środa, 12 wrzesień 2018 14:16

Wyznania ruskiego agenta

Napisał

Złośliwcy powiadają, że kurwa to nie zawód, tylko charakter. Wszystko to oczywiście być może – ale dlaczego właściwie tak zdecydowanie oddzielać zawód od charakteru? Bywa, że wykonywany zawód pozostaje w jaskrawej niezgodności z charakterem, ale znacznie częściej jest odwrotnie. Pewnie dlatego, że wykonywanie zawodu niezgodnego z charakterem stanowi udrękę i prędzej, czy później dochodzi do jakiej-takiej zgodności.

Pewnie dlatego w dziewiętnastowiecznych powieściach, których autorzy jeszcze nie drżeli ze strachu przed cenzurą - która w dzisiejszych czasach staje się jeszcze straszniejsza, niż na przykład za komuny, bo za komuny coraz bardziej słabła, podczas gdy dzisiaj nie tylko rośnie w siłę, ale w dodatku znajduje coraz liczniejszych entuzjastów wśród mikrocefali wierzących w rozmaite zbawienne prawdy, na przykład, że głód wypędza wilka z lasu albo że wszyscy ludzie będą braćmi – więc w dziewiętnastowiecznych powieściach autorzy często pisali, jak to „występek” wycisnął piętno na czyjeś twarzy. Dzisiaj coś takiego mogłoby zostać uznane za „mowę nienawiści” i surowo napiętnowane przez ormowców postępactwa, ale wtedy nawet autorzy uznawani za postępowych nie żałowali sobie i nawet stosunkowo niedawno taki Karol Baudelaire pisał o „ubogim rozpustniku”, co to „całuje nierządnicy starej pierś zmęczoną”.

Cóż dopiero w średniowieczu, kiedy to Franciszek Villon w opowieści o „grubey Małgośce” prezentował taką oto scenę: „Już zgoda. Małgoś pleszcze mnie po głowie. Pierdnie siarczyście wzdęta jak ropucha. Śmiejąc się swoim picusiem nazowie. Życzliwie nóżką przygarnie do brzucha. Schlani oboje śpimy jak barany, a gdy nad ranem burknie jej w żywocie, wyłazi na mnie na jutrzne pacierze. Aż jęknę pod nią, na poły złamany. I tak się bawim pławiąc się w swym pocie, w bordelu, kędy mamy zacne leże”. Nawiasem mówiąc, te „jutrzne pacierze” chyba nie pojawiają się nawet w opisanej scenie przypadkowo, bo tenże sam Villon napisał dla swojej matki Balladę, której niepodobna czytać bez wzruszenia: „Królowo niebios, cysarzowo ziemi, Pani Monarsza czeluści piekielnych. Przyjm mnie pokorną między pokornemi...” - i tak dalej - a co pewien czas, jak refren, powtarza się tam fraza: „W tej wierze pragnę żyć, jak i umierać.”

Cytuję te skrajności, żeby pokazać, że ówcześni ludzie byli wielowymiarowi, podczas gdy dzisiaj nawet pogardzająca średniowieczem moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus sprawia wrażenie, jakby ktoś ją wyciął z „Gazety Wyborczej”. Nie mogąc się pochwalić czymś lepszym, próbują epatować publiczność tym, że ktoś ich – jak to nazywają gitowcy - „dyma w popielnik”. Dobry Boże!

Ale dość tych dygresji, bo przecież chciałem o niezgodności profesji z charakterem. Najwyraźniej „rzadkość to wielka i obrosła mitem” - jak napisał laureat konkursu poezji turpistycznej, jaki w swoim czasie urządziliśmy na Jelonkach, toteż nie ma nic zaskakującego w opinii złośliwców, że kurwa, to nie zawód, tylko charakter. A jaka jest konstytutywna cecha takiego charakteru? Wydaje się, że jest nią – jakby to powiedział Immanuel Kant – kategoryczny imperatyw, vulgo – rodzaj nałogu, by nieustannie komuś się nadstawiać. I oto mamy znakomitą ilustrację, potwierdzającą trafność moich domysłów.

