środa, 12 wrzesień 2018 14:02

Dlaczego przegraliśmy naszą "wojnę żydowską"?

Napisane przez

 

27 czerwca 2018 r. był dniem klęski naszych aspiracji do dobrego imienia Polski. Nie bez racji żydowski polityk powiedział o nas, że najpierw „uchwalamy prawo, które ma przywrócić narodowi honor”, a później się wycofujemy „z podkulonym ogonem”. Dlaczego przegraliśmy? Bo rzuciliśmy rękawicę globalnej potędze. Bo nie uczymy się. Bo jesteśmy spętani wewnętrznie.

 

Przegrana bitwa o historię

 

Poprzez politykę historyczną narody budują swój obraz, podstawę swojej tożsamości. Odbierając narodowi prawo do historii, z której może być dumny, czyni się go kalekim, niepewnym siebie, odbiera się prawo do chwały, a więc i do wysokiej samooceny. Morale narodu upada, staje się on bojaźliwy i nie podejmuje wyzwań na swoją miarę. Dlatego często określa się stosowaną wobec nas i innych narodów indoktrynację historyczną jako upokarzającą „pedagogikę wstydu”, wszczepiającą poczucie winy i braku wartości.

Stanęliśmy przed wyzwaniem – czy to my, tak wewnątrz kraju jak i za granicą, będziemy budować i bronić godnego obrazu Polski i Polaków, czy inni będą bezkarnie kreować wizerunek Polaka-antysemity i szmalcownika, wręcz wspólnika hitlerowskich Niemiec w mordowaniu Żydów.

Aspirując więc do posiadania własnej "chwalebnej historii", spotkaliśmy się z potężną kontrą i wojnę tę przegraliśmy. Uznanie się za ofiarę II wojny światowej nie wchodziło w grę, jedyną licencję na bycie jej ofiarami mają Żydzi. Nie pozwolili więc, byśmy „wybielali swoją przeszłość i współpracę w Holokauście”.

Poprzez ustawę o IPN starał się bowiem PiS sięgnąć po narzędzie, którego nam dotychczas brakowało – po siłę państwa, mogącego bronić naszego dobrego imienia przed globalną nagonką. Całkowicie nieskuteczne są bowiem narzędzia prawa cywilnego, wykorzystywane do tej pory (niestety, bardzo skromnie). Popierając w pełni ten wysiłek, mam wrażenie że inicjatorzy ustawy nie mieli pojęcia, przeciwko jak potężnym siłom występują i z jak ogłuszającą kontrą się spotkają. Dlatego spróbujmy przyjrzeć, jakiej to potędze wypowiedzieliśmy wojnę.

 

Globalny kult Holokaustu

Żydzi przez dziesięciolecia pracowali nad ugruntowaniem Holokaustu jako zbrodni jedynej w swoim rodzaju, niepodważalnej, z niczym nieporównywalnej. Im dalej od realnych wydarzeń, tym bardziej ten obraz odbiega od prawdy, przekształca się w mit, któremu zaprzeczyć nie może nikt... no, chyba że jest samobójcą, który chce się wykreślić z życia publicznego i nosić palący stygmat antysemity.

 

Żydzi przez dziesięciolecia pracowali nad ugruntowaniem Holokaustu jako zbrodni jedynej w swoim rodzaju, niepodważalnej, z niczym nieporównywalnej. Im dalej od realnych wydarzeń, tym bardziej ten obraz odbiega od prawdy, przekształca się w mit, któremu zaprzeczyć nie może nikt... no, chyba że jest samobójcą, który chce się wykreślić z życia publicznego i nosić palący stygmat antysemity (coś na kształt żółtych gwiazd dla Żydów w czasie wojny). W krajach Zachodu dominacja żydowskiej narracji historycznej jest niepodważalna. Każdy, kto odważy się powiedzieć prawdę o historii, o polityce Izraela, staje się celem ataków społeczności żydowskich, ich potężnych i bogatych organizacji międzynarodowych, rozlicznych think-tanków, aktywistów „społeczeństwa obywatelskiego" (NGO), polityków, którzy wiedzą z kim trzymać. I oczywiście mediów. Nie ma żartów. To nie o jakąś historię chodzi, choćby najtragiczniejszą. W istocie rzeczy chroni się przed krytyką współczesnych Żydów, ich pozycję społeczną, bogactwo, a wraz z nimi także państwo Izrael i jego politykę. Zbudowano bowiem na tym ideowo-historycznym fundamencie ciąg przyczynowy: Holokaust – antysemityzm – ochrona osób i interesów – obrona Izraela.

