek widzę lub robię zastanawiam się, jak to z pożytkiem wykorzystać w domu. Zauważyłem, że moje chęci coraz mocniej lgną ku domowi i marzę, by móc wywrzeć wpływ na umysły Nowej Anglii. Jeśli zostanę redaktorem, właściwym miejscem byłby Nowy Jork, ale mówiąc szczerze lękam się nieco jego rozgorączkowania, jego polityki, jego pędu do robienia pieniędzy. Z tego też powodu coraz więcej liczę na pracę duszpasterską jako tę, która pozwoli mi uczynić więcej dobrego niż jakakolwiek inna. Oczywiście pod warunkiem, że mógłbym mieć kongregację, która pozwoliłaby mi głosić to wszystko, o czym tylekroć dyskutowaliśmy podczas naszych pogawędek na górze. Cieszę się, że wspominasz te rozmowy z przyjemnością, gdyż ja uważam je za jeden z największych darów, jakie otrzymałem od opatrzności. Jeśli kiedykolwiek dokonam czegoś w tym lub innym życiu, będę to zawdzięczał błogosławionemu wpływowi naszego domu. Wydaje mi się, jakby nowe pojęcia i szersze poglądy na ludzi i inne rzeczy tłoczyły się wokół mnie z cudowną gwałtownością i każdego dnia, a nawet w każdej godzinie przychodzą mi do głowy nowe rzeczy, które chciałbym urzeczywistnić w Ameryce. Łapię się na tym, że niemal bezwiednie rozmyślam o zastosowaniu zasad chrześcijańskich i wartości wypływających z Nowego Testamentu w biznesie, nauce, edukacji publicznej, polityce, podróżach i tak dalej. Odbyłem w Berlinie długą rozmowę z panem Porterem (trwała trzy dni z krótkimi przerwami), dotyczącą zagadnień związanych z tymi, które wymieniłem. Zapewnił mnie on, że w Nowej Anglii istnieje wiele miejsc dojrzałych na tyle, by poprzeć takie poglądy na te sprawy, o których często wspominałem ci w domu. Opowiedziałem mu o moich rozmyślaniach obszernie, niemal tak otwarcie jak z wam, dziewczęta, a być może jeszcze bardziej wyczerpująco. Wydawał się być niezmiernie zainteresowanym (…). Powiedział, że ten rodzaj nauczania, o którym mówiłem, jest w obecnym czasie ogromnie potrzebny, ponieważ mógłby najbardziej przysłużyć się dobrej sprawie i ogólnie rzecz biorąc zachęcał mnie do podjęcia próby. Czuję, że pragnę tego coraz bardziej i nie ustanę w wysiłkach, by wszystko co widzę i słyszę tu za granicą pogłębiało moją wiedzę o tym, co wywiera obecnie wpływ na ludzi – kościołach i szkołach, polityce i literaturze[3].

 

            Daniel Coit Gilman jest czołowym działaczem w walce Zakonu o reformę edukacji. Rodzina Gilmanów przybyła do Stanów Zjednoczonych z angielskiego Norfolk w roku 1683. Natomiast Coitowie, z którymi Daniel Coit Gilman był spokrewniony po kądzieli, pochodzili z Walii, a przed rokiem 1638 osiedlili się w Salem w stanie Massachusetts.

            Gilman urodził się 8 lipca 1831 w Norwich w Connecticut. Był potomkiem rodziny, której wielu przedstawicieli należało do Zakonu, silnie związanej przy tym z Yale College (jak go wówczas nazywano).

            Wuj Henry Coit Kingsley (wtajemniczony w roku 1834 roku) pełnił w latach 1862-1886 funkcję skarbnika Yale. James I. Kingsley był także wujem Gilmana, a przy tym wykładowcą Yale. Kuzyn William M. Kingsley był redaktorem naczelnym opiniotwórczego czasopisma New Englander.

            Ze strony Coitów członkiem Zakonu od roku 1853 był Joshua Coit, a od 1887 William Coit.

            Do Zakonu należał także szwagier Gilmana, wielebny Joseph Parrish Thompson (od roku 1828).

