czwartek, 21 marzec 2019 11:53

POWRÓT PANŚWINIZMU

Napisane przez

Główny propagandysta późnego PRL-u w pewnym momencie nie był już w stanie zaprzeczać, że reprezentowany przez niego reżim składa się z patologicznych miernot, obojętnych na los Polski i Polaków, bez reszty oddanych służbie obcym i dbających wyłącznie o swój osobisty interes. Wymyślił więc nowy chwyt agitacyjny. W skrócie polegał on na stwierdzeniu: „Tak, to prawda – jesteśmy podłymi świniami. Ale nasi rywale wcale nie są lepsi od nas!” Metodę tę szybko zaczęto nazywać „panświnizmem”. W analogiczny sposób dzisiaj rzekomy obraz obecnej rzeczywistości próbuje wykreować totalna opozycja.

 

 Okrągłostołowe elity dały paliwo Urbanowi

Różnica między sytuacją z pierwszych lat transformacji ustrojowej i czasów współczesnych jest jednak taka, że na początku lat dziewięćdziesiątych w sposób jak najbardziej rzeczywisty mieliśmy do czynienia z kompromitacją wielkiej części solidarnościowych elit, wyniesionych do władzy i pieniędzy drogą kontraktu zawartego z właścicielami PRL-u. To nie sama propaganda, lecz natłok namacalnych faktów przesądził o skuteczności pomysłu Urbana. To rzeczywistość, a nie propaganda spowodowały, że rozczarowanie Polaków było uzasadnione. Od liderów, których nazwiska niedawno skandowali na brutalnie rozpędzanych demonstracjach, słyszeli przecież, że dla lepszego jutra trzeba ponosić ciężkie ofiary. Godzili się na „terapię szokową, polegającą na utracie oszczędności, na radykalnym spadku jakości życia, na sprzedaż ich zakładów pracy. I jakże często przekonywali się, że równolegle z ich ofiarą („dla lepszego jutra Polski”-, jak im wmawiano) wyrastały fortuny już nie tylko komunistów, ale też dokooptowanych do ich grona wczorajszych „bohaterów”. Rzekoma restrukturyzacja zakładów okazywała się często cynicznym aktem uwłaszczenia nomenklatury, albo sprzedażą likwidacyjną. Trudno też, żeby nie było wstrząsem wyjście na jaw prawdy o tym, że „solidarne ponoszenie ciężarów” nie dotyczyło wszystkich, gdyż równocześnie ze strącaniem wielkiej części Polaków w niedostatek „jakimś trafem” starczało pieniędzy na urzędy cenzury, de facto bezzwrotne kredyty czy bizantyjskie emerytury dla esbeków. Pogląd Jerzego Urbana, wedle którego „tak, jesteśmy świniami, ale oni też”, przez wielu, z prawdziwym bólem był przyjmowany jako straszna prawda, istne źródło rozpaczy. A szło za tym podmycie wiary w sens praktykowania moralnych zasad. Pookrągłostołowy (nie)ład generował przekonanie o bezcelowości ponoszenia ofiar dla wyższych celów czy angażowania się w życie publiczne. Widząc nagle odwrócone od społeczeństwa autorytety lat osiemdziesiątych miało pełne prawo do wniosku: „Ci, w których wierzyliśmy – zdradzili a my jesteśmy oszukanymi frajerami”.

To rzeczywistość, a nie propaganda spowodowały, że rozczarowanie Polaków było uzasadnione. Od liderów, których nazwiska niedawno skandowali na brutalnie rozpędzanych demonstracjach, słyszeli przecież, że dla lepszego jutra trzeba ponosić ciężkie ofiary. Godzili się na „terapię szokową, polegającą na utracie oszczędności, na radykalnym spadku jakości życia, na sprzedaż ich zakładów pracy. I jakże często przekonywali się, że równolegle z ich ofiarą wyrastały fortuny już nie tylko komunistów, ale też dokooptowanych do ich grona wczorajszych „bohaterów”.

