środa, 12 wrzesień 2018 14:58

Unia to sztywny hol - wywiad z Dobromirem Sośnierzem

Napisał

Taka opcja, jaką daje nam teraz Unia, czyli że nie pozwala nam na w pełni wolną wymianę, a zamiast tego rzuca jakieś ochłapy w postaci dotacji, utrzymuje nas tylko w stanie zależności kolonialnej od nich bez szans na wyprzedzenie – mówi w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem europoseł Dobromir Sośnierz.

Opowiedz, jakie miałeś problemy formalne ze strony Unii Europejskiej, by zostać europosłem i jak to się skończyło?

Problemy formalne występowały przez ponad trzy tygodnie. To była kwestia okresu od 1 do 22 marca, kiedy ostatecznie udało mi się objąć mandat. Ten problem był jakiś banalny prawdopodobnie. Nawet nie wiadomo, czy to było złośliwe, czy przez przypadek. Przede wszystkim Antonio Tajani, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, opóźniał przez 13 dni wysłanie listu powiadamiającego polską stronę o wystąpieniu wakatu. Tutaj nałożyły się dwie rzeczy. Z jednej strony właśnie opóźnienie po stronie Unii. Z drugiej niechęć polskiej strony do działania z urzędu, czyli z własnej inicjatywy. Nie wiem, czym spowodowana – czy chodziło o jakieś nasze wewnętrzne przepisy, czy po prostu – jak to u urzędników czasami bywa – że nikt się nie chce wychylić, robić czegoś inaczej. Bo nie ma podstaw, nie ma przeszkód, żeby urzędnik w Sejmie nie działał na podstawie oficjalnego protokołu, z urzędu, skoro powziął wiadomość o opróżnieniu mandatu europosła po Januszu Korwin-Mikke na podstawie protokołu z posiedzenia, gdzie został on ogłoszony 28 lutego. Mogliby zacząć działać od razu wtedy. Natomiast oni uparli się, że muszą dostać oficjalne powiadomienie na papierze od Tajaniego, a Tajani z tych czy innych powodów – prawdopodobnie nie złośliwych, ale takich właśnie, że wtedy były wybory we Włoszech – być może się zagapił, być może ktoś mu czegoś nie przedłożył. Więc mimo moich usilnych starań i codziennych dopytywań o to, czy pismo już poszło, czy na pewno zostało przedłożone, sprawa utknęła prawie na dwa tygodnie. Później w miarę sprawnie to szło przez Sejm. Bo trzeba najpierw powiadomić komisję wyborczą. To było zrobione na zapas, na zakładkę, także jak przyszło pismo od Tajaniego, to odpowiedź z komisji wyborczej była już gotowa, że to ja jestem następny w kolejce. Od razu wsiadłem w pociąg do Warszawy, podpisałem, co trzeba, no i znowu wystąpiło kilkudniowe opóźnienie związane z publikacją w „Monitorze Polskim”. Z kolei żeby Unia Europejska przyjęła do wiadomości, że teraz ja jestem posłem, to musi być zawiadomienie ze strony polskiej. Polska wysłała zawiadomienie, że jestem posłem, ale… z dniem publikacji w dzienniku urzędowym. Wysłali to pismo takiej treści, czyli uzależniające objęcie mandatu od publikacji. No i teraz Unia Europejska musi sprawdzać, kiedy u nas się ukaże „Monitor” z tą informacją. Polscy urzędnicy, którzy ze mną rozmawiali, kiedy załatwiałem objęcie mandatu, powiedzieli mi, że ta publikacja to jest formalność, że zaraz pójdą i powiedzą, żeby to puścili jak najszybciej się da w tym „Monitorze”, po czym po kilku dniach bez żadnego odzewu ani ze strony „Monitora, ani od nich, zadzwoniłem do człowieka odpowiedzialnego za wydawanie „Monitora” i tak na rympał zapytałem, czy może to puścić jak najszybciej, bo to jest pilne, bo ja czekam. Odpowiedział: „Nie no jasne, w sumie ustawiłem to na wtorek na przyszły tydzień, ale właściwie mogę to puścić jutro. Nikt mi nie powiedział, że to jest pilne”. Tak że wszyscy, którzy opowiadali, jak to będą pilnować, żeby to jak najszybciej poszło, chyba nawet nie pofatygowali się, żeby pójść do sąsiedniego pokoju i powiedzieć „panie, puść to pan szybko, bo poseł czeka na objęcie mandatu, a Polska ma jednego reprezentanta mniej w ten sposób”. Więc wystarczyło do niego zadzwonić i następnego dnia w południe to poszło. Jak tylko mi zagwarantowali, że puszczą to następnego dnia, to ja już poprzedniego dnia wieczorem wsiadłem w auto i pojechałem do Brukseli, żeby tam być o przyzwoitej porze, żeby zdążyć jeszcze cokolwiek załatwić w urzędach. I tak się udało, że byłem tam przed godzina 17. Zdążyłem podpisać stosowne papiery, więc z tą chwilą objąłem nareszcie mandat. Do tego doszła też kwestia tego, że ustępujący poseł stosunkowo późno zaczął procedurę, bo mimo tego, że ogłoszone to było już w drugiej połowie stycznia, to oficjalne zrzeczenie się mandatu nastąpiło dopiero w lutym. Trzeba było czekać aż zbierze się komisja prawna i dopiero jak komisja prawna przyjęła to do wiadomości, to przewodniczący mógł to podać do wiadomości na sesji. Ale to było właśnie w ostatnim dniu mandatu Korwin-Mikkego. Więc 28 lutego, jak to było ogłoszone, to już następnego dnia mandat mu wygasł. I powstał w ten sposób wakat, bo nic nie było jeszcze przygotowane. Najczęściej jak jest rezygnacja posła, to załatwiane jest to z takim wyprzedzeniem, że oni wchodzą z tą procedurą na zakładkę. Wszystkie formalności już są gotowe i następnego dnia po ustąpieniu poprzedniego posła kolejny jest gotowy do pracy. U nas – niestety – trochę nie wypaliło.

