×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 62.
czwartek, 29 wrzesień 2011 20:26

Od Redakcji

Napisane przez

Są pytania, których nikt nie zadaje. Być może ze strachu, być może z wyrozumiałości, a może dlatego, że prowadzą do niewygodnych odpowiedzi. Na przykład: na jaką kwotę zadłużyła swoich obywateli III RP? Ktoś niedawno wyliczył, że biorąc pod uwagę wszystkie zaciągnięte kredyty i ukryte deficyty, każdy obywatel naszego wspaniałego kraju, z niemowlętami i starcami włącznie, zadłużony jest na jakieś osiemdziesiąt tysięcy złotych. Osiemdziesiąt tysięcy – mój Boże, to spora suma. Ile to dniówek trzeba wyrobić, ile średnich krajowych uciułać, żeby ją zebrać. A przecież jeszcze jeść coś trzeba i ubrać się, i mieszkać gdzieś. W takiej sytuacji trudno oczekiwać, że dług ten kiedykolwiek zostanie spłacony, a co się dzieje z dłużnikami, którzy nie czynią swej powinności, o tym wiemy z filmu pod tytułem – nomen omen – Dług. Film jest dość ponurym, choć z pewnego punktu widzenia puenta podsuwa jakieś w miarę optymistyczne rozwiązanie. Zawsze można zastosować wobec tych, którzy nas w ów dług wkręcili, nieco bardziej drastyczne metody niż te, które oferuje poczciwa demokracja.

 

No dobrze, wiemy już, że jesteśmy potwornie zadłużeni. No to zadajmy kolejne pytanie: u kogo? Kto jest naszym wierzycielem? Oto jedna z fundamentalnych kwestii, której nie są w stanie rozgryźć dzisiejsi mędrcy albo robią wszystko, byle jej nie tknąć, zajmując się pobocznymi sporami. Wiadomo, że wszystkie kraje mają jakieś długi, mniejsze bądź większe, wiadomo, że również organizacje międzynarodowe i wielkie korporacje są zadłużone. Kto im w takim razie pożycza pieniądz i skąd je ma? Komu to wszystko będziemy zwracać po wieki wieków? Wiele hipotez przychodzi do głowy, a jedna mniej poprawna politycznie od drugiej, włącznie z taką, że być może nie ma żadnego długu, że to wszystko jedynie fikcja tłoczona ludziom do głów, aby utrzymać ich w stanie trwałego niepokoju – coś jak historie o permanentnej wojnie z Roku 1984 Orwella. Kto wie? Na razie jeszcze nikt nie powiedział „sprawdzam”, ale jeśli w końcu powie, być może jedynym rozwiązaniem będzie kolejna wojna, która pozamiata ten bałagan.

No dobrze, skończmy z tymi pytaniami, od których boli głowa. W kraju wszak zakończyła się kampania wyborcza, która dostarczyła wszystkim widzom odpowiedniej dawki igrzysk – bo chleb już sobie sami będą musieli kupić. W trakcie owej kampanii oczywiście nikt żadnych niewygodnych pytań nie zadawał i pod tym względem była ona całkowicie przewidywalna. Jest również łatwe do przewidzenia, że niezależnie od wyniku wyborów, pytania te pozostaną nadal pod ścisłą ochroną, podobnie jak odpowiedzi, których poznanie mogłoby spowodować, że biedne masy, zamiast niczym pokorne stado człapać do urn, przynajmniej uniosłyby się honorem i odmówiły udziału w poniżającym show. Ale na to liczyć nie ma sensu, zresztą nie oszukujmy się – masy jakie są, każdy widzi, a ich psychologia jest nieskomplikowana, jak konstrukcja ciupagi. Masy mają więc inne problemy, umiejętnie podsuwane im przez przemysł rozrywkowy, którymi karmią się również ich etatowi obrońcy z lewa i z prawa, emocjonujący się rozmaitymi błahostkami w rodzaju niepochlebnych opinii o narodzie wybranym wyrażanych na internetowych forach czy obecności w TVP jakiegoś pajaca, którego idolem jest diabeł Boruta. Ach, żebyśmy tylko takie „estetyczne” zmartwienia mieli. To dopiero byłoby życie. Niestety, brutalna rzeczywistość coraz głośniej puka do naszych drzwi. I wszyscy o tym wiemy, wszyscy to doskonale słyszymy, tylko nikt nie kwapi się otwierać. Być może dlatego, że klucz został z drugiej strony.

Czytany 2143 razy

Więcej w tej kategorii: Widmo rewolucji »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.