            Gilman zakończył podróż po Europie pod koniec roku 1855 i oddawszy się umacnianiu potęgi Zakonu kolejne czternaście lat spędził w New Haven w stanie Connecticut - w samym Yale lub w jego okolicach.

            Jego pierwszym zadaniem w 1856 roku było nadanie Skull and Bones osobowości prawnej, poprzez utworzenie spółki nazwanej Russell Trust. Gilman został jej skarbnikiem, a funkcję pierwszego prezesa objął jej współzałożyciel, William H. Russel. Warto zauważyć, że ani w biografii Gilmana, ani w żadnych ogólnodostępnych dokumentach nie ma najmniejszej nawet wzmianki na temat Zakonu Skull and Bones, Russel Trust czy jakiegokolwiek innego tajnego stowarzyszenia. Zakon ma pozostać tajny i jego członkowie trzymają się tej zasady, o ile nie liczyć ich kilku błahych wpadek, niezrozumiałych dla osób nie znających kontekstu. Zakon osiągnął niezwykłą biegłość w chronieniu swoich tajemnic. Innymi słowy, Zakon spełnia pierwsze kryterium, konieczne by móc uznać go za organizację spiskową, to znaczy jest tajny.

            Informacje na temat Zakonu, którymi się tu posiłkujemy, ujrzały światło dzienne zupełnie przypadkowo. W 1783 roku także przypadkiem ujawniono dokumenty dotyczące Zakonu Iluminatów. Doszło do tego gdy posłaniec je niosący został zabity przez bawarską policję. Oficjalnie dostępny jest jedynie statut Russel Trust, ale z niego nie da się nic wyczytać.

            Oficjalnie więc jesienią 1856 roku Gilman został pomocnikiem bibliotekarza Yale, a „w październiku wybrano go na wakujące stanowisko w komisji oświatowej New Haven”. W 1858 objął stanowisko bibliotekarza Yale, po czym rozpoczął działania na większą skalę.

 

Sheffield Scientific School

 

            Historia Sheffield Scientific School, czyli wydziału nauk ścisłych Yale jest doskonałą ilustracją sposobu, w jaki Zakon zdobył kontrolę nad tą uczelnią, a w rezultacie nad Stanami Zjednoczonymi.

            Na początku lat pięćdziesiątych XIX wieku do nauczania przedmiotów ścisłych nie przykładano na Yale dużej wagi – zajmowały się nimi jedynie dwa lub trzy niewielkie wydziały. Dopiero w 1861 roku, dzięki prywatnym funduszom Josepha E. Sheffielda, połączono je w Sheffield Scientific School. Zadaniem Gilmana było zdobycie pieniędzy na dalszy jej rozwój.

            Brat Gilmana ożenił się z córką wykładowcy chemii Benjamina Sillimana, będącego członkiem Zakonu od 1837 roku. Dzięki temu Gilman nawiązał kontakt z profesorem Dana, także należącym do rodziny Sillimanów. Grono to zadecydowało, że Gilman powinien napisać raport na temat reorganizacji Sheffield. Ukończone dzieło zatytułowano „Proponowany plan całkowitej reorganizacji School od Science przy Yale College”.

            Gdy trwały prace nad realizacją tego planu, przyjaciele i członkowie Zakonu w Waszyngtonie i we władzach ustawodawczych stanu Connecticut czynili próby pozyskania dla Sheffield Scientific School pieniędzy z kasy państwa i stanu. W 1857 roku przedłożono Kongresowi projekt ustawy Morilla. Ustawa została przyjęta w roku 1859, ale zawetował ją prezydent Buchanan. Została podpisana później przez prezydenta Lincolna. Na mocy tej ustawy, znanej obecnie pod nazwą Land Grand College Act, przekazywano ziemie należące do państwa uczelniom, na których wykładano rolnictwo i nauki ścisłe. Rzecz jasna raport Gilmana na temat właśnie takiego college’u był już gotowy. Procedura prawna polegała na tym, że rząd federalny przekazywał prawa do ziemi proporcjonalnie do liczby reprezentantów danego stanu zasiadających w Kongresie, ale stanowe ciała ustawodawcze musiały najpierw przyjąć uchwały akceptujące te nadania. Daniel Gilman był nie tylko pierwszym, który pojawił się by otrzymać rządowe nadanie, ale pierwszym ze wszystkich stanów i udało mu się przechwycić cały udział przypadający na stan Connecticut na rzecz Sheffield Scientific School. Rzecz jasna, swój raport skroił tak, by dopasować się do ilości ziemi, którą miał otrzymać jego stan. Do 1893 roku, gdy nadanie trafiło do Storrs Agricultural College, żadna inna instytucja w Connecticut nie otrzymała ani piędzi ziemi.