Już na początku zrugałeś europosłów w sprawach formalnych. Zaprotestowałeś przeciwko czytaniu z kartki ustalonych wcześniej „wyników głosowań”. Przewodnicząca komisji spraw zagranicznych PE nie patrzyła, jak posłowie głosują, a znaczna ich część nawet nie podnosiła rąk. Zwróciłeś się do europosłów słowami:Wy cały świat pouczacie w kolejnych rezolucjach o tym, jak powinna wyglądać demokracja, a robicie tutaj cyrk po prostu”. Powiedziałeś też, że europosłom zależy na szybkim głosowaniu, bo… spieszą się na obiad. Były jakieś zakulisowe reakcje czy reperkusje w tych sprawach?

Parę było. Kilka osób podeszło do mnie z takim komentarzem, że w zasadzie to się zgadzają ze mną, tylko nie ma sensu z tym się bić, bo już tak jest i tak będzie i że też na początku się dziwili niektórzy. To nie są wszystkie moje interwencje w tej sprawie, bo najpierw „po dobroci” poszedłem do przewodniczącego na komisji spraw zagranicznych, gdzie podobnie te głosowanie wyglądały. Poszedłem do niego najpierw zapytać, czemu się tak spieszymy? Czy mu pociąg odjeżdża? Czy co się dzieje, że w takim tempie? On odpowiedział: „nie no, tak normalnie zawsze głosujemy” i pewnie jestem nowy i jak za dwa miesiące nadal będę miał problem, to żebym do niego przyszedł, to się zastanowimy. Na razie zbył mnie na zasadzie takiej, że „jesteś nowy i się nie znasz. Nabierzesz wprawy i wyrobisz się, chłopaczku”. No więc za drugim razem to już interweniowałem w ten sposób. Większość posłów ignoruje problem, niektórzy wsparli mnie na zasadzie poklepania po ramieniu np. Saryusz-Wolski czy paru innych: „dobrze, dobrze powiedziałeś”, ale sam się nie wychyla. Nikt mnie nie poparł, nikt w żaden sposób publiczny, tak żeby zabrać głos w tej sprawie czy chociaż klaskać, jak to mówię, czy też w inny publicznie widoczny sposób.

