środa, 31 sierpień 2011 19:21

Traktat za zamkniętymi drzwiami 20 lat później

Napisał

Minęło 20 lat, odkąd traktat pomiędzy Polską a Niemcami o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy wraz z traktatem granicznym stał się prawnym i politycznym faktem. To już odpowiedni dystans czasowy, wzbogacony doświadczeniami płynącymi z praktycznej realizacji, by można było obiektywnie ocenić jego skutki na całokształt relacji polsko-niemieckich.

Utajniony traktat

W czasie kiedy decydowały się strategiczne interesy polskiej racji stanu, mające wieloletnie konsekwencje, posłowie wyczerpanego moralnie Sejmu kontraktowego bardziej myśleli o zbliżających się w pełni demokratycznych wyborach niż o ocenie treści traktatu. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że gdyby nawet większość posłów chciała, to nie mogła być do dyskusji dobrze przygotowana, gdyż Ministerstwo Spraw Zagranicznych otoczyło treść traktatu dziwną tajemnicą. W czasie, gdy pełna treść traktatu była oficjalnie dyskutowana w niemieckim Bundestagu i w niemieckich środkach masowej informacji, posłowie Komisji Spraw Zagranicznych mieli dostęp tylko do jednego egzemplarza projektu traktatu przed jego podpisaniem przez oba rządy.

A trzeba mieć świadomość, że zapisy każdej umowy międzypaństwowej o takiej randze, jak traktat, można poprawiać i zmieniać tylko na etapie negocjacji.

Taką szansę mieli niemieccy parlamentarzyści, polscy już nie. Polscy posłowie mogli tylko w całości poprzeć ustawę o ratyfikacji traktatu albo też w całości ją odrzucić. Bez przesady można stwierdzić, że tak istotna umowa pomiędzy odwiecznymi sąsiadami, Polską i Niemcami, była obarczona ułomnością poufności nie tylko wobec polskiego społeczeństwa, ale i polskiego Sejmu i Senatu. Może właśnie dlatego do dnia dzisiejszego dyskusja o stosunkach polsko-niemieckich, zamiast kierować się pragmatyzmem i koncentrować na sprawach najważniejszych, budzi się od czasu do czasu i emocjonalnie reaguje w odpowiedzi na bieżące wydarzenia w rodzaju prowokacji Eriki Steinbach. Wcale to nie znaczy, że owe prowokacje mamy kwitować wstydliwym milczeniem, ale najwyższa pora, by zacząć rozumieć, jakie kwestie w stosunkach polsko-niemieckich są najważniejsze. Niestety, rozwiązanie niektórych z nich nie posunęło się nawet o jotę, a są zupełnie nieznane polskiej opinii publicznej. Warto więc sięgnąć do źródeł polskich kłopotów w relacjach z naszym zachodnim sąsiadem.

Ryzykowne zapisy traktatu

Podczas dyskusji w Sejmie kontraktowym nad ratyfikacją traktatu zarówno ze strony rządowej, jak i większości posłów, dominował pełny optymizm, a posłowie Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego wręcz entuzjastycznie, jako epokowe, wielce dla Polski korzystne, uznali wszystkie zapisy traktatu. Była jednak spora grupa posłów PSL, część chrześcijańskiej demokracji z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP), PAX-u i SD, a nawet pojedynczych posłów z Lewicy Demokratycznej, która zgłaszała zasadnicze wątpliwości i krytyczne uwagi do niektórych zapisów zawartych w traktacie. Piszący te słowa, dwukrotnie występując w imieniu klubu parlamentarnego PSL, w debacie nad traktatem zwracał uwagę na kwestie prawne i polityczne, które traktat omijał lub przedstawiał je niezgodnie z polskimi interesami. Obok innych palących kwestii, jak choćby kompromitująca rząd polski rezygnacja z ubiegania się o reparacje wojenne od Niemiec czy odszkodowań cywilnych dla polskich ofiar niemieckich zbrodni i prześladowań, zwróciłem szczególną uwagę na to, że pomimo podpisania przez stronę niemiecką obu traktatów, w rażącej wobec nich sprzeczności pozostają art.16 i art. 116 Konstytucji Republiki Federalnej Niemiec. Chodziło o to, że w kwestiach dotyczących obywatelstwa niemieckiego na podstawie owych przepisów konstytucyjnych orzecznictwo sądów niemieckich przyjmowało fikcję prawną istnienia Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 roku. Profesorowie Alfons Klafkowski i Lech Janicki wyraźnie takie praktyki definiowali jako agresję prawną wobec Polski. W trakcie dyskusji posłowie postulowali, by w uchwale Sejmu dotyczącej traktatu znalazł się zapis zobowiązujący stronę niemiecką do usunięcia powyższych artykułów Konstytucji ze względu na ich sprzeczność z treścią traktatów polsko-niemieckich, tj. zarówno z treścią tzw. małego traktatu, uznającego istniejącą granicę pomiędzy Polską a Niemcami, jak i tzw. dużego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy oraz konwencją wiedeńską z 1969 roku o umowach międzynarodowych, która wyraźnie stwierdza, że prawo wewnętrzne układających się stron nie może być sprzeczne z treścią tych umów.

