wtorek, 28 luty 2012 02:22

Ostra węgierska papryczka

Napisał

W Europie znów odradza się faszyzm ? alarmują lewicowo-liberalne media wzdłuż i wszerz Starego Kontynentu. I, o dziwo, nie chodzi tym razem o Polskę i ponowne przejęcie władzy przez Jarosława Kaczyńskiego. Obecnie ognisko tej nigdy niewyeliminowanej choroby zagnieździło się na Węgrzech. Dziś to właśnie tam szerzy się kult jednostki, łamane są podstawowe prawa człowieka i demokratyczne zasady.

 

Viktor Orban ? oto człowiek odpowiedzialny za wszelkie zło panujące na Węgrzech, które lada moment może zagrozić całemu regionowi, a kto wie, może i stabilności projektu europejskiego. Nie Putin ani Łukaszenko czy Janukowycz, tylko węgierski prawicowy premier uznawany jest za największego europejskiego dyktatora. To przez niego gulasz, papryka i tokaj nie smakują tak jak wcześniej, a i czardasz jakiś smętniejszy ? wiadomo, skoro na Węgrzech trwa żałoba po zwycięstwie Fideszu, to i ludziom nie jest ani do śmiechu, ani do tańca. Od samego początku, gdy w maju 2010 roku prawica uzyskała niekwestionowane zwycięstwo w tym kraju i przełamała ośmioletnie rządy postkomunistów Gyurcsány?ego, wiadomo było, że nowemu premierowi nie będzie łatwo zarówno gruntownie zreformować bankrutujący kraj, jak i dogadywać się z europejską lewicą. Nikt jednak chyba nie przewidział, że spotka się on z tak bezceremonialnymi oznakami nienawiści i jawnymi próbami ingerowania w suwerenne decyzje swojego państwa. Cywilizowana Europa po raz kolejny pokazała, w jak głębokim poważaniu ma nie tylko państwa znajdujące się w środkowej części kontynentu, ale też jak wytartymi frazesami są dla niej demokracja i narodowa suwerenność.

Kontrrewolucja w kraju bratanków

Jesteśmy dumni, że nasz pierwszy król, święty Stefan, przed tysiącem lat osadził węgierskie państwo na trwałych fundamentach, a naszą ojczyznę uczynił częścią chrześcijańskiej Europy. Uznajemy kluczową dla podtrzymania naszego narodu rolę chrześcijaństwa ? to słowa preambuły z nowo uchwalonej węgierskiej ustawy zasadniczej. Znalazły się w niej też zapisy przeciwne eutanazji, dotyczące ochrony życia poczętego i obrony małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, a także wprowadzające karę dożywotniego więzienia bez szansy na zwolnienie warunkowe. Świetna konstytucja, godna pozazdroszczenia, tym bardziej że wprowadzona w życie w ciężkich dla Węgrów czasach, jak i w okresie całkowitej dominacji lewicowo-liberalnej ideologii. Wszyscy, którzy uznają chrześcijaństwo za podstawę naszej cywilizacji, którym bliskie są wartości konserwatywne i narodowe mogliby się pod nią podpisać obiema rękami (za wyjątkiem dołączonej do niej Karty Praw Podstawowych, dokumentu z zupełnie innej bajki). Wielkie dzieło zasadniczej odnowy gospodarczo-społeczno-moralnej kraju nie mogło obejść się bez wprowadzenia nowej konstytucji. W jej tworzeniu wzięły udział setki tysięcy obywateli, którzy za pomocą ankiety mieli możliwość wpłynięcia na jej kształt.

Nowy dokument należało wprowadzić czym prędzej, zważywszy na fakt, że stary pochodził jeszcze z 1949 roku i był osobiście aprobowany przez Stalina. Zmiany kosmetyczne, które przez lata do niego wprowadzono, nie mogły ukryć jego całościowego charakteru, pasującego do zeszłej, totalitarnej epoki. Nie przeszkodziło to jednak liderowi węgierskiej lewicy Attilli Mesterhazemu zapewnić, że zrobi wszystko, by jak najszybciej zmienić nową konstytucję i wrócić do minionego status quo. Nie trzeba było też długo czekać, by przy akompaniamencie rozwścieczonej prasy lewicowo-liberalnej, usłyszeć głośne warczenie wydobywające się z Parlamentu Europejskiego i innych międzynarodowych ośrodków. Kto żyw, kto bardziej europejski i postępowy, ten głośniej i bardziej żarliwie atakował węgierską ustawę zasadniczą i premiera naddunajskiego kraju. W powszechnej opinii miała ona naruszać międzynarodowe standardy praw człowieka i, w domyśle, być kolejnym krokiem na drodze do faszyzacji tego kraju. Samego siebie przeszedł Daniel Cohn-Bendit, lider Zielonych, który w przypływie gniewu zapomniał się kompletnie i zamiast przyrównać Orbana do Hitlera, Pinocheta i Franco (co, znając lewacką logikę, można by jeszcze zrozumieć, w końcu dla nich każda z tych postaci to po prostu faszysta, czyli konserwatysta, katolik, prawicowiec) obrzucił go porównaniami do Fidela Castro i Hugo Chaveza ? ludzi, którzy cieszą się wśród światowej lewicy zrozumieniem i często nieukrywaną sympatią.