            Bardzo pomyślną okolicznością był rzecz jasna fakt, że Augustus Brandegee (wtajemniczony w roku 1849 roku) był w roku 1861, czyli wówczas, gdy trwały prace nad przyjęciem ustawy, przewodniczącym stanowej legislatury Connecticut i zaakceptował przyznanie Sheffield wszystkich udziałów przypadających na ten stan. Inni członkowie Zakonu, jak Stephen W. Kellogg (wtajemniczony w roku 1846 roku) i William Russel (wtajemniczony w roku 1833 roku) albo należeli do władz ustawodawczych Connecticut, albo posiadali wpływy będące pokłosiem ich wcześniejszej służby.

            W taki sam sposób Zakon przechwycił publiczne fundusze w stanie Nowy Jork. Cała ziemia przyznana temu stanowi na mocy ustawy Morilla przypadła Uniwersytetowi Cornell. W tym rejonie największą aktywnością odznaczał się należący do naszej trójki Andrew Dickinson White, który w późniejszym okresie został pierwszym rektorem Cornell. W 1863 roku Yale wynagrodził Daniela Gilmana stanowiskiem wykładowcy geografii fizycznej w Sheffield.

            Podsumowując: Zakon był w stanie przejąć wszystkie udziały przypadające na stan Connecticut i Nowy Jork, odsuwając od nich całkowicie inne instytucje edukacyjne. Jest to pierwszy z przykładów, które zostaną zaprezentowane na łamach tej książki, ilustrujący sposób, w jaki Zakon realizuje swoje własne cele z pomocą publicznych pieniędzy.

            W oczach elity stanowi to wielką zaletę heglowskiej filozofii. Państwo jest absolutem, ale jednocześnie jest tworem fikcyjnym. Jeśli więc Zakon jest w stanie sterować państwem, w rezultacie sam staje się absolutem. Zgrabne posunięcie. Zakon posługuje się tym jak zaklęciem, podobnie jak heglowskim procesem dialektycznym, który opisaliśmy w pierwszej części.

            Wracając do Sheffield Scientific School – Zakon miał już pieniądze na tę szkołę i robił wszystko, by wzmocnić swoją nad nią kontrolę. W lutym 1871 roku otrzymała ona osobowość prawną, a członkami jej zarządu zostali: Charles J. Sheffield, profesor G.J. Brush (bliski przyjaciel Gilmana), Daniel Coit Gilman (wtajemniczony w 1852 roku), W.T. Trowbridge, John S. Beach (wtajemniczony w roku 1839 roku) i William W. Phelps (wtajemniczony w roku 1860 roku).

            Do Zakonu należało trzech spośród sześciu członków zarządu. Co więcej, w 1863 roku jego członkiem został George St. John Sheffield, syn fundatora szkoły, a funkcję pierwszego dziekana Sheffield powierzono J. A. Porterowi, który należał do Scroll and Keys, będącego rzekomo konkurencyjnym stowarzyszeniem zrzeszającym studentów ostatniego roku Yale.