Rafał Ziemkiewicz śmiał się w TVP Info z Twojego wystąpienia w PE, w którym się dziwisz, że unijne działania nie mają sensu, bo są uchwalane sprzeczne ze sobą przepisy. Zdaniem Ziemkiewicza wszyscy, także europosłowie, wiedzą, że działania UE nie mają sensu, dlatego nie oburzają się na jej bzdurne działania. Jak to skomentujesz?

Coś w tym jest. Nawet posłowie z innych ugrupowań…

…socjaliści…

…miałem jednego posła z SLD, z którym jechałem na lotnisko, który też, jak go zagadałem o to oszołomstwo, jak on to na przykład widzi, że w każdym sprawozdaniu, rezolucji mówimy na temat roli kobiet, sytuacji osób LGBTIQ itd., to on też stwierdził, że w zasadzie tak jest, że mają tam takich oszołomów, którzy do wszystkiego to wpisują, sam nad tym czasami ubolewa, że już bez przesady, raz wpisaliście to wystarczy, ale co drugi ustęp nie ma sensu tego wrzucać. Więc nawet oni to widzą, przynajmniej nasi posłowie, bo Polska jeśli chodzi o takie oszołomstwo feministyczno-homolatryczne i inne kwestie obyczajowe jest jednak dużo bardziej zdroworozsądkowa i nawet posłowie z SLD mają do tego dystans na tle tych swoich kolegów. Bo tam jest totalny odpał, jeśli chodzi o lewicę. Wystarczy wysłuchać sobie niektórych tych wypowiedzi. Jest taka hiszpańska posłanka, która tak nawija jak z jakiegoś wiecu komunistycznego. Totalna śruba. Niektórzy z nich święcie wierzą, że całe to pisanie o kobietach w kółko ma jakiekolwiek znaczenie, że ktoś się przejmuje tymi wszystkimi rezolucjami i że to jest ważne, potrzebne itd.

Wystarczy wysłuchać sobie niektórych wypowiedzi posłów UE. Jest taka hiszpańska posłanka, która tak nawija jak z jakiegoś wiecu komunistycznego. Totalna śruba. Niektórzy z nich święcie wierzą, że całe to pisanie o kobietach w kółko ma jakiekolwiek znaczenie, że ktoś się przejmuje tymi wszystkimi rezolucjami i że to jest ważne, potrzebne.

Na forum PE krytykowałeś regulacje unijne dotyczące pracowników delegowanych. Czy możesz to rozszerzyć?

Jeśli ja zatrudniam kogoś, żeby pracował dla mnie, jeżdżąc po Europie i wykonując dla mnie jakieś czynności, to powinniśmy się rozliczać na podstawie kraju, gdzie mieszkamy i zawieramy umowę. Nie ma powodu, żebyśmy zawierali umowę na terenie każdego kraju, przez który on przejeżdża. Było nawet fajne wystąpienie w tym temacie polskiego europosła Adama Szejnfelda, w którym przedstawił, na czym mogą polegać trudności, np. gdy wysyłamy pracownika do Francji, gdzie obowiązuje całkiem inne prawo pracy. Mamy polską księgową, która zna polskie przepisy, a teraz musimy nagle poznać setki stron prawa w obcym języku, którego nikt na nasz język nie przetłumaczył plus obowiązują tam regionalne, państwowe i zakładowe układy zbiorowe, z którymi też musimy się zapoznać, żeby móc tego pracownika do nich dopasować, a dodatkowo inne wymogi pozaustawowe z rozporządzeń itd., które nam są nieznane i musimy przebrnąć przez to tylko po to, żeby zatrudnić kogoś, kto będzie pracował dla nas we Francji np. jako kierowca czy wydelegowany pracownik do zarządzania nowym oddziałem. O ile przyjmujemy obywateli Francji na terenie Francji do pracy w naszej firmie, to jest zrozumiałe, że to odbywa się na podstawie prawa francuskiego, o tyle z naszym obywatelem wydelegowanym tymczasowo do pracy za granicą powinno być, jak kto chce. Nie widzę też przeszkód w tym, żeby była w tej sprawie dowolność. Jeśli Polak z Węgrem pracującym w Czechach chcą się umówić na podstawie prawa islandzkiego, to niech się tak umówią, nie widzę problemu.

