czwartek, 10 maj 2018 05:10

Przyszłość należy do społeczeństw mobilnych

Napisane przez

O napięciach globalizacji, sieci „niemiejsc”, pułapkach współczesnej technicyzacji, społeczności „MacŚwiata” i społeczności „Dżihadu” z Romanem Mańką rozmawia Dorota Niedźwiecka

Globalizacja czyli...

Proces, a nie zdarzenie. Bardzo często ludzie to mylą. Proces bardzo głęboki, który można rozpatrywać w szeregu aspektów: historycznym, ekonomicznym, politycznym, kulturowym, geograficznym. I chociaż przedstawia się ją często jako produkt nowoczesności, ma głębokie zakorzenienie w historii. Plany nowego wspaniałego świata są budowane od zarania ludzkości, w skali adekwatnej do aktualnej wiedzy o świecie. Podboje aleksandryjskie, starożytny Rzym, polityka papieska nakierowana na tworzenie uniwersalnego, średniowiecznego świata, odkrycia geograficzne Krzysztofa Kolumba, były podszyte dążeniami do uniwersalizmu oraz globalizacji. Wynalezienie druku przez Johannesa Gutenberga, które dało nowe możliwości i nowy zasięg komunikowania się, czy wynalezienie radia, które według socjologów z nurtu determinizmu technologicznego, Williama Ogburna i Marka Nimkoffa, doprowadziło do 55 zmian społecznych, to – skracając nieco wypowiedź – kolejne elementy budujące globalizację. A później zdarzyło się to wszystko, co przyszło z epoką zimnej wojny, a więc rewolucja cyfrowa i eksploracja przestrzeni kosmicznej, które służyły ludzkości, nie tylko w celach militarnych lecz także komunikacyjnych. To przede wszystkim rozwój techniczny uwarunkował dynamiczną oraz intensywną globalizacją.

 

Czy Pana zdaniem istnieje plan skonstruowania Nowego Świata?

I tak, i nie. Uważam, że nawet przy dzisiejszych instrumentach i środkach, pogląd, że istnieje jakaś jedna grupa, która aranżuje budowę nowego świata, w dalszym ciągu pozostaje w sferze teorii spiskowych. Uzgodnienie pomiędzy różnymi siłami elementów aksjologicznych, idei, wartości, interesów, programów, jest moim zdaniem niemożliwe. Zawsze w którymś momencie pojawia się konflikt interesów. Znamy to z historii: różnego rodzaju pakty oraz sojusze, np. przed czy w trakcie wojen światowych, gdy konflikt interesów prowadził do rozpadu planów i zupełnie nowych decyzji, czego przykładem może być uznanie niepodległości Polski w 1918 r. I sądzę, że dzisiaj, gdy te wszystkie relacje – co jest jedną z istotnych cech globalizacji – uzyskały charakter sieciowy, bardzo złożony, można powiedzieć rozwarstwiony, zdywersyfikowany, to takie uzgodnienie scenariusza lepszego świata czy naprawy świata jest niemożliwe. Niemożliwe w sposób zaplanowany, świadomy, bo pewne rzeczy mogą zachodzić mimochodem i pewne działania mogą nam się wydawać zaplanowane, całościowe, gdyż rządzi nimi podobny mechanizm. Trzeba pamiętać o tym, że natura człowieka jest mniej więcej wciąż taka sama. Jego sposób myślenia – mimo różnic – jest podobny. I to powoduje, że różne działania, które wydają się zaplanowane, uzgodnione czy umówione, są w gruncie rzeczy spontaniczne, natomiast w jakiś sposób się schodzą, dochodzi do ich koniunkcji.

 

Proszę o przykład.

Ciekawym przykładem będzie spojrzenie na wielkie przemiany końca XX w. i transformację, jaka się wtedy na naszych oczach dokonała. W ocenie tego przeobrażenia uwidacznia się pewna osobliwość, podejście redukcjonistyczne, a więc próba sprowadzenia determinant procesu do jednej przyczyny: naukowcy, a nawet całe środowiska naukowe usiłują wskazywać jeden czynnik, przesądzający o tych przemianach. Jedni twierdzą, że kluczowe znaczenie miał czynnik ludzki, charyzmatyczny przywódca – Wałęsa; inni że ruch Solidarności i pozostałe inicjatywy wolnościowe w Europie środkowo-wschodniej, pierestrojka i przemiany w ZSSR; jeszcze inni jako przyczynę wskazują rozwój techniczny, który pozwolił choćby na dostrzeżenie przez społeczeństwo kulturowego celu przemian: świata zachodniego znajdującego się po drugiej „Żelaznej Kurtyny”, którą w sensie fizycznym tworzył, a w sensie symbolicznym ilustrował Mur Berliński. W rzeczywistości każda z tych zmiennych była istotna, jednak nikt nie zaplanował, że zbiegną się one w tym samym czasie, że dojdzie do tak nieprawdopodobnej koincydencji. Tym, co doprowadziło do upadku komunizmu i przemian wolnościowych, nie była jedna przyczyna, ale koniunkcja wielu przyczyn. Podobnie jest z globalizacją.