 

Ameryka, światowy żandarm

 

Jak zwykle wszystko zaczęło się w Ameryce. Stała się ona światowym żandarmem broniącym Żydów dość niedawno – w 2004 r. uchwalono tam Global Anti-Semitism Review Act. "Review", czyli przegląd, gdyż zaczyna się zawsze od wiedzy o stanie rzeczy, bowiem aby działać, trzeba wiedzieć, co się dzieje. Tak samo jak z ustawą 447, która zaczyna od „przeglądu”, by dojść do ostatecznego celu, czyli reparacji wojennych. Tym się różnią doświadczeni politycy amerykańscy od polskich, że zaczynają we właściwej kolejności. First things first. A my jak zawsze... od „dymu z komina”. Efektem ustawy jest coroczny „przegląd antysemityzmu na świecie” dokonywany przez Departament Stanu – najpotężniejszą machinę dyplomatyczną świata. Na podstawie doniesień organizacji „pozarządowych” (NGO), zresztą często finansowanych przez rząd USA i przez organizacje żydowskie, powstaje coroczny raport, gdzie zbiera się przejawy innego postrzegania historii, sprzecznych interesów czy w końcu zwykłej niechęci do Żydów i konkurencji z nimi. Zebrane materiały są podstawą pracy amerykańskiej dyplomacji, która przypomina „antysemickim” lokalnym władzom, jakie są reguły gry.

I pomyśleć, że w czasie II wojny światowej Ameryka w ogóle nie zauważała Żydów i nie uznawała ich eksterminacji za godną szczególnej uwagi. W oficjalnych oświadczeniach, poświęconych ofiarom niemieckiej agresji, byli wymienieni nawet „kreteńscy chłopi”, ale nie było Żydów. Nie był to priorytet wojenny, nie chciano bombardować Auschwitz, co Żydzi do dzisiaj wypominają Amerykanom.

Aby nadać dynamikę walce z antysemityzmem, trzeba wyznaczyć urząd zajmujący się tym na co dzień. Od lat w USA jest specjalny pełnomocnik do spraw antysemityzmu. Interweniuje on na całym świecie, broniąc interesów Żydów przed lokalnymi rządami. Za czasów Obamy ostatnim urzędującym był Ira Forman. Co ciekawe, Donald Trump, mimo swego proizraelskiego nastawienia, od półtora roku nikogo nie powołał na tę funkcję. Podniosła się więc fala protestów, nacisków i żądań organizacji żydowskich, rozmaitych organizacji pozarządowych... a najwięksi przyjaciele Izraela wśród polityków amerykańskich wnieśli nawet ustawę, mającą zmusić prezydenta do mianowania pełnomocnika. Jednak Trump zdaje sobie sprawę, że jego dyplomacja musi skoncentrować się na amerykańskich, a nie globalistycznych interesach.

 

Amerykański kij na Europę

 

Większość zadań amerykańskiej administracji i dyplomacji skierowana jest na Europę, którą naciska się, by przyjęła prawnie obowiązującą definicję antysemityzmu i ustanowiła pełnomocników, zajmujących się "niechętnym nastawieniem" i złym traktowaniem Żydów. Wysiłki te skierowane są szczególnie na nasz region – Europę środkową i wschodnią. To szczególnie tutaj amerykańska dyplomacja ma zwalczać antysemicki rewizjonizm, współpracując z Kongresem, Senatem, międzynarodowymi organizacjami żydowskimi i rozmaitymi NGO, działaczami praw człowieka oraz amerykańskim Muzeum Holokaustu. A także oddziaływać na Kościół katolicki, by walczył z antysemityzmem.