Jak zauważyłeś, w jednej z rezolucji PE przegłosował, że należy jeść mniej czerwonego mięsa, a w innej, że należy jeść więcej. O czym to świadczy?

Może efekty tej rezolucji, żeby jeść więcej czerwonego mięsa, były tak oszałamiające, że po czterech tygodniach trzeba było zrobić następną, żeby zahamować wzrost spożycia. Ale na poważanie, to myślę, że wynika to albo z działania przeciwstawnych grup lobbystycznych, gdzie raz wzięli pieniądze za to, żeby przegłosować poparcie dla jagnięciny, a drugi raz przyszedł kto inny i dał pieniądze na coś innego i nikt tego nie zauważył, albo ze zwykłego bałaganu i pisania „pod tezę”. Oni tutaj dobierają zawsze fakty pod tezę. Dane są zawsze traktowane wybiórczo, wyrywkowo i najczęściej zmanipulowane. To jest dobry przykład na to, żeby mieć dystans także do tego, jeśli oni się powołują na to, że 40 procent kobiet zarabia mniej… te wszystkie dane są takiej samej jakości, jak to, że jemy za dużo czy za mało czerwonego mięsa. Po prostu pisanie pod tezę, wyszukiwanie statystyk, albo wybieranie z nich nieprecyzyjnych danych pod to, co chcemy napisać plus oczywiście biegunka i bałagan, bo z jakiej racji posłowie wyręczają dietetyków i wypowiadają się, czy jemy za dużo, czy za mało czerwonego mięsa? Samo to jest absurdalne. Jak ktoś chce się wypowiadać na temat wszystkiego i chce zrobić z siebie chodzącą encyklopedię, to skutki są właśnie takie, że potem plącze się w zeznaniach i nikt nie jest w stanie nad tym zapanować.

No bo kto ma decydować o tym, jaka ilość czerwonego mięsa jest tak naprawdę właściwa?

Pomijając czy w ogóle istnieje odpowiednia dla wszystkich ludzi ilość czerwonego mięsa. Przy każdej diecie, zależy, co kto robi…

Może dla każdego człowieka jest w ogóle inny poziom…

Jasne. Myślę, że też nie musimy wyręczać dietetyków w tym sporze. Jest to kwestia pozapolityczna. Niech każdy je, co chce. Nie widzę powodów, żeby jedni ludzie mówili drugim, jak mają jeść, grożąc gdzieś w tle użyciem siły – bo owszem jedni mogą mówić coś drugim, wydawać jakieś odezwy, apele itd. Dopóki jest to niezobowiązujące, to nie ma problemu, natomiast nie ma żadnego powodu, żeby był to obszar działań dla polityków.

Nie chodzi tylko o czerwone mięso, gdzie są sprzeczne przepisy. Natomiast Twoja teza jest taka, że „Unia to sztywny hol, ciągnie nas z wielką łaską w bezpiecznej odległości, pilnując, żebyśmy nie wyprzedzili tych, którzy są z przodu”. Jako przykłady na tego typu działanie podajesz dyrektywy nakazujące zatrudniania pracowników delegowanych w oparciu o przepisy państwa docelowego czy plan uregulowania w całej Unii CIT-u na wysokim poziomie, znacznie wyższym niż aktualnie jest w Polsce. Jak Polska może walczyć z niekorzystnymi regulacjami?