 

Na poziomie operacyjnym – zgoda. Natomiast na poziomie konstrukcyjnym nie do końca. Pierwszą przyczyną każdej zmiany jest myśl. Od systemu filozoficznego zaczynały się wielkie przemiany społeczne: ukształtowanie chrześcijańskiej Europy, rewolucja francuska, rewolucja marksistowska. Od dookreślenia celów i wizji rozpoczyna się każdy biznesplan. A globalizacja?

Fenomeny społeczne mogą mieć charakter mieszany: do pewnego momentu spontaniczny, od pewnego zaś kontrolowany lub odwrotnie. Jest taki ciekawy przykład, który dobrze to opisuje: podczas buntu w jednym z więzień w Stanach Zjednoczonych, służby specjalne potrafiły z wyprzedzeniem zdiagnozować narastającą atmosferę buntu wśród „lokatorów” zakładu karnego. Wprowadziły więc wcześniej, na zasadzie zachowania proaktywnego, do więzienia człowieka, który dysponował predyspozycjami przywódczymi, by stanąć

na czele. Dzięki temu mogły kontrolować bunt. To było zjawisko o charakterze mieszanym: do pewnego momentu spontaniczne, a od pewnego –kontrolowane. Identycznie jest też z globalizacją – ona jest w dużej mierze spontaniczna, napędzana różnymi niezależnymi od siebie wydarzeniami historycznymi, np. wynalezienie druku, odkrycia geograficzne Kolumba czy rewolucja cyfrowa, które zmieniały typ relacji międzyludzkich, rozszerzając ich przestrzeń i zasięg. Natomiast, oczywiście, istnieją na świecie ośrodki biznesowe czy polityczne, które chcą ten proces kontrolować, czyli stymulować zmiany.

 

Globalizacja jest pojęciem szerokim. Jak Pan ją definiuje?

Przez wiele lat zastanawiałem się, co jest najistotniejszym rysem globalizacji i szukałem definiensu, który zilustrowałby ją w sposób zarówno najbardziej obrazowy a zarazem dogłębny, przenikliwy. Znalazłem go u francuskiego antropologa i socjologa, Marca Augé, który pisząc o globalizacji, ukuł neologizm: „nie-miejsca”. W uproszczeniu można powiedzieć, że współczesna globalna rzeczywistość jest siecią takich „nie-miejsc”. Wskazuje on tym samym na ciekawe zjawisko, że tradycyjne miejsca antropologiczne, których przez wiele lat doświadczaliśmy, uległy zamazaniu. Chociaż geograficznie nadal występują, zmienił się ich charakter: ludzie, którzy w takich miejscach przebywają, nie muszą znajdować się w nich duchowo, transcendują je poprzez uczestnictwo w pozaprzestrzeni, za pomocą Internetu lub mediów społecznościowych.

 

To tak jak „wciągnięci” przez pasjonującą lekturę mamy wrażenie, że znajdujemy się w innej czasoprzestrzeni, razem z bohaterem?

W niemiejscach dokonuje się to, co z kolei inny antropolog zajmujący się globalizacją, Arjun Appadurai, określa jako indygenizację czy kreolizację – globalizacja nie jest jednoznacznie jednokierunkowym, homogenizującym (ujednolicającym) procesem. W „nie-miejscach” mieszają się różne doświadczenia lokalne z innymi komunikatami czy treściami lokalnymi, przynoszonymi dzięki globalizacji. W ten sposób świat zmienia się nie tylko w wymiarze globalnym, ale poważnej modyfikacji ulega to, co jest tradycyjną lokalnością, uzupełniając się o elementy nowej, przyniesionej przez globalizację lokalności z innych obszarów świata. Widzimy to w rożnych miejscach tradycyjnego pobytu: w tramwajach, autobusach, w restauracjach, gdzie ludzie spotykają się z innymi na zasadzie typowych, historycznych relacji, a jednocześnie odwiedzają nowe miejsca za pomocą urządzeń mobilnych: tabletów, smartfonów, telefonów komórkowych i innych wynalazków.