Na początku jest słowo, więc aby dalej działać bez użycia przemocy, dobrze jest swoją ofiarę zobowiązać do realizacji szczytnych celów. Waszyngton przycisnął Europejczyków, by zobowiązali się do walki z antysemityzmem w 2004 r., gdy zorganizowano w Berlinie konferencję, na którą pofatygował się osobiście sam sekretarz stanu Colin Powell, spełniając oczekiwania żydowskich senatorów. Zapewniał że „krytyka państwa Izrael to nie antysemityzm, ale czerwona linia jest przekroczona gdy Izrael lub jego przywódcy są demonizowani lub oczerniani, na przykład przez rasistowskie karykatury”. Każdy rozsądny człowiek, a już na pewno polityk, wie, że nie można zbliżać się do takiej "czerwonej linii" na odległość strzału karabinowego. Uchwalona wtedy Deklaracja Berlińska zobowiązuje sygnatariuszy do przeglądu prawa, usunięcia z niego elementów sprzyjających antysemityzmowi, zapobiegania przemocy wobec Żydów oraz uruchamiania programów edukacyjnych zwalczających antysemityzm i promujących pamięć o Holokauście. Deklaracje niewiele znaczą, ale nie wtedy, gdy zainteresowany nimi ma dużą siłę wpływu a nawet rażenia w wypadku niewywiązywania się z nich. Regularne powtarzanie takich deklaracji, a potem systematyczne wdrażanie ich w życie, dowodzą, że to jest właśnie początek drogi.

 

Europejskie wysiłki w walce z antysemityzmem mają swe źródło za oceanem, skąd Departament Stanu i parlamentarne narzędzie kontroli nad Europe OSCE – Komisja Helsińska, stale monitorują „narastający antysemityzm w Europie". W europejskich przekazach dyskretnie pomija się zaoceaniczną inspirację takich zobowiązań, ale amerykańcy politycy otwarcie chwalą się tymi sukcesami.

 

Oczywiście europejskie wysiłki w walce z antysemityzmem mają swe źródło za oceanem, skąd Departament Stanu i parlamentarne narzędzie kontroli nad Europe OSCE – Komisja Helsińska, stale monitorują „narastający antysemityzm w Europie". W europejskich przekazach dyskretnie pomija się zaoceaniczną inspirację takich zobowiązań, ale amerykańcy politycy otwarcie chwalą się tymi sukcesami. Ostatnio postanowili mocniej nacisnąć na Europę i w 2017 roku uchwalili ustawę „O zwalczaniu europejskiego antysemityzmu” (Combating European Anti-Semitism Act of 2017 ). Cel ustawy przedstawiono klarownie: „bezpieczeństwo europejskich Żydów". W tym właśnie kontekście trzeba czytać ustawę 447, która jest początkiem drogi rekompensat za wojnę i przygotowuje do zwrócenia "należnego" przecież majątku.

Amerykańskie elity są już odpowiednio ukształtowane, by takie zagarnięcia cudzego majątku nie wzbudzało dysonansu poznawczego. Ich przeświadczenie o tym, jak wyglądała historia w naszej części Europy, oddaje czy to wypowiedź Baracka Obamy o „polskich obozach zagłady" czy jeszcze ciekawsze stwierdzenie szefa FBI Jamesa Comey’a. Podczas przemówienia w U.S. Holocaust Memorial Museum powiedział on o „mordercach i ich pomocnikach z Niemiec, Polski i Węgier”, a przemówienie to zostało później zamieszczone na oficjalnej stronie FBI. Jakichkolwiek przeprosin czy uznania własnej pomyłki odmówiono.