Pan doktor Jerzy Targalski pryncypialnie schłostał mnie za „antysemityzm”, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić, bo któż dzisiaj nie jest antysemitą? Chyba tylko dureń albo świnia. Dureń – bo jak to dureń – nie jest spostrzegawczy – albo świnia – bo gotów jest dla materialnych czy prestiżowych korzyści sprzedać duszę – a to jest chyba gorsze od kurewstwa, które polega tylko na sprzedawaniu ciała i to nawet nie całego. Więc pryncypialnego schłostania mnie przez pana doktora Targalskiego za „antysemityzm” nawet bym nie zauważył, a jeśli nawet – to tylko dla zaspokojenia ciekawości, na jakie korzyści pan doktor z tego powodu liczy. Jednak obok oskarżeń o „antysemityzm” zarzucił mi pragnienie ucieczki pod opiekę „Matuszki Rosji” w postaci sugestii, żeby zaszantażować Stany Zjednoczone, że jeśli nie zaprzestaną naciskania na Polskę, by pozwoliła obrabować się Żydom, to Polska wpuści tu z powrotem wojsko rosyjskie. Krótko mówiąc, oskarżył mnie o to, że jestem ruskim agentem, a w najlepszym razie – pożytecznym idiotą.

Mógłbym oczywiście ułatwić sobie zadanie, wytykając panu doktorowi Targalskiemu przynależność do PZPR i to w latach, gdy partia ta nierozerwalny sojusz Polski z ZSRR wpisała do konstytucji, ale wolę na taki zarzut odpowiedzieć merytorycznie. Rzeczywiście, tak napisałem i podtrzymuję to w całej rozciągłości, również jako ongiś uczestnik Stowarzyszenia Euroatlantyckiego, w którym propagowałem pomysł przystąpienia Polski do NATO. Mógłby ktoś zapytać, dlaczego w takim razie teraz wygaduję i wypisuje takie rzeczy. Odpowiadam tedy, że dlatego, iż wtedy miałem złudzenie, że polskie władze ułożą stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi w taki sposób, by w ich ramach można było uwzględniać polskie interesy państwowe. Niestety, nic takiego się nie stało, a to za sprawą takich przywódców, jak Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller czy Waldemar Pawlak, którzy – jak sądzę – nawet o tym nie pomyśleli.

Miałem złudzenie, że polskie władze ułożą stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi w taki sposób, by w ich ramach można było uwzględniać polskie interesy państwowe. Niestety, nic takiego się nie stało, a to za sprawą takich przywódców, jak Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller czy Waldemar Pawlak, którzy – jak sądzę – nawet o tym nie pomyśleli.

Polska bowiem, przystępując do NATO, wniosła do niego istotny nie tylko z naszego punktu widzenia aport w postaci terytorium, które udostępnia Stanom Zjednoczonym dla potrzeb amerykańskiej globalnej rozgrywki z Moskalikami, ryzykując w razie czego zniszczenie tego terytorium ze wszystkim, co na nim jest. Słowem – że Polska przystępując do NATO umożliwiła Stanom Zjednoczonym walkę z Rosją do ostatniego Polaka. Uważałem i wtedy, i teraz, że powinna za to otrzymać wynagrodzenie. Toteż kiedy na prośbę naszego amerykańskiego sojusznika Polska wzięła udział w „operacji pokojowej w Iraku”, mówiłem i pisałem, że dobrze – ale powinna poprosić Amerykanów o przysługę wzajemną w dwóch postaciach. Po pierwsze – żeby USA solennie obiecały Polsce, że nie będą wywierały na nią żadnych nacisków w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych, i po drugie, by USA wyraziły zgodę na militarną konwersję polskiego długu zagranicznego. Chodziło o to, by raty należne naszym wierzycielom, którymi wtedy byli już wyłącznie członkowie NATO, za ich zgodą przeznaczyć na modernizację i dozbrojenie polskiej armii.

 

Kiedy na prośbę naszego amerykańskiego sojusznika Polska wzięła udział w „operacji pokojowej w Iraku”, mówiłem i pisałem, że dobrze – ale powinna poprosić Amerykanów o przysługę wzajemną w dwóch postaciach. Po pierwsze – żeby USA solennie obiecały Polsce, że nie będą wywierały na nią żadnych nacisków w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych, i po drugie, by USA wyraziły zgodę na militarną konwersję polskiego długu zagranicznego.