 

Zakon przejmuje kontrolę nad Uniwersytetem Yale

 

            Po Sheffield Scientific School horyzonty Zakonu poczęły się rozszerzać. W latach siedemdziesiątych XIX wieku było już oczywiste, że udało mu się przejąć kontrolę nad całym Yale, nawet jeśli stery uniwersytetu pozostawały w rękach Noaha Portera (1871-1881), który nie należał do Skull and Bones. W kolejnych dekadach Zakon zacieśniał swój uścisk. The Iconoclast z 13 października 1873 podsumował wszystko, co już powiedzieliśmy na temat przejęcia przez Zakon kontroli nad Yale, choć pewne szczegóły nie były mu znane:

Udało im się zyskać kontrolę nad Yale. Pieniądze przekazywane uniwersytetowi przechodzą zawsze przez ich ręce i podlegają ich woli. Bez wątpienia są to ludzie sami w sobie godni szacunku, ale tym rzeszom, na które podczas studiów patrzyli z góry, trudno jest o tym zapomnieć i dobrowolnie przekazać im pieniądze. Pracujący na Wall Street skarżą się, że uczelnia zwraca się o pomoc bezpośrednio do nich, zamiast prosić o wsparcie każdego z absolwentów. Uwaga poczyniona przez jednego z czołowych absolwentów Yale i najpierwszych mężów Ameryki wyjaśnia przyczynę takiego stanu rzeczy: „Niewielu da cokolwiek, poza Bonesmenami, ci zaś troszczą się więcej o swoje bractwo, niż o losy uniwersytetu”. Z podobnych powodów Woolsey Fund musi walczyć o przetrwanie. Tutaj objawia się nam prawdziwa przyczyna ubóstwa Yale. Uczelnię kontroluje kilku mężczyzn, którzy odsunęli się od innych, roszcząc sobie prawo do zwierzchności nad nimi.

            Anonimowy autor obarcza Zakon winą za ubóstwo Yale. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Ówczesny rektor Noah Porter był ostatnim rektorem Yale należącym do stanu duchownego i ostatnim ani nie będącym członkiem Zakonu, ani nie mającym z nim żadnych związków rodzinnych.

            Po roku 1871 stanowisko rektora Yale stało się czymś w rodzaju lenna Zakonu.

            W latach 1886-1899 rektorem Yale był Timothy Dwight (wtajemniczony w roku 1849 roku). Jego następcą został inny członek Zakonu, Arthur Hadley, który sprawował tę funkcję do roku 1921. Kolejny był James R. Angell (1921-1937), który nie należał do Skull and Bones, ale przeniósł się do Yale z Uniwersytetu Chicagowskiego, gdzie pracował razem z Deweyem, stworzył Wyższą Szkołę Pedagogiczną i był byłym prezesem Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego.

            W latach 1937-1950 rektorem był należący do Zakonu Charles Seymour, a w latach 1950-1963 Alfred Whitney Griswold. Griswold nie był członkiem Skull and Bones, ale do Zakonu należało wielu członków zarówno rodziny Griswoldów, jak też Whitneyów, na przykład Dwight Torrey Griswold (od roku 1908) czy William Edward Schenk Griswald (od 1899). W 1963 roku stanowisko rektora przypadło Kingmanowi Brewsterowi. Do Zakonu należało kilku członków rodziny Brewsterów, ale zajmowali się oni raczej prawem i pracą duszpasterską niż edukacją.

            Najodpowiedniejszym zakończeniem tego memorandum będzie wypowiedź anonimowego obserwatora sytuacji na Yale:

            Za wszystkie niedostatki, jakie cierpi college, za wszystkie braki w procesie edukacyjnym, za hańbę, jaką są jego zrujnowane budynki, za wszelkie kłopoty nękające jego ubogich studentów, za wszystko, co mogłyby naprawić pieniądze, winą należy obarczyć to stowarzyszenie spod ciemnej gwiazdy. Kwestia finansów jest w takim samym stopniu bolączką przyszłą, co obecną i dawną. Z roku na rok śmiercionośne zło rośnie w siłę. Stowarzyszenie nigdy nie było tak uciązliwe dla uniwersytetu jak dzisiaj i właśnie niechęć do niego zamyka kieszenie osób nie będących jego członkami. Nigdy wcześniej nie okazywało ono takiej buty i pełnej samozadowolenia wyższości. Bractwo przechwyciło prasę uniwersytecką i stara się nią rządzić. Nie raczy okazać swoich referencji, ale kurczowo chwyta się władzy, czemu towarzyszy pełne poczucia winy milczenie.

