niedziela, 29 styczeń 2012 21:24

Lewicowy zawrót (młodej) głowy

Napisane przez

Kolega – filozof – zadał mi – socjologowi – pytanie o źródła pochodzenia lewicowych sympatii wśród młodych ludzi. Jak to się dzieje, że: wydawać by się mogło rozgarnięci młodzi ludzie uważają zupełnie szczerze Lenina za tytana intelektu? Moim zdaniem, po głębszym zastanowieniu i zasięgnięciu języka u studentów, podstawową rolę odgrywają tu młodzieńcze aspiracje do... bycia w awangardzie kulturowej elity.

 

Wiem, wiem, że na pierwszy rzut oka, zwłaszcza ludziom pamiętającym czasy PRL-u, może się to wydać umysłową aberracją i kuriozum, ale tak jest tylko z pozoru. Młodzi ludzie bowiem nie pamiętają tamtych czasów: Kwaśniewski jest dla większości z nich bojownikiem o wolną Polskę, PRL zaś był w gruncie rzeczy zabawną krainą, jak z filmów Barei, wolną od kapitalistycznego wyścigu szczurów, gdzie życie płynęło miło i gładko.

Lenin na salonach

Młodzi ludzie, z którymi rozmawiałem, oczywiście pism Lenina (na całe szczęście) w rękach nie mieli, jeśli nawet, to tylko ich wąski wybór wydany kilka lat temu przez „Krytykę Polityczną”, trzymany w dłoniach jedynie po to, żeby pokazać wokół, że są „na fali”, a nie powodowani intelektualną ciekawością – trudno dziś zresztą czytać te nonsensy bez mieszaniny niesmaku, rozbawienia, współczucia i strachu. Swoją drogą, ciśnie się na usta pytanie, jak to jest: pisma Hitlera zakazane, Lenina wydawane? Trudno odnaleźć tutaj logikę (co rzecz jasna nie znaczy, że chciałbym, żeby wydawano bełkotliwe kretyństwa Hitlera). Co do Lenina, ludzie go wydający są albo idiotami – w co wątpię, albo skończonymi karierowiczami, robiącymi młodym, naiwnym ludziom wodę z mózgu, przy okazji budując sobie w ich oczach pozycję intelektualnych autorytetów.

Lewicowe przekonania są dzisiaj znakiem obycia, otwarcia na nowe intelektualne prądy, „światowości”. Myślenie w trybie lewicowym wydaje się dzisiaj młodym ludziom aspirującym do bycia elitą czymś oczywistym i naturalnym. To język lewicy stanowi normę, centrum, niekwestionowany wzór. To on jest synonimem rozsądku i umiaru. „Gazeta Wyborcza” będąca dla tych młodych ludzi wyrocznią i dawcą obyczajów, nie różniąc się niczym w swej linii od zachodnich pism lewicowych w rodzaju „The Guardian” czy „The New York Times”, ze zdumiewającym uporem podtrzymuje wśród nich przekonanie o swej całkowitej „przejrzystości”, neutralności światopoglądowej, zajmowaniu pozycji centrowej, tym samym imputując ideologiczne „zboczenie” wszystkim swoim polemistom. Głos jednego z moich rozmówców: Głośne przyznanie się do nieczytania „Polityki” jest towarzysko dyskwalifikujące. Stąd już tylko krok do klasyfikowania jako półgłówków, a nierzadko niebezpiecznych wariatów, czytelników wyważonej prasy o prawicowej orientacji w rodzaju „Uważam Rze”. Obłęd.

Wiedza, na ten temat (oczywistego ukazywania świata społecznego poprzez ideologiczne klisze) jest nadal zastraszająco skąpa, co ułatwia podtrzymywanie obrazu lewicowej ideologii – jej europejskości, normalności, harmonijnej współpracy z zachodnimi trendami umysłowymi. Zwraca na to uwagę (w odniesieniu do Zachodu) Roger Scruton w „Intelektualistach nowej lewicy”, gdzie na przykładach kilku lewicujących myślicieli pokazuje niebezpieczeństwa takiego zakłamywania rzeczywistości. Jego zdaniem lewicowy radykalizm wkrada się obecnie do sfery publicznej „anonimowo”, proces ten ułatwia zakładanie masek – nie ma już mowy o rewolucji, ortodoksyjnym mówieniu o sprawiedliwości społecznej, skrajnej niechęci do kapitalizmu pod każdą postacią, w to miejsce dostajemy za to próby totalnej przebudowy społeczeństwa, bez oglądania się na „ciemną” większość.

Farsowa rewolucja

Marks powiedział kiedyś, że historia lubi się powtarzać, najpierw jako tragedia, następnie jako farsa. O ile więc rewolucję bolszewicką można i należy określić mianem tragedii, o tyle rewolucję obyczajową pokolenia ‘68 śmiało można uznać za farsę. To właśnie wtedy znudzeni „pozorną wolnością liberalnej demokracji” studenci (bo o rewolucyjnym potencjale proletariatu nikt na lewicy już nawet nie wspomina) dojrzewają do specyficznej, uniwersyteckiej mutacji marksizmu, który w zespoleniu z „marksizującą psychoanalizą” (czymkolwiek to jest) Fromma czy Marcusego obiecuje młodym ludziom absolutne wyzwolenie: od opresyjnej, konserwatywnej, mieszczańskiej kultury ku swobodnym związkom międzyludzkim, ku nieskrępowanej seksualności, ku społeczeństwu uwolnionemu od przemocy władzy. Te puste hasła, żenująco przecież infantylne liczmany, są dzisiaj wtłaczane do głów młodym ludziom jako prawdy objawione, a czynione jest to bez emfazy, owe slogany traktowane są jako prawdy tak oczywiste, że niewymagające żadnej dyskusji. Każdy, komu Imagine Johna Lennona wydaje się nie tylko smutne, ale i straszne, jest oczywiście prawicowym oszołomem, a wiara w tę cudowną społeczną wizję jest paszportem do elity, oznaką umysłowej dojrzałości i buntu przeciwko niesprawiedliwości świata.

Nie mówi się niestety głośno, że znakomita większość lewicowej elity pochodziła wtedy, i podobnie dzieje się dziś, z dobrych, dostatnich, mieszczańskich domów. Łatwo robi się rewolucję gdy to, po co inni muszą wspiąć się na palce, u lewicowych nonkonformistów leży na podłodze. Świetną lekturą jest tutaj „Zabawa w komunizm” Bettiny Rohl, gdzie np. guru lewicowej rewolty Daniel Cohn-Bendit bez żenady opowiada o tym, jak to po każdym dniu „robienia rewolucji” wracał do bogatego, mieszczańskiego domu rodziców – reprezentującego przecież najgorszą zgniliznę, przeciwko której skierowane było ostrze rewolucji – na wykwintne, sycące kolacje. A pracę w przedszkolu podjął, bo lubił brać na kolana dzieci..., które czasem miło głaskały go po genitaliach. Śmiać się czy płakać?

(...)

Czytany 2993 razy

Najnowsze od Krzysztof Sztalt

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.