 

Nowa definicja antysemityzmu

 

Pod przyjaznymi skrzydłami Waszyngtonu od lat trwa także praca nad ugruntowaniem w międzynarodowym systemie prawnym narzędzi, opartych o pamięć o ofiarach Holocaustu. Przygotowano i wprowadzono do obiegu prawnego nowe pojęcie antysemityzmu.

 

Pod przyjaznymi skrzydłami Waszyngtonu od lat trwa także praca nad ugruntowaniem w międzynarodowym systemie prawnym narzędzi, opartych o pamięć o ofiarach Holocaustu. Przygotowano i wprowadzono do obiegu prawnego nowe pojęcie antysemityzmu. Globalny ruch nie opiera się już bowiem na klasycznej definicji antysemityzmu jako "wrogości i dyskryminacji Żydów jako grupy religijnej, etnicznej czy rasy", ale na radykalnie innej, wypracowanej na potrzeby Izraela i międzynarodowych organizacji żydowskich. Nową definicję wykuto w pracach koalicji, zwanej „Międzynarodowy Alians Pamięci Ofiar Holocaustu" (International Holocaust Remembrance Alliance – IHRA). Jego członkami jest 31 państw, w tym także Polska. Nowa definicja mówi, że „antysemityzm to pewien sposób postrzegania Żydów, który może być wyrażony jako nienawiść do Żydów". Czyli już samo krytyczne myślenie o Żydach jest uznawane za przestępstwo, choć wcale nie musi się („może") wyrażać w nienawiści, słownych czy fizycznych przejawach.

Amerykański Departament Stanu przyśpieszał prace ogłaszając w 2010 r. „roboczą definicję antysemityzmu". Załączono do niej przykłady wyjaśniające, że np. pewien sposób krytyki Izraela („rozumianego jako zbiorowość żydowska") także podlega tej definicji, co znowu nakazuje osobom rozsądnym i dbającym o swoją przyszłość trzymać się od tego tematu z daleka. Definicja zawiera także długą listę twierdzeń podpadających pod antysemityzm, takich jak „żydowski spisek", „kontrola mediów, rządu czy gospodarki przez Żydów", „zaprzeczanie faktowi, zasięgowi, mechanizmom (jak komory gazowe)" Holokaustu.

Co ciekawe, wyjaśnienia załączone do definicji, a potwierdzone wielką pieczęcią Departamentu Stanu USA, zawierają fragment, który doskonale pasuje do celów, jakie Polska stawiała sobie przy ustawie o IPN. Otóż mówi się tam, że antysemityzmem jest „oskarżanie Żydów jako narodu o odpowiedzialność za realne lub wyobrażone złe czyny dokonane przez pojedynczych Żydów lub ich grupy". Przecież dokładnie o to chodziło w polskiej ustawie. Tak więc na straży oskarżeń wobec Żydów stoi największa globalna potęga, która jednocześnie nie pozwala na taką samą obronę Polski i jej dobrego imienia. I osiąga swoje cele małym kosztem, wystarczyła blokada kontaktów na wysokim szczeblu i... zadziałało.

Pracę nad sojusznikami zachodnimi rozpoczęto w styczniu 2000 r., gromadząc w Sztokholmie 23 przywódców państw i 14 zastępców premierów bądź ministrów. Wszyscy oni rozpoczęli nowe tysiąclecie podpisując Deklarację Sztokholmską, uznającą Holokaust za zbrodnię uniwersalną, która „wstrząsnęła fundamentami cywilizacji". Solennie zobowiązali się też do pogłębiania studiów nad tą tragedią, do otwarcia archiwów skrywających tajemnice tamtych lat i włączenia wiedzy o Holokauście do krajowych systemów edukacji. Dlatego organizacje żydowskie domagają się nie tylko konsultowania, informowania, ale także stałego udziału i głosu w ustalaniu historycznych standardów w krajach Zachodu. Narzucają w ten sposób innym narodom swoją wersję pamięci o wojnie, gdzie jedyną zbrodnią jest Holokaust, czyli cierpienie Żydów, pomniejszane są zaś tragedie innych narodów, które na dodatek obarcza się współodpowiedzialnością za hitlerowskie zbrodnie. „Relatywizacja Shoah” jest groźna dlatego, że niszczy podstawy chroniącej ich globalnej konstrukcji. Dlatego Polska nie może być ofiarą II wojny, musi być współsprawcą tragedii Żydów.