 

Szwindel z metodą „patrz i mów”

 

Tragiczną porażką amerykańskiego systemu edukacji w XX stuleciu była nieumiejętność nauczenia dzieci sztuki czytania i pisania oraz wyrażania się w formie literackiej, choć przedstawiciele tego systemu nie poczuli się tym faktem zaalarmowani. Jak zobaczymy później, ich głównym celem nie jest bowiem uczenie konkretnych przedmiotów, ale takie uwarunkowanie dzieci, by te stały się zintegrowanymi społecznie jednostkami obywatelskimi, stanowiącymi część ujednoliconego społeczeństwa, wcielając w ten sposób w życie heglowską ideę państwa absolutnego. W państwie tym jednostka można znaleźć wolność jedynie w postawie posłuszeństwa wobec państwa, dlatego też celem edukacji jest przygotowanie poszczególnych jednostek obywatelskich do płynnego wniknięcia w struktury organicznej całości.

            Zastanawiające jednak, że system edukacji pozwolił na tak wyraźne załamanie się umiejętności czytania. Nie można wykluczyć, że Zakon pragnie, by obywatele stanowiący części składowe organicznego państwa byli niczym więcej jak tylko posłusznymi wykonawcami rozkazów – obywatel, który nie potrafi czytać i pisać nie będzie przecież sprzeciwiał się Zakonowi. Nie jest to jednak twierdzenie możliwe do udowodnienia – przynajmniej nie na podstawie danych, którymi obecnie dysponujemy, dlatego pozostaje jedynie w sferze domysłów.

            Tak czy owak w amerykańskim systemie edukacji nauka czytania odbywa się przy pomocy metody „patrz i mów”, opracowanej pierwotnie dla osób głuchoniemych. W ten sposób system wyprodukował pokolenia Amerykanów będących funkcjonalnymi analfabetami. Czytanie ma jednak kluczowe znaczenie dla procesu uczenia się, a umiejętność uczenia się jest niezbędna w większości zawodów. Ci zaś, którzy potrafią czytać lub pisać, mają ubogie słownictwo i brakuje im umiejętności stylistycznych. Zdarzają się oczywiście wyjątki. Autor tej książki na początku latach sześćdziesiątych przez pięć lat wykładał na uniwersytecie stanowym. Powszechna nieumiejętność składnego wypowiadania się na piśmie była uderzająca. Satysfakcjonująca była jednak świadomość, że nie tylko niektórym studentom udało się obejść system, poszerzyć słownictwo i posiąść umiejętność pisania, ale że te właśnie wyjątki wykazywały się największym sceptycyzmem wobec establishmentu.

 

Związki z iluminatami

 

            Musimy prześledzić trzy historyczne wątki we współczesnym systemie edukacji: pierwszemu przyjrzeliśmy się w poprzednim rozdziale. Był nim rozwój metody „patrz i mów”, stosowanej podczas nauki czytania, zarzucenie jej i wreszcie przyjęcie jej na przełomie wieków.

            Innym wątkiem jest przeszczepienie przez Zakon na amerykański grunt eksperymentalnej psychologii Wilhelma Wundta. Opowiemy o tym w kolejnym rozdziale.

            Teraz zaś na chwilę zatrzymamy się przy osobie wielkiego niemieckiego filozofa z początku XIX wieku Johanna Friedricha Herbarta i prześledzimy wpływ, jaki wywarł na system edukacji. W Stanach Zjednoczonych istniało niegdyś National Herbart Society for the Scientific Study of Education (Krajowe stowarzyszenie imieniem Herbarta na rzecz nauki o edukacji), którego celem było przystosowanie herbartiańskich zasad do amerykańskiego systemu edukacji. Stowarzyszenie to przekształciło się później w National Society for the Study of Education. Obecnie nie słyszy się zbyt często o Johannie Herbarcie, ale jego wpływy przetrwały w tak zwanych „wzbogaconych” szkolnych programach nauczania i w obecnej metodologii pedagogicznej.