 Wielki triumf panświnizmu

Ogromna część ludzi Solidarności nie tylko nie miała nic wspólnego z beneficjentami ładu pookrągłostołowego, ale stanowczo mu się sprzeciwiała. Były to jednak środowiska zepchnięte na margines, pozbawione dostępu do mediów, oczerniane i zaszczuwane propagandą już nie tylko komunistycznej strony. Pogląd Urbana, według którego „solidaruchy nie są moralnie lepsze, niż komuchy” był trudny do przyjęcia. Jednak to właśnie ówczesny szok zawodu był jednym z filarów sukcesu tygodnika „Nie”, sprzedającego się wtedy w półmilionowym nakładzie. Analogiczne było źródło wyborczej klęski Tadeusza Mazowieckiego. Przyjęcie przez miliony poglądu, wg którego „jedni są warci drugich”, już w 1993 przyniosło wyborczy triumf partii postPRL-owskich. Ledwie parę lat po czasach zniewolenia postkomunistyczne SLD, wraz z przemianowaną na PSL niegdysiejszą PZPR-owską przybudówką, drogą legalnych wyborów zdołało powrócić do władzy. Kolejne dwa lata później większość wyborców doszła już do przekonania, że postkomuniści nie tylko nie są gorsi, ale może nawet lepsi od tych, których Polacy w roku 1989 obdarowali jakże kolosalnym zaufaniem. Skutkiem tego do godności prezydenta RP wyniesiony został człowiek od najmłodszych lat ściśle związany z komunistycznym reżimem, od połowy mrocznej dekady lat osiemdziesiątych piastujący w nim funkcję ministra.

 Co jest potrzebne do zwycięstwa panświnizmu?

Samo Urbanowe hasło „oni nie są mniejszymi świniami, niż my” nie odniosłoby żadnego skutku, gdyby miliony Polaków na własnej skórze boleśnie nie odczuły, że „coś jest na rzeczy”. Propagandowa furia oczerniała przecież i wdeptywała w ziemię ludzi Solidarności dzień w dzień przez całą dekadę lat osiemdziesiątych. Bez skutku. Propagandzie tej zaczęto wierzyć dopiero po roku 1989, kiedy zaczęła się ona opierać na faktach.

Samo Urbanowe hasło „oni nie są mniejszymi świniami, niż my” nie odniosłoby żadnego skutku, gdyby miliony Polaków na własnej skórze boleśnie nie odczuły, że „coś jest na rzeczy”. Propagandowa furia oczerniała przecież i wdeptywała w ziemię ludzi Solidarności dzień w dzień przez całą dekadę lat osiemdziesiątych. Bez skutku. Propagandzie tej zaczęto wierzyć dopiero po roku 1989, kiedy zaczęła się ona opierać na faktach. A były one takie, że do życia społecznego nie wprowadzono ani okruchu jakiegokolwiek solidarnego ładu. Przeciwnie – szczytne hasła solidarnego przetrwania najtrudniejszego okresu służyły często tylko temu, by na co lepszych składnikach narodowego majątku się uwłaszczyć lub opylić je starej nomenklaturze czy zagranicznym kapitalistom, uradowanym możliwościami robienia biznesu nie wg europejskich norm końca XX wieku, lecz w myśl receptur znanych z czasów Ziemi obiecanej Reymonta czy wręcz z epoki Karola Dickensa.

Część legendarnych liderów Solidarności, dopiero co reprezentujących wielki ruch społeczny w negocjacjach z komunistami, porzucała dotychczasowe ścieżki kariery i (często wespół z towarzyszami z przeciwnej strony ledwie zburzonej barykady) rozpoczynało błyskawiczne gromadzenie fortun. Za sprawą otwartej już współpracy z postkomuną wystrzeliły kariery w świecie polityki, gospodarki, mediów, dyplomacji czy nadal dających glejt bezkarności służb, w których od lat PRL-u zmieniło się niewiele, poza ich nazwami. Panświnizm był tym bardziej trafną interpretacją rzeczywistości za sprawą faktu, że obok wczorajszych właścicieli PRL-u tylko i wyłącznie ta zaprzyjaźniona z nimi część opozycji i Solidarności dysponowała wszystkimi znaczącymi środkami masowego przekazu. I wykorzystywała je bez końca powtarzając: „to my jesteśmy całą, rzeczywistą Solidarnością, my i tylko my obaliliśmy komunizm, nam i tylko nam Polacy zawdzięczają wolność. Reszta to niegodny głosu margines – uzurpatorzy bez rzeczywistych zasług i oszołomieni zawiścią awanturnicy".

cd w numerze papierowym

przycisk

Wyświetlony 82 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.