Właśnie nie bardzo może, nawet bardzo zwarty opór całej Europy Wschodniej w sprawie pracowników delegowanych nie spowodował, żeby ten głos został wzięty pod uwagę. To co oni nazwali kompromisowym rozwiązaniem jest rozwiązaniem nadal niekorzystnym dla tych krajów, które mogłyby konkurować ceną swojej pracy z Zachodem, więc widać wyraźnie, że to jest gra do jednej bramki, czyli wolny rynek ma wyglądać w ten sposób, że my otwieramy swoje rynki na towary z krajów zachodniej Europy, gdzie technologia – dzięki temu, że nie dostali się pod rządy komunistyczne – jest po prostu na wyższym poziomie, gospodarka jest rozwinięta i wszystko jest lepiej poukładane, no i żebyśmy ich czasem nie wyprzedzili, to nie pozwalają nam się rozwijać. Jeśli biedne państwo handluje z bogatym, to zazwyczaj to wygląda tak, że bogate przysyła do biednego jakieś zaawansowane produkty technologiczne, a biedny sprzedaje surowce, produkty rolne i usługi. A tymczasem handel, jeśli chodzi o usługi, już nie jest wolny, nie możemy zapewniać naszych usług po naszych cenach za granicą, a ta ostatnia dyrektywa jeszcze bardziej to ukróca. Tak samo Unia robi też na zewnątrz, jeśli chodzi np. o Afrykę, gdzie dotuje własne rolnictwo, nieefektywne i drogie, i stwarza bariery celne po to, żeby nie sprowadzać żywności z Afryki. I czym Afryka ma handlować z nami? Komputerami? No nie, może przysłać zboże, owoce itd. Jeśli im to utrudniamy, to utrzymujemy w biedzie Afrykę, a jednocześnie dopłacamy do swojego nieefektywnego rolnictwa po to, żeby mieć drogą żywność na miejscu i żeby Afryka była biedna. Taki jest efekt. I tak samo robi Europa Zachodnia w stosunku do Europy Wschodniej. Utrudnia jej wybicie się gospodarcze poprzez zaoferowanie swojej póki co tańszej pracy, tańszych surowców i produktów na Zachód, a domaga się tego, żeby bez przeszkód sama mogła oferować swoje zaawansowane technologicznie i wymagające większych nakładów produkty na Wschód, więc jest to sytuacja, w której ten ciągnięty na holu nie może nigdy wyprzedzić holującego, bo sama konstrukcja tego przedsięwzięcia jest taka, że to się nie może udać. Możemy być zawsze tylko kilka kroków za nimi, dopóki będą nas takie zasady obowiązywały. Żeby ich wyprzedzić, musieliśmy właśnie się z tego schematu wyłamać, musielibyśmy na tyle efektywnie wykorzystać swoją przewagę, jaką jest tańsza praca i mniejsze koszty, żeby intensywnie nadganiać, żeby wyręczać ich w robieniu tego, co możemy robić za nich. Możemy wyhodować pomidora równie dobrze jak oni. Oni by nie musieliby się tym zajmować, a my byśmy się na tych pomidorach dorobili, dzięki czemu moglibyśmy z czasem gonić ich też w innych dziedzinach, bo to jest jedyna opcja wyrównywania przepaści między krajami. Taka opcja, jaką oferuje Unia, czyli nie pozwala nam na w pełni wolną wymianę, a zamiast tego rzuca nam jakieś ochłapy w postaci dotacji, utrzymuje nas tylko w stanie zależności kolonialnej od nich bez szans na wyprzedzenie.