            Niniejszy rozdział ma dwojaki cel: zaprezentowanie heglowskich konotacji teorii Herbarta i prześledzenie związków z iluminatami. Nie istnieje bezpośrednie połączenie z Zakonem. W kolejnej części ukażemy jednak związek Zakonu z iluminatami i fragment ten stanie się częścią logicznej całości.

            Herbart był teoretykiem pedagogiki, a także filozofem i psychologiem, wywarł też olbrzymi wpływ na Wilhelma Wundta. Herbart uważał, że pedagogikę należy uprawiać w ściśle naukowy sposób, a naczelnym celem edukacji jest przygotowanie dziecka do życia w porządku społecznym, którego jest integralną częścią. W ślad za Heglem głosił, że jednostka nie ma znaczenia. Celem edukacji nie jest jedynie rozwój indywidualnego talentu, indywidualnej sprawności, siły psychicznej czy wiedzy. Jest nim rozwój charakteru i moralności społecznej, a najważniejsze zadanie wychowawcy polega na dokonywaniu analizy działań i powinności człowieka wobec społeczeństwa.

            Zadaniem kształcenia jest urzeczywistnienie tych celów i rozbudzanie pożądanych społecznie idei. W przekonaniu Herbarta i zgodnie z teorią Hegla moralne jest zatem to, co przynosi korzyść społeczeństwu.

          Herbartianie są zwolennikami koncentrowania przedmiotów wokół głównego tematu, czyli na przykład łączenia historii, wiedzy o społeczeństwie i literatury angielskiej. Pozwala to nauczycielowi na łatwiejsze podejmowanie tych tematów, które są bardziej przydatne dla osiągnięcia celu.

            Wszystkie idee, które odnajdujemy w dzisiejszej filozofii edukacyjnej weszły do amerykańskiej pedagogiki za pośrednictwem grup herbartiańskich.

 

 

Związki z iluminatami

            Johann Herbart studiował na Uniwersytecie w Jenie, gdzie znalazł się pod wpływem Johanna Herdera, Friedricha Schillera, Johanna Fichtego i Johanna Goethego. W późniejszych latach, będąc w Szwajcarii, nawiązał kontakt z Johannem Pestalozzim. Ludzie, którzy wywarli nań największy wpływ, mają jedną interesującą cechę: albo byli członkami Zakonu Iluminatów, albo uważa się, że mieli z nim bliskie związki.

            Przyjrzyjmy się po kolei każdemu z tych nazwisk:

- Johann Gottried Herder (1744-1803) w Zakonie Iluminatów nosił pseudonim „Damascus pontifex”.

- Johann Fichte, o którym wspomnieliśmy już w poprzednim tomie, utrzymywał bliskie kontakty z iluminatami, a Goethe („Abaris”) zapewnił mu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie, tym samym, na którym studiował Johann Herbart.

- Friedrich Schiller (1759-1805) był dobrze znany w tych kręgach, ale nie ma wiarygodnych dowodów, że należał do iluminatów.

- Johann Wolfgang Goethe (1749-1832) był wśród iluminatów znany jako „Abaris”.

            Jeszcze ściślejszy związek łączył Herbarta z innym znanym członkiem Zakonu Iluminatów, Johannem Heinrichem Pestalozzim (1746-1827). Pestalozzi był cieszącym się sławą szwajcarskim nauczycielem mieszkającym w Interlaken i noszącym iluminacki pseudonim „Alfred”.

            Na samym początku XIX wieku, przed ukończeniem doktoratu, Herbart spędził trzy lata w szwajcarskim Interlaken. Efektem jego kontaktów z Pestalozzim jest książka na temat teorii pedagogicznych tego ostatniego, z których wiele Herbart przyjął za swoje. Książka ta nosi tytuł Pestalozzis Idee eines Abc der Anschauung (Zbadane i naukowo wywiedzione abecadło poglądowości według pomysłu Pestalozziego). Została przetłumaczona na angielski i prezentujemy kopię strony tytułowej jej nowojorskiego wydania z 1896 roku. Fakt ten nie pozostaje bez znaczenia, stanowi bowiem przyczynek do tego, jak znaczny wpływ na dzisiejszą pedagogikę wywiera iluminacka książka.

