wtorek, 01 marzec 2011 02:50

Tyrania

Napisane przez

Jesteśmy bez przerwy przekonywani do tego, że żyjemy w demokratycznym raju, gdzie wolność słowa jest podstawowym prawem człowieka. Nic bardziej mylnego. Polska jest krajem, gdzie wolność słowa jest systematycznie ograniczana nie tylko przez „demokratycznych” polityków, ale pełzający totalitaryzm poprawności politycznej. Z politykami można jeszcze wygrać. Trudniej jest odnieść sukces w walce z kagańcem poprawności politycznej, który zamyka się na naszych ustach. Przykładem tego jest ostatni pozew skierowany przeciwko Tomaszowi Terlikowskiemu.

 

W Polsce ograniczanie wolności słowa odbywa się na dwóch płaszczyznach. Ta bardziej niebezpieczna forma kneblowania ust jest wielkim problemem w krajach zachodniej Europy i USA, i w coraz większym stopniu dotyczy naszego kraju. Dziś w Polsce mamy do czynienia z rugowaniem z publicznej przestrzeni publicystów mających konserwatywne poglądy. „Liberalna” partia, która od czterech lat sprawuje rząd nad duszami Polaków, w bezwzględny sposób wycięła z mediów publicznych wszystkich krytykujących ją żurnalistów.

Tyrania większości

Rafał Ziemkiewicz napisał niedawno, że w PO może dojść do zmiany władzy podobnej do tej, jaka miała miejsce w PZPR. Partia wyśle Tuska ze względu na zły stan zdrowia na jakąś zagraniczną synekurę, przyzna się do błędów i wypaczeń, obieca, że teraz będzie już rządzić dobrze, i może nawet wpuści z powrotem paru oszołomów do mediów. Ale przede wszystkim urządzi histerię, że trzeba się wokół niej zjednoczyć, wszystkie siły „odpowiedzialne”, wszystkie odkurzone „autorytety” i „fachowców”, byle tylko powstrzymać zagrożenie radykalizmem – pisze Ziemkiewicz. Warto zwrócić uwagę na fragment, gdzie publicysta pisze o wpuszczeniu paru oszołomów do mediów. To jedno zdanie, niestety, w idealny sposób opisuje to, jak wygląda wolność słowa w Polsce na płaszczyźnie dostępu do publicznych mediów inaczej myślących niż elity III RP. Doświadczenie uczy nas, że nawet podstawowe prawo człowieka, jakim jest wolność do wyrażania w nieskrępowany sposób własnych poglądów, jest w Polsce upartyjniona. Oczywiście, w innych krajach tzw. zachodniej cywilizacji politycy próbują zrobić wszystko, by ograniczyć swobodę wypowiedzi swoich ideologicznych oponentów, jednak tam przynajmniej ustalono pewne granice, poza które polityk nie wychodzi. Dobrym tego przykładem są, podobne w pewnych patologicznych względach do naszego kraju, Włochy, gdzie politycy podzielili się kanałami w państwowej telewizji w taki sposób, że każdy jest przypisany do danej partii politycznej. Taki model jest może i bezczelnym zawłaszczeniem mediów przez polityków, ale przynajmniej jest uczciwy. W Polsce niemal wszyscy żurnaliści pracujący w państwowych mediach przyznają, że są apolityczni i obiektywni. Politycy również nie przyznają się do pacyfikacji żurnalistów za ich odmienne od rządzącej ekipy poglądy. Jednak to wszystko jest mydleniem oczu. Politycy wszystkich opcji naciskają na dziennikarzy i ingerują w ich materiały. Tak będzie, dopóki istnieć będą „publiczne” media. Problem w tym, że nie zawsze dziennikarze przeciwko temu protestują.

Większości żurnalistów na całym świecie ma poglądy lewicowo-liberalne. W Polsce dochodzi do tego jeszcze stosunek dziennikarzy do PRL-u, który był budowany przez „nauczycieli i mistrzów” wielu obecnych gwiazd ekranu i piór (patrz: fantasta Kapuściński). Na dodatek na poglądy i postawy wielu dziennikarzy wpłynął wieloletni reżim środowiska „Gazety Wyborczej”, które przez 15 lat sprawowało rząd na duszami Polaków. Co prawda, dziś nawet Adam Michnik jest już tylko „wrzeszczącym staruszkiem”, który nie potrafi nawet wyrzucić ze swojej gazety Artura Domosławskiego, który zburzył mit Ryszarda Kapuścińskiego. Jednak duch michnikowszczyzny wciąż jest obecny w ludziach chcących zrobić karierę w mainstreamowych mediach. Widać to na przykładzie ich stosunku do PiS i PO. Trudno zapomnieć furiackie protesty środowiska dziennikarskiego przeciwko naciskom, do jakich rzekomo miało dochodzić w latach 2005-07. Dziś nikt z tych zatroskanych o wolność słowa „bojowników” już nie protestuje, gdy władza zrzuca z ramówki nawet programy podróżnicze i muzyczne Wojciecha Cejrowskiego. Ci sami dziennikarze, którzy nie widzieli nic złego w dawaniu przed wyborami na okładce jednego z tygodników hasła Tusku musisz! i Bronku do boju dziś rozdzierają szaty nad „upolitycznionymi” programami Jana Pospieszalskiego, którego, o ironio, w obronę ostatnio wzięli nawet tacy „prawicowi faszyści” jak prof. Hartman czy prof. Sadurski. Niewielu dziś chce zresztą pamiętać, że to właśnie w „pisowskiej” telewizji swoje miejsce miał zarówno program Pospieszalskiego, jak i Tomasza Lisa. W telewizji platformerskiej brakuje miejsca nawet dla podróżnika z różańcem w ręku.

(...)

Czytany 2706 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.