Handel już nie jest wolny, nie możemy zapewniać naszych usług po naszych cenach za granicą, a ta ostatnia dyrektywa jeszcze bardziej to ukróca. Tak samo Unia robi też na zewnątrz, jeśli chodzi np. o Afrykę, gdzie dotuje własne rolnictwo, nieefektywne i drogie, i stwarza bariery celne po to, żeby nie sprowadzać żywności z Afryki. I czym Afryka ma handlować z nami? Komputerami?

Napisałeś na FB, że Unia „najpierw wprowadziła kwoty połowowe, żeby chronić ryby. Potem stwierdziła, że wyrzucanie przez rybaków małych rybek z powrotem do morza zmniejsza masę ładunku, a Unia przecież nie wie, czy wyrzucone ryby są jeszcze żywe i jak długo… Wobec czego nakazała doliczyć niewymiarowe sztuki do kwoty połowu. A żeby je doliczyć, to trzeba je wyładować na ląd i zważyć. Potem nadają się już tylko do utylizacji, bo wiadomo, są niewymiarowe i przez to nielegalne. Więc z nadmiaru unijnej opieki, ryby giną dla własnego dobra”. Napisałeś też, że Komisja Europejska sama przyznała, iż nadmierne przeregulowanie przez UE branży produktów ekologicznych doprowadziło do utraty szansy rozwoju producentów rolnych w UE związanej z czterokrotnym wzrostem popytu światowego na produkty ekologiczne w latach 1999-2001. Może nastąpi w końcu jakiś przełom, skoro sami eurokraci widzą, że ich regulacje szkodzą?

Jak się wczytam w te niektóre sprawozdania, to one z rozbrajającą szczerością przyznają, że efekt tych środków jest żaden. Ostatnio stwierdzono właśnie, że środki wydawane w Turcji na pomoc Turcji ze strony Unii Europejskiej były w większości zmarnowane i posłużyły wręcz przeciwnym celom niż miały posłużyć.

Podobne były raporty na temat wykorzystania unijnych dotacji przez Mołdawię czy Ukrainę.

Na przykład umowa z Mauritiusem była umową na połowy ryb, a oni i tak nie przestrzegają tego, czego Unia od nich wymaga, ale mimo to morał jest zawsze ten sam – że będziemy to kontynuować tylko po prostu lepiej się skupimy i następnym razem na pewno nam wyjdzie. Więc oni kompletnie nie rozumieją tego, że błąd jest systemowy, że po prostu nie da się tego zrobić w taki sposób, jak oni sobie wymyślili, poprzez państwowe dopłaty, państwowe regulacje. Jeśli jakaś regulacja im nie wyszła, to mówią: „dobrze, to teraz uregulujemy to lepiej, teraz się skupimy jeszcze raz, napiszemy od nowa i teraz już będzie dobrze”.

I znowu jest źle…

Tak. I za pięć lat znowu przyznają, że nieefektywnie wydaliśmy 50 milionów euro. Jest mnóstwo takich sytuacji. Zrobię chyba takie zestawienie tych rzeczy, kiedy oni przyznają, ile środków zmarnowali na różne takie pomysły i się nie zrażają, tylko kontynuują wydawanie pieniędzy podatnika. Co najwyżej przyjmują jakieś nowe zalecenia, zwykle są to jakieś ogólniki po prostu o poszanowaniu czegoś, o większej roli kobiet, że z zadowoleniem się przyjmuje, z zadowoleniem się stwierdza. To jest lanie wody, zero konkretów. Tak że oni nic się nie uczą. Przecież to nie jest niczym trudnym, żeby zrozumieć. Ale nie, przy tym układzie za daleko to zabrnęło, żeby oni chcieli się z tego wycofać. Unia żyje z tego, że rozdaje wesoło pieniądze podatnika i nie widzę opcji, aby oni chcieli to zahamować.