Niestety, większość Wysokiej Izby po pokrętnych wyjaśnieniach strony rządowej odrzuciła tę poprawkę. Po latach niemiecki parlament zlikwidował art. 16 i zmodyfikował art. 116 Konstytucji. Jednakże do dnia dzisiejszego obowiązują takie postanowienia art. 116 Konstytucji, na podstawie których wszyscy ci, którzy urodzili się na terenach Polski należących do Niemiec w granicach do 1937 roku, a obecnie powołują się na niemieckie pochodzenie, obok polskiego mogą uzyskać drugie obywatelstwo ? niemieckie. Swoją drogą, samo istnienie nawet w okrojonej formie art. 116 Konstytucji RFN musi budzić obawę co do intencji naszych niemieckich partnerów i nie jest wykluczone, że może być kiedyś wykorzystane jako przysłowiowa furtka prawna do podważenia ostateczności polskiej granicy z Niemcami. Jest tak, pomimo że zwycięskie mocarstwa koalicji antyhitlerowskiej ? USA, Rosja, Wielka Brytania i Francja ? za zgodą Niemiec i Polski na Konferencji 2+4 w 1990 roku potwierdziły ostateczny charakter granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Kiedy dziś ze zgrozą część naszego społeczeństwa obserwuje, jak przed polskimi sądami późni niemieccy przesiedleńcy odzyskują swoją dawną własność kosztem obecnych polskich właścicieli, winniśmy sobie uzmysłowić, że również w tej, tak fundamentalnej sprawie niemiecka strona przechytrzyła polskich negocjatorów traktatu lub, jak kto woli, polska strona nie potrafiła od strony niemieckiej wyegzekwować rezygnacji z doktryny prawnej, która nie uznaje zmian własnościowych na terenach przyznanych Polsce mocą układu poczdamskiego z sierpnia 1945 roku.

Pułapki w listach intencyjnych

Traktatowi, jako jego integralna część, towarzyszyły listy intencyjne ministrów spraw zagranicznych. List intencyjny federalnego ministra Niemiec Hansa Dietricha Genschera zawierał pułapkę, mieszczącą się w stwierdzeniu, że traktat nie zajmuje się sprawami majątkowymi. Tym samym pozostawiono stronie niemieckiej swobodę interpretacyjną kwestii zmian własnościowych na ternach przejętych przez Polskę od Niemiec po drugiej wojnie światowej. Podczas debaty nad traktatem w Sejmie kontraktowym posłowie pytali o ten problem przedstawicieli polskiego rządu, ci zaś twierdzili, że list intencyjny niemieckiego ministra nie podejmuje spraw własnościowych byłych niemieckich właścicieli, tym samym potwierdzali, że strona niemiecka takich roszczeń nie ma. Ciśnie się na usta pytanie, jak to się mogło stać, że polska strona rządowa nie miała elementarnej wiedzy, iż niemieckie prawo wewnętrzne wyraźnie kwestionuje zmiany własnościowe na polskich ziemiach zachodnich i północnych oraz w czeskich Sudetach, uważa je za nielegalne i oczekuje odszkodowań dla byłych niemieckich właścicieli i ich spadkobierców. Niestety tę groźną dla interesów polskich właścicieli i użytkowników niemiecką doktrynę prawną potwierdzają orzeczenia niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, wydane po zawarciu i ratyfikacji obu traktatów z Polską.

Z perspektywy lat uderza jeden znamienny fakt: otóż, by nie niepokoić przedwcześnie polskiej strony w trakcie debaty nad traktatem w niemieckim Bundestagu i Bundesracie, nawet deputowani nastawieni najbardziej krytycznie wobec traktatu, a zwłaszcza zgody strony rządowej na granicę z Polską na Odrze i Nysie Łużyckiej, nie podnosili wtedy indywidualnych roszczeń majątkowych. Można zatem domniemywać, że ta problematyka była dyskretnie koordynowana przez stronę rządową z najbardziej skrajną opozycją. W innym wypadku polska opinia publiczna łatwiej by mogła rozszyfrować ukryte treści listu intencyjnego H.D. Genschera. Poniekąd po wielu latach kanclerz federalny Gerhard Schröder na zjeździe ?wypędzonych? ujawnił niemiecką taktykę usypiania strony polskiej, kiedy apelował, by ?wypędzeni? nie atakowali ostro Polski, by nie zgłaszali natarczywie roszczeń, bo i tak Polacy sami pchają się w zastawione sidła.

(...)

Czytany 2519 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.