 

Organizacje żydowskie domagają się nie tylko konsultowania, informowania, ale także stałego udziału i głosu w ustalaniu historycznych standardów w krajach Zachodu. Narzucają w ten sposób innym narodom swoją wersję pamięci o wojnie, gdzie jedyną zbrodnią jest Holokaust, czyli cierpienie Żydów, pomniejszane są zaś tragedie innych narodów, które na dodatek obarcza się współodpowiedzialnością za hitlerowskie zbrodnie.

 

Słowo antysemityzm pada w Deklaracji tylko raz. Ale IHRA przez 16 lat pracowała, by w tym gronie uchwalić globalną definicję antysemityzmu, którą 31 państw przyjęło w Bukareszcie 26 maja 2016 r. Praktycznie była to definicja amerykańska, więc Departament Stanu używa dzisiaj w relacjach międzynarodowych definicji IHRA, gdyż Senat USA jednogłośnie zobowiązał go do tego. Informuje też na stronie internetowej, że „zachęca inne rządy i organizacje międzynarodowe do jej używania”.

 

Europejska walka z antysemityzmem

 

Zachęcanie jest skuteczne – definicję przyjmują różne państwa Zachodu. Po zaleceniu Parlamentu Europejskiego w 2017 r. – wprowadziły je do swych systemów prawnych Niemcy, Austria, Bułgaria, Litwa, Rumunia, Macedonia. Europa nasila obronę Żydów na swoim terytorium. Nie może przecież być tak, jak przyznawała ze wstydem Angela Merkel, że w Niemczech „żadna żydowska instytucja nie może istnieć bez policyjnej ochrony, wymaga jej zarówno szkoła, przedszkole, jak synagoga... To zawstydzające”. Powołano więc w kwietniu 2018 r. specjalnego pełnomocnika w rządzie do walki z antysemityzmem także w Niemczech. Thomas de Maiziere, minister spraw wewnętrznych, wyjaśniał przy tym, że to „hańba dla kraju”, a chodzi o „wzrastającą liczbę pogardliwych uwag o Żydach, niewybredne dowcipy i dyskryminujące Żydów zachowanie”. Felix Klein zaczął od tworzenia rejestru przestępstw przeciwko Żydom, i zapowiedział „zdecydowaną walkę” z niechęcią, która opanowała główny nurt niemieckiego myślenia. Nowy rzecznik zapowiedział, że „rozprawi się z tym z chirurgiczną precyzją”. Unia Europejska już w grudniu 2015 r. powołała rzecznika ds. antysemityzmu – Katharinę von Schnurbein. W Polsce tę funkcje pełni jeszcze Rzecznik Praw Obywatelskich.

Walka z antysemityzmem „ma trwać zawsze i wszędzie”, jak mówi przedstawiciel ONZ, głęboko oburzony „spiskowymi teoriami, że mord na Żydach miał coś wspólnego z ich praktykami finansowymi”. Przecież co chwilę słyszymy, że jakiś wysoko postawiony polityk, urzędnik z krajów naszego regionu jest wyrzucany z funkcji za dowcip, czasami bardzo odlegle kojarzący się z nienawiścią do Żydów. Jeszcze ostra tresura nie wykształciła tej podświadomej siły, która na chwilę nawet nie pozwala zapomnieć, o czym „nie trzeba głośno mówić”.