 

Znaczenie związków z iluminatami

 

            Zakon Iluminatów założył 1 maja 1776 roku profesor Adam Weishaupt z Uniwersytetu Ingolstadt. Było to stowarzyszenie tajne, jednak w 1785 i w 1787 roku do rządu Bawarii dotarło kilka paczek wewnętrznych dokumentów. Późniejsze dochodzenie wykazało, że celem iluminatów było zdobycie władzy nad światem i że usprawiedliwiali oni użycie wszelkich środków, które ich do tego celu przybliżały. Choć było to sprzeczne z zasadami chrześcijańskimi, do organizacji należało wielu przedstawicieli duchowieństwa. Aby utrzymać swoją tożsamość w tajemnicy, każdy członek nosił pseudonim.

            Dzięki swoim członkom Zakon Iluminatów cieszył się w tamtym czasie rozległymi wpływami. Po represjach ze strony rządu Bawarii umilkł na kilka lat, by rzekomo odrodzić się na nowo.

            Dla niniejszego studium istotny jest fakt, że metody stosowane przez iluminatów i ich cele stanowią odpowiednik metod i celów Zakonu. Przenikanie iluminatów na teren Nowej Anglii jest właściwie sprawą powszechnie znaną i będzie stanowić temat kolejnego tomu.

            Jeśli zaś chodzi o edukację, iluminaci mieli następujący cel: „Musimy urobić zwykłych ludzi w każdym zakątku. Cel ten uda się osiągnąć przede wszystkim dzięki szkołom i naturalnemu, serdecznemu zachowaniu, łaskawości, popularności i tolerancji dla ich przesądów, które bez pośpiechu wykorzenimy i rozwiejemy”.

 

            W artykule opublikowanym przez „Esquire” Rosenbaum zauważył, że obrzędy iluminatów wykazują podobieństwa do rytuałów odprawianych przez Zakon. Potwierdza to John Robinson w Proofs Of A Conspiracy[4]: „Kandydat do przyjęcia jest przedstawiany jako niewolnik. Żąda się od niego odpowiedzi na pytanie, co przywiodło go do tego najżałośniejszego ze wszystkich stanów. Odpowiada: społeczeństwo – państwo – podległość – fałszywa religia. Pokazuje mu się szkielet, u którego stóp leży korona i miecz i zadaje się pytanie, czy jest to szkielet króla, szlachcica czy żebraka?”. Gdy nie może się zdecydować przewodniczący spotkania zwraca się do niego: „Jedyne co ma znaczenie to bycie mężczyzną”.

Na zakończenie możemy wreszcie prześledzić uniwersyteckie korzenie trzech tajnych stowarzyszeń, będących najbardziej wpływowymi tajnymi stowarzyszeniami o jakich nam wiadomo. Zakon Iluminatów powstał na Uniwersytecie Ingolstadt, Grupa w All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim w Anglii, a Zakon na Uniwersytecie Yale w Stanach Zjednoczonych.

Paradoks polega na tym, że instytucje rzekomo oddane poszukiwaniu prawdy i wolności stały się kolebkami organizacji, których celem jest zniewolenie świata.

Tłumaczyła Karolina Gawlik-Bąkowicz

 


[1]
                        [1] George Wilson Pierson, YALE COLLEGE 1871-1922 ,Yale University Press, New Haven 1952, tom 1, s. 5.

[2]
                        [2] E. E. Slosson, GREAT AMERICAN UNIVERSITIES, New York 1910, s. 59-60.

[3]
                        [3] Fabian Franklin, THE LIFE OF DANIEL COIT GILMAN, Dodd, Mead & Company, New York 1910, s. 28-29.

[4]
                        [4] John Robinson, PROOFS OF A CONSPIRACY, Americanist Classics, Belmont 1967, s. 110.

Czytany 803 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.