niedziela, 28 listopad 2010 18:53

Jedność z krainy jednorożców

Napisał

W grudniu 2004 roku prezydent Putin podpisał dekret O dniach chwały wojennej (dniach zwycięstwa) Rosji ustanawiający przypadający 4 listopada Dzień Jedności Narodowej świętem państwowym. Ma ono upamiętniać rzekome zjednoczenie ludu rosyjskiego pod wodzą rzeźnika Minina w 1612 roku.

 

Ten zryw, na Wschodzie przedstawiany jako manifestacja świadomego patriotyzmu, doprowadził do opuszczenia moskiewskiego Kremla przez wycieńczoną polską załogę, która, oblężona, długo na próżno wyglądała odsieczy, cierpiąc nieopisany głód (...bo gdy już traw, korzonków, myszy, psów, kotek, ścierwa nie stało, i trupy wyjedli, wykopując je z ziemi...). W Rosji mają do nas jednak pretensje zwłaszcza o barbarzyńskie zniszczenie i tak nielicznych rękopisów oraz druków ruskich, załoga broniąca się na Kremlu spożyła bowiem także rozgotowane skórzane oprawy ksiąg.

Polacy jednoczący Rosję

Polacy opuścili moskiewską twierdzę dopiero 7 listopada, jednak obecne władze rosyjskie wybrały datę wcześniejszą, pod którą Polacy w 1612 roku odnotowali szczęśliwie odparcie ataku. 4 listopada to dokładna rocznica rzezi prawobrzeżnej Warszawy dokonanej w 1791 roku przez Rosjan pod wodzą Suworowa. Zdaje się, że w dzisiejszej Moskwie komuś szczególną satysfakcję sprawia dobieranie dla kolejnych upokorzeń Warszawy rocznic już wcześniej krwawo dla nas zaznaczonych w relacjach rosyjsko-polskich.

Objaśnić to można rozbieżnością pomiędzy mentalnościami polską i rosyjską. Mikołaj Ścibor Marchocki, uczestnik i kronikarz „wojny moskiewskiej”, opisał oblężenie polskiego oddziału w jednym z gródków nieodległym od stolicy Rosji. Na załogę uderzyli najemnicy niemieccy i francuscy w służbie rosyjskiej. Polacy próbowali przeciągnąć kondotierów na swoją stronę, tłumacząc, że im słuszniej z nami pospołu przestawać przeciwko Moskwie, zwłaszcza Francuzom, którzy nam i wiarą, i obyczajami podobni, i w cudzych ziemiach kiedy się trafi, przyjacielsko z naszymi żyją. Używali nadto argumentu o znanym powszechnie wiarołomstwie Moskali. Na tę propozycję najemnicy, którzy byli ludźmi, co sławy szukają, odpowiedzieli: A cóż by to była za sława nasza, Moskwę, naród tak gruby, z narodem waszym, nad który sławniejszego pod słońcem nie masz, wojować. Ale toby to sława nasza była, kiedybyśmy z tym narodem (tzn. z Moskwą) naród wasz zawojowali. Pomijając możliwą fabulację autora, który w końcu był Sarmatą całą gębą, trudno jednak nie dostrzec, że opis ten sygnalizuje istnienie kardynalnej różnicy między Zachodem i Wschodem. „Wojna moskiewska” była z pewnością konfliktem cywilizacji: z jednej strony uczestniczył w niej naród gruby i zdradliwy, z drugiej zaś – wychowankowie etosu rycerskiego. W ten ostatni system wartości wpisana była decyzja opisanych przez Marchockiego najemników, ludzi wojny uznających, zdawałoby się, jedynie pieniądz. Swój wybór kondotierzy ci przypłacili zresztą życiem, ostatecznie wyrżnięci przez Polaków.

Dzień Jedności Narodowej obchodzi mniej niż połowa Rosjan. Co prawda, zdaniem instytutów badających opinie społeczne, stosunek do nowej „czerwonej” daty w kalendarzu stopniowo zaczyna się w Rosji zmieniać. Dla starszego pokolenia wszakże nadal „prawdziwym” świętem jest wypadająca trzy dni później rocznica bolszewickiego przewrotu. Bardziej wiekowi Rosjanie chętnie wówczas udają się na mityngi pod pomnikami Lenina, choć o tej porze roku w Moskwie i na przeważającej połaci Rosji zazwyczaj jest już mroźno. Miliony czynnych uczestników defilad listopadowych, przymusowo na nie spędzanych, co najmniej odchorowały swój udział w manifestacjach, zwłaszcza w czasach, kiedy szaremu obywatelowi Kraju Rad nie przelewało się. Śmiertelne zapalenia płuc trzebiły szczególnie niedożywione i nędznie odziane dzieci, które godzinami czasem oczekiwały na przemarsz przed trybuną, obsadzoną różnymi kacykami w karakułach, z termoforami ukrytymi w rękawach obszernych szub.

W przemówieniach z okazji nowego święta władze rosyjskie zazwyczaj wspominają lub choćby tylko napomykają o wiadomych siłach, które pragną rozpadu Rosji, no bo cóż warta byłaby ta cała jedność, gdyby ktoś ciągle nie próbował jej zagrozić? Moskwa wie jednak, jak powstrzymać zakusy tych, którym wielkie imperium nie w smak; tym bardziej więc poddani winni wspierać przewidującą politykę rządzących, którzy gwarantują Rosjanom spokój i stabilizację. Wielu Tatarów, Baszkirów, Jakutów czy nawet Sybiraków, nie mówiąc już o mieszkańcach Kaukazu, czasem pewnie marzy o nieco luźniejszej jedności z Moskwą, ściągającej z prowincji haracze nieproporcjonalnie wysokie wobec środków przydzielanych dla regionów z budżetu centralnego, ale pamiętają oni o swoim położeniu, przeważnie beznadziejnym z punktu widzenia geopolityki. Zapewne tylko zbiegiem okoliczności na przykład 4 listopada 2008 roku podczas manifestacji nacjonalistów w stolicy i Sankt Petersburgu wznoszono hasła skierowane przeciwko szkodnikom wielkorosyjskiej jedności „Precz z parchami!”, bo właśnie jako „parch” należy przetłumaczyć obraźliwe rosyjskie żid.

Wychodzi zatem na to, że bez polskiej interwencji na początku XVII wieku Rosjanie nie byliby zjednoczeni. W pięć lat po opuszczeniu Kremla przez Polaków królewicz Władysław stanął ze swoim wojskiem u bram Moskwy, a w 1634 roku, już jako król, zmusił armię moskiewską do kapitulacji. Potem jednak, jak pisał Feliks Koneczny, skończył się epizod starań o ściślejszy stosunek prawno-państwowy, o unię między Polską i Litwą a Moskwą; skończyła się zarazem ingerencja Polski i Litwy w dzieje carstwa moskiewskiego, a zaczyna się ingerencja w kierunku przeciwnym.

                (...)

Czytany 2740 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.