Jak widać, Żydzi uzyskali już w wielu państwach nie tylko prawa dającego im immunitet, ale także instytucje wewnątrz struktur innych państw, broniące ich interesów. Oczywiście taki model nie może działać bez pełnej akceptacji establishmentu państwa. Przedstawiałem już przykład amerykański, a epizod francuski pokazuje, jak elity polityczne i sądowe wyjątkowo traktują żydowską wersji historii. Prawo „kłamstwie oświęcimskim” obowiązuje we Francji od 1990 r., natomiast Rada Konstytucyjna uznała za niezgodną z konstytucją przepisy penalizujące negację ludobójstwa Ormian. Powód? Ograniczenie wolności badań historycznych. Można więc karać i ograniczać „wolność badań” przy krytyce narracji Holocaustu, ale nie można przy ludobójstwie Ormian. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że przepis „ormiański” był fragmentem tej samej ustawy, zabraniającej negacji zbrodni na Żydach.

 

Prawo „kłamstwie oświęcimskim” obowiązuje we Francji od 1990 r., natomiast Rada Konstytucyjna uznała za niezgodną z konstytucją przepisy penalizujące negację ludobójstwa Ormian. Powód? Ograniczenie wolności badań historycznych. Można więc karać i ograniczać „wolność badań” przy krytyce narracji Holocaustu, ale nie można przy ludobójstwie Ormian.

 

Zwycięskie bitwy Orbána

 

Przegrywamy również dlatego, że nie uczymy się nawet od najbliższych sojuszników, a dobrą lekcję można wyciągnąć ze strategii Viktora Orbána. Zdecydowanie nie chciał zgodzić się na status Węgier jako współsprawców zbrodni hitlerowskich Niemiec. Wiedział że nie może narazić się na zmasowany atak ze wszystkich stron, gdyż jest za słaby by go odeprzeć. Zręcznie więc równoważył z jednej strony przyjazne stosunki z państwem Izrael i Żydami węgierskimi (prowadząc politykę „zero tolerancji” wobec ataków na nich), a z drugiej stawiał stanowczy opór wobec nacisków międzynarodowych organizacji żydowskich. Nie dopuszczał do tego, żeby to one decydowały, jak będzie wyglądała świadomość historyczna i narodowa Węgrów, jacy poeci i pisarze będą nauczani w szkołach, a jacy nie. Opierał się obcym wpływom organizacji żydowskich, które chciały decydować, kto może brać udział w życiu politycznym czy dyskusji publicznej, a kto ma być wykluczony ze względu na krytykę Żydów czy Izraela. To bardzo ważny aspekt wewnętrznej suwerenności państwa. Jako „odgromnik” miał też Jobbik, gdyby go nie było – sam Orban i Fidesz staliby się pierwszym celem ataków.

Aby bronić węgierskiej historii i godności narodu Węgrzy zbudowali własne instytucje. Utworzony w 2013 r. Instytut Badań Historycznych VERITAS walczył z mitem o „węgierskiej kolaboracji” z III Rzeszą, który wg Instytutu „niszczył świadomość narodową”. Instytucje te Orbán obsadzał osobami, które nie bały się krytykować historycznej polityki żydowskiej. Mária Schmidt, dyrektor Domu Terroru, opisywała ją następująco: „doprowadzono do absolutyzacji statusu ofiary, a pewne grupy chciałyby przekształcenia tragicznej historii i losu ich przodków w odziedziczone przywileje i rozszerzyć ten status na pokolenia, które żadnych ofiar nie ponoszą”.