Tak się niestety nie stało, bo żaden z polskich ówczesnych dygnitarzy nawet o to nie poprosił, a trudno, by z takimi inicjatywami występował amerykański prezydent. Po raz drugi okazja do złożenia takiej prośby pojawiła się za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, a potem – Bronisława Komorowskiego. W latach 2005-2009 Polska przyjęła na siebie niebezpieczną rolę amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią. Uważałem, że za to należy się Polsce wynagrodzenie. Ale 17 września 2009 roku prezydent Obama dokonał słynnego „resetu” w stosunkach z Rosją, wycofując USA z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. Dzisiaj mało kto już o tym pamięta, ale wskutek tego Polska przeszła spod kurateli amerykańskiej pod kuratelę „strategicznych partnerów”, czyli Niemiec i Rosji. Toteż w sierpniu 2012 roku metropolita Moskwy i Wszechrusi Cyryl na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie ongiś królowi Zygmuntowi Wazie bił czołem car Bazyli Szujski, wespół z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski abpem Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim, a książę-małżonek, czyli minister Radosław Sikorski składał w Berlinie „hołd pruski”.

„Lecz tymczasem na mieście inne były już treście”. Na skutek upokorzenia doznanego w Syrii, prezydent Obama w 2013 roku zresetował swój poprzedni reset, co oznaczało, że USA powracają do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy, no i że w związku z tym Polska, spod kurateli strategicznych partnerów, ponownie przechodzi i to na dobre, pod kuratelę amerykańską. Powrót USA do aktywnej polityki objawił się nie tylko ukraińskim „Majdanem”, na którym rozmaici polscy dygnitarze i arywiści wydawali kabotyńskie okrzyki – ale również „aferą podsłuchową”, w następstwie której ekspozytura Stronnictwa Pruskiego, czyli Platforma Obywatelska, została usunięta z pozycji lidera polskiej sceny politycznej, a na tę pozycję została wysunięta ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, czyli Prawo i Sprawiedliwość. Zanim to jednak nastąpiło, prezydent Obama w czerwcu 2014 roku przyjechał do Warszawy, by nam powinszować, że Polska ponownie podjęła się niebezpiecznej roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią. Toteż wtedy na antenie Radia Maryja dwukrotnie mówiłem, że tym razem Polska nie powinna powtórzyć błędu prezydenta Kaczyńskiego i wyjednać u prezydenta Obamy spełnienie dwóch próśb: po pierwsze – solennej obietnicy, że USA nie będą wywierały na Polskę żadnych nacisków w sprawie żydowskich roszczeń i po drugie – że ponieważ Polska, podejmując się ryzykownej roli amerykańskiego dywersanta, siłą rzeczy stała się państwem frontowym, to oczekiwalibyśmy, że zostanie potraktowana przez USA podobnie jak inne państwo frontowe, czyli Izrael. Zatem oczekiwalibyśmy finansowej kroplówki w wysokości czterech miliardów dolarów rocznie na modernizację i dozbrojenie armii oraz udogodnień wojskowych, podobnych do tych, z jakich korzysta Izrael. Niestety znowu nikt takiej propozycji prezydentowi Obamie nie zgłosił.

 

Na antenie Radia Maryja mówiłem, że Polska nie powinna powtórzyć błędu prezydenta Kaczyńskiego i wyjednać u prezydenta Obamy spełnienie dwóch próśb: po pierwsze – solennej obietnicy, że USA nie będą wywierały na Polskę żadnych nacisków w sprawie żydowskich roszczeń i po drugie – że ponieważ Polska, podejmując się ryzykownej roli amerykańskiego dywersanta, siłą rzeczy stała się państwem frontowym, to oczekiwalibyśmy, że zostanie potraktowana przez USA podobnie jak inne państwo frontowe, czyli Izrael. Zatem oczekiwalibyśmy finansowej kroplówki w wysokości czterech miliardów dolarów rocznie.

[...]

 

Stanisław Michalkiewicz

Czytany 542 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.