piątek, 31 grudzień 2010 20:13

Na równi pochyłej

Napisane przez

Co nas czeka w roku 2011? Zdaniem ekspertów od przepowiedni ? wojna. O niej mówią między innymi proroctwa Nostradamusa i pomniejszych jasnowidzów. Sęk w tym, że są one na tyle niejasne, że wynikać z nich może w zasadzie wszystko, poza tym wojnę zapowiadano już równie często, jak koniec świata w wyniku zderzenia z kometą, globalnego ocieplenia lub ochłodzenia. Czy w tym wypadku takie przepowiednie mamy traktować poważnie?

 

Przyjrzyjmy się globalnej sytuacji. Pod wieloma względami wygląda ona dużo lepiej niż, na przykład, w latach 30. ubiegłego wieku bądź w okresie zimnej wojny. Na Zachodzie nie ma dziś agresywnego mocarstwa dążącego do militarnego opanowania innych krajów, nie mamy również do czynienia z globalnym podziałem świata na dwa wrogie obozy dysponujące bronią nuklearną. Nie znaczy to jednak, że panuje powszechne braterstwo narodów zrzeszonych w ONZ. Przeciwnie, mamy raczej do czynienia z mniej lub bardziej otwartymi i brutalnymi rozgrywkami, w których stawką są pieniądze i władza, nie zaś ? jak w minionym wieku ? ideologie. Jeśli więc wojnę rozumieć jako przedłużenie polityki za pomocą innych metod, to obecny stan jest już wstępną formą wojny na wielu frontach.

Niewątpliwie rolę hegemona wciąż odgrywają Stany Zjednoczone. Choć z danych ujawnionych przez Wikileaks wyziera słabość amerykańskiej dyplomacji, a nie jest też tajemnicą kiepski stan amerykańskiej gospodarki i finansów, to jednak USA są wciąż krajem posiadającym przytłaczającą siłę militarną i olbrzymie wpływy w świecie ? a zwłaszcza w świecie finansów, którego wsparcie do prowadzenia wojny jest niezbędne. Jednak od końca zimnej wojny polityka amerykańska jest chaotyczna i mało skuteczna. O ile jeszcze George Bush senior był silnym politykiem z wizją, o tyle jego następcy są postaciami małego formatu: Bill Clinton, George Bush junior i Barack Obama raczej odgrywają przeznaczoną im rolę, niż sami reżyserują. Przy czym ich konkurenci ?  Al Gore czy John McCain ? niewiele się od nich różnią. USA dryfują więc z prądem, a nie kreują wydarzenia ? nowa wojna mogłaby nieco odwrócić tę niekorzystną sytuację, ale nie ma pewności, że skończyłaby się sukcesem. Jeśli więc Amerykanie poważnie myślą o interwencji w Iranie, to zapewne równie poważnie zastanawiają się nad nauczką, jaką dostali w Iraku i Afganistanie.

W sytuacji, kiedy Stany Zjednoczone trwają w zawieszeniu, inni aktorzy globalnej sceny politycznej podejmują próby sił. Potęgą najbardziej zagrażającą USA są Chiny, posiadające nie tylko olbrzymie rezerwy dolarowe i zapewniające amerykańskim konsumentom tanie towary, ale rozbudowujące swoje wpływy na świecie (w Azji i Afryce) i konsekwentnie uzbrajające się w broń najnowszej generacji. Trzeba jednak pamiętać, że stosunki między tymi krajami w pewnym sensie obu im wiążą ręce: Ameryka jest zależna od chińskiego eksportu, ale Chiny zależą od amerykańskiego importu. Poza tym, mimo szybkiej zamiany rezerw w dolarowych w złoto, rynek światowy wciąż jest rynkiem dolara, tym zaś rządzą USA, a dokładnie FED. Kiedy ostatnio instytucja ta wpuściła w obieg 600 miliardów dolarów bez pokrycia, Chiny oczywiście zaprotestowały, ale nic poza tym nie mogły zrobić. Zresztą ? czyż chińskie banki nie robią tego samego? Oba kraje funkcjonują w ramach systemu papierowego pieniądza dłużnego i nic tego na razie nie zmieni. Chińskie rakiety balistyczne są w stanie uderzyć dziś w Zatokę San Francisco, wywołując popłoch w USA, ale czy Chińczykom opłacałaby się taka demonstracja siły? Poza tym chiński boom gospodarczy nie będzie trwał wiecznie ? tania siła robocza i gospodarka oparta na państwowych kredytach mogą przynieść chwilowy sukces, ale jednym z efektów jest wzrost zadłużenia i podniesienie się standardów życia, a to oznacza w pewnym sensie upodobnienie się do USA. W rezultacie już teraz tanią siłę roboczą Chińczycy kupują w Wietnamie, a w kolejce już czekają Laos i Kambodża. Niewykluczone więc, że Chiny powtórzą drogę Japonii, jednej z najbardziej zadłużonych gospodarek świata. Natomiast możliwe jest, że spróbują wykorzystać konflikt na Półwyspie Koreańskim na swoją korzyść ? obiecując np. odmówienie poparcia Phenianiu w zamian za wolną rękę w sprawie Tajwanu. Kto wie zresztą, czy groźne ruchy Koreańczyków z Północy nie są inspirowane przez Chiny i Rosję, przede wszystkim po to, aby ?sprawdzić? reakcję Ameryki.

(...)

Czytany 3080 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.