 

Rozumiem, że istotę globalizacji stanowi dla Pana aspekt techniczny, który zwiększa możliwości komunikacyjne ludzkości aż do uczynienia ze świata globalnej wioski. Kierunek przemian jest taki, że to z niego wynikają globalizacyjne procesy polityczne, ekonomiczne, kulturowe.

W uproszczeniu – tak. Chociaż najchętniej mówiłbym o globalizacji w aspekcie napięć. Augé mówił o jednym z nich: „nie-miejscach”, wskazując, że globalizacja to proces wielowymiarowy, zarówno ujednolica, jak też prowadzi do różnorodności.

 

Wrócimy do tego za chwilę. Zatrzymajmy się jeszcze na „nieuporządkowaniu” jako wyniku globalizacji, o którym mówił Pan przed chwilą. Jak ma się to ma do tożsamości człowieka?

Powierzchowny pogląd podpowiadałby, że globalizacja wszystko ujednolica. To nie takie proste: ona ujednolica i nie ujednolica. Bardziej adekwatnie jest więc powiedzieć, że wprowadza zmianę w lokalnym środowisku, bo dociera do niego to, co było charakterystyczne dla innej lokalności. Jeśli pyta pani o tożsamość, trzeba wiedzieć, że wspólnoty były kiedyś uporządkowane tożsamościowo: wyznawały określony wzór kulturowy (typ czy schemat danej mentalności kulturowej, kod kulturowy). Dziś do tej kultury docierają nowe elementy pochodzące spoza jej fizycznego obszaru, które mieszają się z elementami tradycyjnymi. Amerykański antropolog pochodzenia indyjskiego, specjalizujący się w zakresie globalizacji Arjun Appadurai, definiuje ten stan jako kreolizację (czyli mieszanie się różnych pierwiastków kulturowych, tożsamości, schematów, co powoduje, że powstają zupełnie nowe kompozycje kulturowe, oraz korespondujący z tym proces indygenizacji, a zatem ulokalnienia. Dlatego, gdy popatrzymy na globalizację z perspektywy lokalnej, ona nie tylko ujednolica, lecz także powoduje różnorodność, nie tworzy homogenicznych kategorii, a wręcz przeciwnie – wzbogaca, modyfikuje, wprowadza nowe elementy, tworzy kategorie heterogeniczne, jednym słowem zwiększa pluralizm. I idąc dalej: wręcz rozbija poprzez napływające elementy heterogoniczne – tradycyjne tożsamości.

 

Rozbija, czyli niszczy?

Często forsuje się taki pogląd, że globalizacja usuwa czy niszczy świat lokalny. Ona go nie niszczy lecz modyfikuje – np. w taki oto sposób że gdyby miała Pani magazyn „Opcja na Prawo” w formie portalu internetowego, to w latach osiemdziesiątych XX w. byłby on pismem lokalnym ze względu na zasięg, natomiast dziś każdy portal czy radio ma w sobie potencjał globalności. O tym, co lokalne, a co globalne, nie decyduje już zasięg, lecz treść. Gazeta zyskała nową możliwość definiowania siebie.

 

Zgoda, globalizacja ubogaca społeczności lokalne. Ale także ujednolica poprzez wprowadzanie tej samej mody, tych samych tematów rozmów. Każdy – bez względu na miejsce w którym mieszka – musi mieć podobny gadżet, podobnie się ubierać, mówić o tym samym filmie wyprodukowanym w Hollywood. Globalizacja pozbawia więc rysów indywidualnych, uruchamia proces homogenizacji – choć równie dobrze mogłaby być wykorzystywana do prezentowania różnorodności kulturowej.

Elementy, które Pani wymieniła, jak np. moda, dotyczą warstwy ekonomicznej, zarabiania pieniędzy. W wymiarze ogólnoświatowym globalizacja próbuje homogenizować i są pewne rzeczy, które faktycznie bardzo gwałtownie ulegają ujednoliceniu. Ale też nie można kategorycznie stwierdzić, że globalizacja tylko ujednolica: ona i ujednolica, i wprowadza różnice – w zależności od perspektywy.

/.../

Czytany 86 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.