niedziela, 29 styczeń 2012 20:36

Sztuka lewicy, czyli recykling idei

Napisane przez

Przypatrując się wszelkim ruchom lewicowym, począwszy od XIX wieku do dzisiaj, można z całą pewnością stwierdzić, że zwolennicy ideologii lewicowej dzielą się na dwie grupy: na tych, którzy wierzą w wyznawane ideały, oraz na cwaniaków i oszustów, którzy wiedzą, że realizacja lewicowych poglądów będzie dla nich znaczyła dostatnie i wygodne życie. Sfera delikatnego splotu mecenatu państwa i świata sztuki jest doskonałym exemplum obrazującym ten schemat.

 

By wykazać hipokryzję tkwiącą w deklaracjach lewicy, nie trzeba robić teoretycznych fikołków i uzasadnień, wystarczy prześledzić ideowe deklaracje zawarte w manifestach lewicy (które są nad wyraz chętnie pisane i stanowią taran do skarbca państwowej kasy), a następnie realizację tych założeń.

Sztuka dojenia państwa

Kuźnią myśli lewicowej jest dziś niewątpliwie środowisko skupione wokół ?Krytyki Politycznej?. Ten inkubator myśli lewicowej skupionej wokół niespełnionego socjologa Sławomira Sierakowskiego może służyć wręcz za namacalny dowód lewicowej hipokryzji w życiu społecznym. W Deklaracji Ideowej ?Krytyki Politycznej? ? pisanej w leninowskim stylu, gdzie stawiane są pytania, na które mentorzy myśli lewicowej sami odpowiadają ? znajdziemy rozdział poświęcony kulturze w społeczeństwie. Dowiadujemy się z niego, że dla lewicy naturalną postawą są zabiegi mające służyć do budowy lepszego świata, dlatego też zainteresowanie kulturą ma szczególne znaczenie, intuicja artystyczna pozwalająca pomyśleć inny świat stanowi bowiem niezbędne wsparcie poznawcze dla lewicy. Głównym celem sztuki zaangażowanej ma być zwrócenie świata sztuki w stronę ludzi wykluczonych, bezrobotnych, żyjących w ubóstwie, tych, którzy są zwykle niewidzialni i pomijani w kapitalistycznym świecie. Czyli, wedle teoretycznych założeń, sztuka lewicowa tworzona jest dla określonej widowni i ma na celu wyjaśnianie jej niezrozumiałego świata, w którym, ze względu na kapitalizm, nie może w pełni uczestniczyć. Sławomir Sierakowski mówi wprost, że intuicja artysty i wiedza płynąca z dokonań ludzi kultury stanowią dla wykluczonych nadzieję, pozwalająca pomyśleć inny, lepszy świat, ma być w szaleństwie kapitalizmu opętanego władzą pieniądza rezerwuarem nadziei, przedsionkiem raju, czymś, za czym tęsknią rzesze wykluczonych z życia społecznego.

Jak zatem zrealizować tak ambitny plan edukacji społecznej? Oczywiście lewica w dziedzinie relacji między kulturą a państwem opowiada się za daleko idącym wkładem tego ostatniego w finansowanie kultury. Krótko mówiąc, ludzie wykluczeni, ze składek pobieranych od nich w formie podatków, mają wesprzeć ludzi kultury, którzy pokażą im, jaka może być prawdziwa sztuka, za którą tęsknią i ? chociaż tego nie wiedzą ? jej pożądają. Grupa decydująca o kształcie sztuki proponowanej wykluczonym jest więc uprzywilejowaną kastą społeczną, która ma lewicowy ponadprzeciętny zmysł pozwalający odgadnąć ukryte pragnienia wykluczonego proletariatu.

Tyle mówi teoria, która już jest wysoce podejrzana, gdyż ociera się o formę gnozy, czyli istnienia kasty ludzi, którzy posiedli wiedzę tajemną, zakrytą przed ogółem. Ale taka wiedza tajemna ma swoją cenę, nikt nie będzie się nią dzielił za darmo. Tą ceną jest mecenat państwa, które, wedle lewicy, ma wręcz obowiązek wspierania finansowego lewicowej sztuki zaangażowanej, gdyż, jak czytamy w manifeście ideowym: lewicowe inicjatywy wysokoartystyczne, nie mają szans przetrwać wolnorynkowej konkurencji. Na pytanie zrzędliwych żurnalistów o to, dlaczego mamy zmuszać ludzi, by płacili za sztukę, której nie chcą, lewicowi cwaniacy kiwają głowami z niedowierzaniem, że pytający nie potrafi zrozumieć prostego mechanizmu: podatnicy mają nieuświadomione potrzeby, dlatego za ich pieniądze należy im uświadomić, czego naprawdę pragną w sferze sztuki.