Orbán rozpoczął też totalną wojną przeciwko George'owi Sorosowi, którego podobizny pokrywały billboardy w całym kraju, a nazwisko przyozdobiło ustawę ograniczającą działalność NGO i nielegalną imigrację. A przecież to Żyd urodzony na Węgrzech, miliarder i aktywny promotor globalistycznej ideologii. Aby nie zostać zmiażdżonym, Viktor Orban równoważył te posunięcia świetnymi stosunkami z prawicowym premierem Netanyahu i partią Likud. Oferując im rzeczywiste wsparcie polityczne (np. w Grupie Wyszehradzkiej czy też blokując unijną uchwałę oprotestowującą przeniesienie stolicy do Jerozolimy), stworzył osłonę polityczną, dzięki której zarzucanie mu antysemityzmu było jedynie cichutkim i bezsilnym popiskiwaniem.

 

Dwie przegrane polskie bitwy

 

Wobec globalnej konstrukcji, opartej o wizję historii uzbrojonej w amerykańską potęgę polityczną, już dwa razy wywołaliśmy chaotyczną insurekcję. Pierwszy epizod miał miejsce w 2006 r., gdy w dość karkołomny sposób uchwalono przepis prawa karnego, który zakazywał „pomawiania Narodu Polskiego o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie”. Wtedy jeszcze świeża była sprawa Jedwabnego, więc zmiana w ustawie miała szerokie poparcie w Sejmie, nawet Donald Tusk za nią głosował. Przepis zaskarżył Rzecznik Praw Obywatelskich i wygrał sprawę w Trybunale Konstytucyjnym w 2008 r., który uznał go za niekonstytucyjny. Tym razem udało się bez rozgłosu ukręcić sprawie łeb przy pomocy instytucji, które zostały przez Zachód wmontowane w polski system państwowy, po to właśnie by nie można było wprowadzać takich nieprawomyślnych zmian.

Tegoroczna bitwa jest jeszcze świeżo w pamięci, więc opisanie jej nie wydaje się konieczne, warto jedynie przytoczyć trafną wypowiedź Jakoba Nagela, izraelskiego negocjatora porozumienia z Polską. Podsumowując ostatnie wydarzenia w rozmowie z "Times of Israel" wyrażał się z lekceważeniem o naszych staraniach: „Oto kraj, który szczyci się tym, że uchwalił prawo, które według niego przywróci narodowi honor, a pół roku później anuluje je z podkulonym ogonem. A my mamy niesamowite osiągnięcie. Mieliśmy do czynienia z prawem, o którym wszyscy mówili, że jest straszne, i pozbyliśmy się go, nie dając im niczego w zamian”. Gorzka opinia, szczególnie słowa „niczego w zamian”, ale lekcję z tej przegranej bitwy trzeba odrobić, by następnym razem nie popełnić takich błędów. Była to bowiem tylko jedna z bitew w wojnie, która będzie jeszcze długo trwać.

 

"Times of Israel" wyrażał się z lekceważeniem o naszych staraniach: „Oto kraj, który szczyci się tym, że uchwalił prawo, które według niego przywróci narodowi honor, a pół roku później anuluje je z podkulonym ogonem. A my mamy niesamowite osiągnięcie. Mieliśmy do czynienia z prawem, o którym wszyscy mówili, że jest straszne, i pozbyliśmy się go, nie dając im niczego w zamian”.

 

Dlaczego przegraliśmy?

 

Po pierwsze Polska zrezygnowała z historii II wojny światowej i tragicznej śmierci 5,3 miliona Polaków (w tym pochodzenia żydowskiego) jako swojego mitu założycielskiego. Ustąpiła ona przed Katyniem, Żołnierzami Wyklętymi, kultem Powstania Warszawskiego – jako nowymi narzędziami polityki historycznej. Z tego atutu historycznego nie zrezygnowały takie państwa,, jak Izrael czy Rosja, które na historii II wojny światowej budują swoją tożsamość historyczną. Dlatego wobec polskiego społeczeństwa, któremu już dzisiaj wiedza o wojnie wywietrzała z głów po latach PRL-owskiej indoktrynacji – PiS nie miał się do czego odwołać.

