środa, 31 sierpień 2011 19:52

Młodzieży chowanie

Napisał

Próby wprowadzenia obowiązku szkolnego dla dzieci od lat sześciu są kolejnym działaniem mającym na celu sparaliżowanie wszelkiej opozycji. Pozornie wydaje się, że obowiązek szkolny, taki czy inny, nie ma nic wspólnego z aktualną rozgrywką na arenie politycznej. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.

 

Od czasów najdawniejszych wiadomo, że najbardziej buntowniczym środowiskiem jest młodzież. I to przede wszystkim ta starsza, mająca za sobą już szkoły, studia i rozpoczynająca walkę o swoją pozycję w środowisku, społeczeństwie i w państwie. Na ogół w tym wieku zakłada ona rodziny i rodzą się w niej dzieci. Polska tradycja, kultura i natura każe rodzicom kochać te dzieci i wszystko zrobić na rzecz ich najbardziej szczęśliwej przyszłości. Opieka nad nimi dziadków, dalszej i bliższej rodziny pomaga w ich utrzymaniu i wychowaniu. Potem coraz bardziej wiodącą rolę przejmuje szkoła. Lewicowa teoria wychowania mówi zaś, że do rodziców należy tylko urodzenie dziecka. Od tego momentu staje się ono własnością państwa i prawa, które z całą konsekwencją realizuje swój program wychowawczy. Czyli ma być jak najmniej rodziny, a jak najwięcej państwa. To w skrócie ta sama teoria, która była tak porywająca i atrakcyjna w faszystowskich Niemczech oraz w komunistycznym systemie ZSRR. Teraz, lekko zmodyfikowana, podana w nowym opakowaniu, ma służyć nadal tym samym celom.

Bliska szkoła

Jak daleko odbiegamy od wszelkich cywilizowanych form nauczania, świadczy krótka historia szkoły. Pierwsze z nich były tworzone jako ośrodki przyparafialne, katedralne i uniwersyteckie. Ten trzystopniowy model utrzymał się od średniowiecza aż po dzień dzisiejszy. Próby jego zrewolucjonizowania nie powiodły się, choć do dzisiaj z nich nie zrezygnowano. Szkoła przyparafialna nie tylko nauczała elementarnej wiedzy, ale znajdowała się też blisko miejsca zamieszkania. Jeżeli parafia była duża, to tworzono kościoły filialne, a przy nich pierwsze klasy nauczania. Istotą i celem tego systemu była samodzielność ucznia od początku do końca formalnego systemu kształcenia. Powodowało to, że najmłodszy z uczniów mógł samodzielnie przyjść do szkoły na oznaczoną godzinę i wrócić do domu po skończonych lekcjach. Tak było zarówno w mieście, jak i na wsi. Szkołę widać było na ogół z okna mieszkania. Rodzice o każdej porze mogli przyjść do szkoły, rozmawiać z nauczycielami i w razie konieczności odebrać dziecko bez żadnych kłopotów. Było to tym bardziej ułatwione, że już pierwszoklasista, mając na ogół skończone siedem lat, był zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym przygotowany do tego rodzaju wysiłku. Dawniej pierwszoklasiści nosili najwyżej dwie ksiązki. Był to sławny elementarz Falskiego i książka do matematyki oraz, odpowiednio, po jednym zeszycie. Wszystko to razem ważyło około jednego kilograma. Każdy z malców sam mógł ten ciężar donieść i przynieść ze szkoły.

Daleka szkoła

Wydawało się, że w najbardziej ponurych czasach PRL stary system był jeszcze tolerowany, a nawet wspierany. Symbolem tego była sławna akcja ?Tysiąc szkół na tysiąclecie państwa polskiego?. Jej celem było, aby szkoła znalazła się jak najbliżej ucznia. Jest faktem, że program ten, opłacany ze składek całego społeczeństwa, wywoływał najmniej uwag krytycznych.

Po 1970 roku władze zaczęły podejmować kroki ograniczające dostęp do wiedzy, która jej zdaniem wzmacniała tylko opozycje polityczną. W tej sytuacji ?tysiąclatki? stały się zawadą. Podjęto akcje pod nazwą ?szkoły zbiorcze?. Argumentem miał być wyższy poziom nauczania w szkołach większych i mających pod tym względem doświadczenie. Dzieci do szkoły miały być dowożone autobusami na koszt państwa. Założenie to było realizowane opornie i z wielkimi trudnościami. Najwięcej straciła na tym wieś, gdzie dzieci musiały pokonywać kilkukilometrową odległość tam i z powrotem w ciągu jednego dnia. Zimą było to uciążliwe, szczególnie podczas dużych mrozów i zasp śnieżnych. Rezultat był taki, że całymi tygodniami odległa od szkoły młodzież z przyczyn naturalnych nie brała udziału w lekcjach.

Teraz takim samym argumentem za likwidacją szkół jest ich brak dochodowości i w ogóle ekonomiczne warunki ich istnienia. Powoduje to kolejną falę koncentracji nauczania nawet na najniższym szczeblu. Ponieważ szkół jest mało, a mają być one efektywnie zarządzane, więc cykl nauczania trwa prawie przez całą dobę. Oto najmłodsze dzieci nie tylko muszą chodzić tak jak dorośli, na godzinę siódmą trzydzieści do szkoły, ale jeszcze muszą iść do niej wiele kilometrów, i to zarówno na wsi, jak i w mieście. W zimie jest to jeszcze ciemna noc. Nie mówiąc już o tym, że teraz w pierwszej klasie tornister z książkami waży ponad dziesięć kilo i nie każde dziecko może go bez szwanku nosić. W rezultacie rodzice, w trosce o bezpieczeństwo swoich pociech, zmuszeni są przynajmniej przez pierwszy rok odprowadzać dziecko do szkoły. To, że nie zawsze ze względów rodzinnych i zawodowych mogą osobiście to czynić, nikogo nie interesuje. Na ogół zmuszeni są oni do wynajmowania kogoś, kto za nich to rozrobi. Po takiej wędrówce od szóstej rano do późnego popołudnia dziecko, wracając do domu, nie ma na nic siły poza ułożeniem się do snu.

Cały ten proces negatywnie wpływa na odżywianie się dzieci, Z rana w wielkim pośpiechu na ogół nie jedzą one śniadania. Pierwszy ich posiłek to kupiony w szkolnym kiosku batonik, a potem dopiero obiadokolacja w domu. W tym systemie na odrabianie lekcji domowych nikt nie ma ani czasu, ani ochoty. Wysokie wymagania szkolne stwarzają sytuację, w której uczeń nie może podołać wymaganiom nauczyciela. Stwarza to nie tylko sytuacje stresowe, ale przede wszystkim niechęć, a nawet nienawiść do wszelkiej nauki. W ten sposób szkoła tworzy wtórnych analfabetów mimo swoich szczytnych celów, programów i metod.

(...)

Czytany 2161 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.