Od ogólników przejdźmy do konkretów. O jaką sztukę chodzi właściwie lewicowym propagandzistom? Oczywiście o sztukę zaangażowaną, której teoretykiem i bojownikiem wyróżnianym przez środowiska lewicowej jest Artur Żmijewski, redaktor artystyczny ?Krytyki Politycznej?. Warto więc na jego przykładzie przyjrzeć się, na co lewicowi aktywiści chcieliby wydać pieniądze biednych i wykluczonych.

Mengele dla wykluczonych

Jaką formę sztuki prezentuje zatem wykluczonym Artur Żmijewski? Przeglądając propozycje artystyczne redaktora artystycznego ?Krytyki Politycznej?, ma się wrażenie, że Żmijewski czerpie przyjemność z poszukiwaniu sadyzmu w sztuce. Trudno uwierzyć w pozorne hasła emancypacji i pomocy wykluczonym przez jego sztukę. Obserwując kolejne akcje artystyczne Żmijewskiego, ma się raczej wrażenie uczestniczenia w jakiejś neurotycznej perwersji, w czerpaniu satysfakcji z obserwowania innych postawionych w niezręcznej i bardzo kłopotliwej sytuacji. Czy wykluczeni, bezrobotni, stojący na obrzeżu społeczeństwa, za resztki swych pieniędzy pobieranych od nich przez państwo w formie podatku chcą sponsorować sztukę, która ukazuje, jak kalecy próbują chodzić, głuchoniemi śpiewać w chórze, żołnierze ćwiczą musztrę nago, dotknięty chorobą utraty pamięci więzień obozu Auschwitz poddawany jest na nowo tatuowaniu numeru z obozu na przedramieniu, nadzy statyści zaś kpiarsko bawią się w berka w komorach śmierci?

Żmijewski, czerpiąc perwersyjne upodobanie w poniżaniu ludzi, dorabia do tego ogromny kapitał symboliczny, próbuje na siłę przekonywać mecenatów do sponsorowania jego niewydarzonych pomysłów, wszystko to oczywiście w rzekomej trosce o wykluczonych. Żmijewski nie jest tylko i wyłącznie pasożytem, ale także szkodnikiem życia artystycznego, jest artystycznym doktorem Mengele, który za pomocą sztuki stara się robić eksperymenty na żywym organizmie odbiorców sztuki.

Proponowana w ten sposób forma sztuki nie jest na pewno sztuką dla wykluczonych, lecz raczej luksusem Żmijewskiego, produkowanym w celu zyskania poklasku lewicowych autorytetów, salonowych intelektualistów i ?młodych wykształconych w wielkich miast?. Ta forma sztuki nie ma najmniejszych szans dotarcia do ludzi biednych i znajdujących się na marginesie społeczeństwa, gdyż obwarowana jest setkami traktatów wyjaśniających gesty artystyczne, nowe użycie symboli, specyfikę tej formy sztuki. Przez tego rodzaju barykady teoretyczne mało kto się potrafi przedrzeć. Jeżeli bez takiego uzasadnienia zaprezentuje się spektakle Żmijewskiego, pozostanie wyłącznie forma skandalu i perwersji.

Kiedy Żmijewski wystawiał swoją pracę multimedialną zatytułowaną Berek, sprowadzającą się do zabawy w berka, w którego grają nadzy ludzie w komorze gazowej w obozie w Oświęcimiu, cała sprawa została sprytnie wyciszona przez polskie media. Nawet w sympatyzujących z lewicowymi eksperymentami artystycznymi Niemczech potraktowano ten wygłup jako wyjątkowo niesmaczny i makabryczny. W Polsce Żmijewskiego broniła kuratorka wysyłająca go na międzynarodowe festiwale, Anda Rottenberg, polskie środowiska artystyczne wyróżniły go zaś zaszczytnym i prestiżowym stanowiskiem artystycznym: głównego kuratora 7. Berlińskiego Biennale Sztuki Współczesnej. Ciekawe w tej sytuacji staje się pytanie, kto wydał zgodę na wypożyczenie dla idiotyczno-makabrycznych ekscesów artystycznych komory gazowej w obozie koncentracyjnym. Jak mogą się czuć ludzie, którzy stracili w Oświęcimiu najbliższych, teraz zaś są zmuszani, by w formie podatków sponsorowali ?sztukę?, która nakazuje wypożyczonym statystom odprawiać nago harce w miejscu kaźni? Wydaje się nieprawdopodobne, że tego rodzaju idiotyzmy mogą być realizowane za państwowe pieniądze.

(...)

Czytany 2861 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.