Po drugie – politykom brak odwagi. W Polsce istnieją przecież przepisy, które penalizują nieprawomyślne wypowiedzi o Żydach. Za krytykowanie Holokaustu, czy tylko podważanie jego wagi grozi odpowiedzialność karna. W tej samej ustawie o IPN, w art. 55 „zaprzeczanie publicznie i wbrew faktom zbrodniom...” jest przestępstwem ściganym z urzędu i grożącym grzywną lub 3-letnim więzieniem. W tym miejscu trzeba przypomnieć skazanego za tę „zbrodnię” świętej pamięci Dariusza Ratajczaka, którego zaszczuto i doprowadzono do upadku zawodowego i życiowego, a później śmierci – właśnie z powodu zbyt dociekliwych pytań (jego książka Tematy niebezpieczne) w sprawie Holokaustu. Ale ten argument był zbyt gorący, by mogli go użyć rządowi politycy. A przecież widać jak na dłoni podwójne standardy, gdy za te same sprawy karze się tylko w przypadku podważania narracji żydowskiej. Natomiast taka sama obrona polskiej historii i honoru jest niedopuszczalna. Paradoks? Ironia? Bardzo gorzka.

Jak można wygrać starcie z przeciwnikiem potężnym i uzbrojonym po zęby (narzędzia polityczne, dyplomatyczne, medialne i „obywatelskie”), gdy nie tylko „totalna opozycja” jest sprzedana zewnętrznym interesom, ale wewnątrz partii i rządu panuje „poprawność polityczna”, dzięki której „walka z hydrą antysemityzmu” trwa także w Prawie i Sprawiedliwości. Gdy Marek Olszewski, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej, w sierpniu 2017 r. zasugerował wykreślenie z oficjalnych programów dla zagranicznych gości zwiedzania Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” czy wizyty w KL Auschwitz. Gazeta Wyborcza przeprowadziła z nim rozmowę, a prezes POT naiwnie powiedział, że kocha swój kraj i chce go pokazać od jak najlepszej strony. Auschwitz? „To nie produkt turystyczny, lecz miejsce martyrologii, zadumy i przemyśleń, a my zajmujemy się promocją Polski jako kraju atrakcyjnego turystycznie". Dodał także, że POT chce promować to, co cenne w "naszej kulturze, pokazać nasz wielki wkład w rozwój Europy” i nie ma potrzeby „eksponowania miejsc i zdarzeń związanych z historią innych narodów”. Takich herezji jeszcze przed rozpoczęciem tej naszej „wojny żydowskiej” nie można było tolerować... więc błyskawicznie poleciała głowa prezesa. Zażądał jej natychmiast „Instytut Obywatelski” (bardzo charakterystyczne – pieniądze państwowe i zza granicy, a w nazwie „obywatelski”). I jeszcze w południe tego samego dnia prezes Olszewski został zwolniony z pracy przez ministra sportu Bańkę. „W związku ze skandaliczną wypowiedzią prezesa POT Marka Olszewskiego podjąłem decyzję o jego natychmiastowej dymisji” – poinformował na Twitterze. Jednak zwolnienie „antysemity” nie wystarcza – trzeba pokazać, że miejsce takich osób jest na śmietniku. Gdy Olszewski dostał pracę w radzie nadzorczej spółki komunalnej Szczecina, radni Platformy urządzili specjalną konferencję prasową, żądając wyrzucenia go z pracy. Przecież „zasłynął z wypowiedzi antysemickich”. Oczywiście wszelkie podobieństwa do praktyk komunistycznych, do hitlerowskich Niemiec i ich „Berufsbeamtengesetz” jest całkowicie przypadkowe.

Wywołaliśmy więc wojnę bez rozpoznania sił przeciwnika. Nie uczymy się też na bliskich nam przykładach, ale co najważniejsze: „bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza”.

 

 Andrzej Szczęśniak

 

Czytany 674 razy
Więcej w tej kategorii: Wyznania ruskiego agenta »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.