wtorek, 28 luty 2012 01:48

Doktorzy Mengele w akcji

Napisane przez

Jak kiedyś pisałem, mimo że poszedłem zarejestrować się do Urzędu Pracy, to jednak obawiam się pójść do medyka. A to dlatego, żeby mi nie dosolili jakichś z księżyca wziętych kosztów, jakie to niby służba zdrowia ponosi z tego powodu, że ktoś udał się do medyka, a składki za niego nie opłacał ani on sam, ani pracodawca, ani urząd pracy.

 

Dostałem bowiem ze wspomnianego urzędu aż dwa pisma: w jednym napisali, że zostałem zarejestrowany, a w drugim, z późniejszą datą, że zostałem wykreślony spośród osób bezrobotnych. Pozostało mi więc leczenie się w sposób tradycyjny. Jeszcze trochę i w razie choroby zacznę odwiedzać owczarza, żeby mi choroby zamówił, tak jak czynili ludzie sto, dwieście i pięćset lat temu. Nie ma co, w Unii Europejskiej postęp przybiera zastraszające rozmiary! Proponuję, żeby urząd pracy zatrudnił jeszcze więcej nierobów do przekładania kartek z lewej strony na prawą, a z prawej na lewą, dzięki czemu może dostałbym i trzecie pismo, które by mi w końcu coś wyjaśniło. A w dodatku bezrobocie by się zmniejszyło. Ale mniejsza z tym.

Bo tak właściwie to co mi da to, że pójdę do medyka? Oczywiście, że nic. Bo jaki interes ma lekarz albo lekarka w tym, żeby mnie wyleczyć? Naturalnie, że żaden. Pensję dostają niezależnie od tego, czy mnie wyleczą, czy ukatrupią. Odwiedzenie więc medyka niczego nie gwarantuje. A swoją drogą podobno Rzecznik Paw Pacjenta, czy jakaś inna cholera pasąca się za nasze podatki, dostaje mnóstwo skarg od pacjentów, że lekarze są gburowaci, burczą coś sobie pod nochalami i niczego nie można się od nich dowiedzieć o swoim stanie zdrowia. Wiem, że takie przypadki zdarzają się, bo sam się z tym kiedyś spotkałem. Przeglądałem też kiedyś regulamin jednego ze szpitali zbudowanego za ?pieniądze Unii Europejskiej? i wynikało z niego, że lekarz nie ma obowiązku informować pacjenta o jego stanie zdrowia, no chyba że pacjent ma szczęście mieć mniej niż 18 czy 16 lat! A gdzie wybór lekarza, a gdzie prawo do konsultacji z innym lekarzem, a gdzie prawo do wyboru kuracji?! Widać więc, że dla urzędników nasze zdrowie przestało być naszą sprawą. Najgorsze, że nie wiadomo, czy urzędnik z NFZ pozwala takie a takie przypadki leczyć, czy tylko nakazuje zachować pozory leczenia, aby delikwent bez oporów, zbędnego zamieszania, estetycznie, bez krzyków i dramatycznych scen, a przede wszystkim tanio zszedł z tego świata. Zupełnie tak jak w Auschwitz, gdzie stał na bocznicy kolejowej esesman i, nie pytając nikogo o nic, rozdzielał, kto nadaje się do pracy (czyli na kim państwo może jeszcze zarobić), a kogo należy szybko i tanio zabić, bo do pracy się nie nadaje. I aby zachować dużą ?wydajność? w mordowaniu ludzi esesmani stwarzali pozory, że komory gazowe to tylko łaźnie.

A tymczasem ta kreatura, co porasta łojem w fotelu rzecznika praw pacjenta, wymyśliła w swoim skromnym umyśle, że na studiach medycznych trzeba dodać zajęcia, na których przyszli medycy uczyliby się rozmawia z pacjentem! Tak krawiec kraje jak mu materii staje ? mówi przysłowie. Ten cały rzecznik pewnie nie wie, że gdy się przyjdzie z tzw. prywatną wizytą, to lekarze od razu są uśmiechnięci, kompetentni, komunikatywni i nawet w kolejce nie trzeba czekać! Kiedyś złamał mi się ząb. Byłem przyjęty przez dentystkę pewnie godzinę po rozmowie telefonicznej i po kilku, kilkunastu minutach po przyjściu do poczekalni, bez rejestrowania się, bez zaświadczeń, bez bab w okienku, bez patrzenia na mnie jak na kogoś, kto jest intruzem i przeszkadza w pracy. Zapłaciłem oczywiście za wizytę. Ząb trzyma się dzielnie do dziś.

(?)

Czytany 2256 razy
Więcej w tej kategorii: « Nadwiślańska Fukushima Drugi obieg »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.