Ironizowałeś też w PE o ciągłym głoszeniu konieczności wzmacniania pozycji kobiet. Oburzyło Cię m.in. to, że PE jako kryterium zatrudniania w mediach forsował płeć, a nie kompetencje. Doradziłeś też europosłom, by nie wtrącali się do firm innych przedsiębiorców, a sami założyli własne firmy i zatrudniali w nich pracowników według dowolnych kryteriów i udowodnili w ten sposób, że to działa w praktyce. Stwierdziłeś, że „Unia Europejska jest najbardziej seksistowskim reżimem w dziejach ludzkości. Orwellowskie sformułowania o zwierzętach równych i równiejszych są tutaj standardowym językiem każdej rezolucji — ale tak zuchwały szowinizm płciowy jest przegięciem nawet jak na tutejsze normy”. Napisałeś to w komentarzu do fragmentu rezolucji, który stwierdzał, że „Orzekanie kary śmierci na podstawie wyraźnych dowodów na obronę konieczną stanowi arbitralne zabójstwo «zwłaszcza w przypadku kobiet»”. Była na te Twoje wypowiedzi jakaś reakcja? Czy europosłowie rozumieją w ogóle, dlaczego ich krytykujesz?

Na tę akurat wypowiedź była stanowcza reakcja. Zostałem potępiony przez Stanisława Polčáka z Czech, który mnie zrugał za to, że to jest straszne – nie wiem jak było z tłumaczeniem; powiedziałem wtedy o świniach, to może coś mu się tam ze świniami poplątało, może źle zrozumiał. Nie powiedział, za co konkretnie mnie potępił, ale na pewno mnie potępił za tę wypowiedź. To jest kompletny obłęd. Jak zacząłem czytać te rezolucje, to miałem problemy z uwierzeniem, że to się dzieje naprawdę, że można być tak zwichrowanym na tym punkcie. To jest kompletna szajba po prostu. Odwołania do roli kobiet są tam w sytuacjach najmniej oczekiwanych. O handlu międzynarodowym nie potrafią mówić inaczej jak poprzez to, że jak będziemy z kimś handlować, to pamiętajmy o prawach kobiet. Ile tam było kobiet? Ile kobiet negocjowało pokój w Syrii? Po prostu nie do uwierzenia. Zaglądanie pod spódnice każdemu i sprawdzanie, jakiej jest płci, ma dla nich znaczenie jakieś centralne, to jakaś oś, wokół której świat się kręci — ile gdzie jest kobiet? Przy czym nie wiadomo, co ma z tego wyniknąć. W PE też jest przewaga posłów nad posłankami i jakoś dziury w niebie nie ma z tego powodu. A czy oni to rozumieją, dlaczego ja się temu sprzeciwiam? Ma wrażenie, że większość nie. Nasi posłowie z Polski, mimo że może się nawet ze mną zgadzają, to raczej wymownie milczą w tej sprawie i się nie udzielają. Natomiast tamci obłąkańcy z Zachodu – to tak, jakby się zderzało ze ścianą – kompletnie są zakręceni na tym punkcie i uważają, że podkreślanie roli kobiet w każdym przypadku najwidoczniej ma jakieś znaczenie. Przecież nikt im tego nie każe robić.

Odwołania do roli kobiet są tam w sytuacjach najmniej oczekiwanych. O handlu międzynarodowym nie potrafią mówić inaczej jak poprzez to, że jak będziemy z kimś handlować, to pamiętajmy o prawach kobiet. Ile tam było kobiet? Ile kobiet negocjowało pokój w Syrii? Po prostu nie do uwierzenia. Zaglądanie pod spódnice każdemu i sprawdzanie, jakiej jest płci, ma dla nich znaczenie jakieś centralne, to jakaś oś, wokół której świat się kręci — ile gdzie jest kobiet? Przy czym nie wiadomo, co ma z tego wyniknąć. W PE też jest przewaga posłów nad posłankami i jakoś dziury w niebie nie ma z tego powodu. A czy oni to rozumieją, dlaczego ja się temu sprzeciwiam? Ma wrażenie, że większość nie.

 

[...]

Tomasz Cukiernik

Wyświetlony 141 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.