Swoje musiał też dołożyć zastępujący właśnie Jerzego Buzka na fotelu szefa PE Martin Schulz, który zagroził Budapesztowi, że jeśli nie zmieni swojej polityki, może stracić głos w Radzie UE. Wyraził przy tym niechęć do podkreślanej przez Orbana tezy, że jego kraj stworzony został na fundamencie chrześcijaństwa. Niewielu było takich, którzy odważyli się bronić węgierskiego przywódcę. W PE każde jego wystąpienie wysłuchuje grono europarlamentarzystów groźnie marszczących brwi i pomrukujących z dezaprobatą. Ich gniew wywołuje przełamanie przez Orbana monopolu lewicy na tworzenie prawa, twarde odrzucenie rządów politycznej poprawności, stanięcie z podniesionym czołem naprzeciw europejskiej śmietance politycznej i rzucenie jej prosto w twarz dumy ze swojego pochodzenia, wiary i konserwatywnych przekonań.

A wartości te nie ograniczają się tylko do deklaracji. Są one realizowane od samego momentu przejęcia władzy i to pomimo trudnej sytuacji, w jakiej znajduje się to państwo (np. za unijne pieniądze przeznaczone na promocję aborcji Orban promował akcję pro-life, co wywołało potępienie ze strony europejskich środowisk lewicowych). Katastrofalna demografia kraju, niski procent pracujących obywateli, wysoki wskaźnik aborcji już od dawna wołały o zmiany prawne, mogące odmienić tą samobójczą tendencję. Socjaliści przez lata udawali, że nie widzą problemu. Potrzeba było zwycięstwa Fideszu, by zaproponować, miejmy nadzieję, skuteczną politykę prorodzinna. W dokumentach przedstawionych przez międzynarodową organizację obrony życia, Human Life International, czytamy, że Budapeszt wydaje dziś na politykę prorodzinną 3,11 proc. PKB, czyli ponad dwa razy więcej niż Polska. W kraju tym małżeństwa mogą odliczać od podatku 223 euro miesięcznie na pierwsze i drugie dziecko, a nawet 723 euro za każde kolejne. Aby bardziej zachęcić do większego potomstwa, świadczenia wzrastają wraz z liczbą dzieci: 46 euro miesięcznie na pierwsze, 50 na drugie, 60 euro na trzecie dziecko. Urlop macierzyński trwa tam dwa lata i jest płatny (70 proc. pensji). Także matki, które nie podjęły pracy przed urodzeniem swego pierwszego dziecka, są wspierane z budżetu państwa. Płatny trzyletni urlop wychowawczy mogą wziąć także dziadkowie. Rodziny mogą też liczyć na pomoc państwa przy kupnie mieszkania. Pomimo kryzysu, Węgrzy nie myślą tylko o tym, co ?tu i teraz?, ale też o tym, co ich czeka w niedalekiej przyszłości, jeśli nie podejmą radykalnych kroków. Warto, żeby Donald Tusk, radząc Polakom, żeby rodzili więcej dzieci, popatrzył w kierunku Budapesztu i zobaczył, jak można prowadzić efektywną politykę prorodzinną nawet w niesprzyjających ku temu warunkach.

Socjaliści zawinili, Orban zbiera cięgi

Główne problemy Węgier, do których przyczyniły się długie rządy lewicy, wynikają ze znaczącego transferu tamtejszego kapitału za granicę oraz hamowania kreatywności i przedsiębiorczości społeczeństwa. Do tej pory rynek naddunajskiego państwa dostosowywany był raczej do interesów międzynarodowych instytucji i banków, a nie potrzeb krajowych. Wiele patologii znanych polskiemu społeczeństwu, jak choćby złodziejska prywatyzacja czy uzależnienie od zagranicznych ośrodków, są także udziałem węgierskiego narodu. Poprzednie rządy doprowadziły do powiększenia długu publicznego do poziomu powyżej 80 procent. Zdaniem ekspertów, to właśnie pokaźny podatek dochodowy od osób fizycznych i wysokie stopy procentowe od lat hamowały rozwój tamtejszej gospodarki. Ale stan ten był opłacalny dla zagranicznej finansjery. Ona za czasów socjalistów nie narzekała, dlatego rządy Orbana i zastosowane przez niego zmiany, doprowadziły ją do wściekłości, gdyż poważnie uderzyły po kieszeni. Tym bardziej że wprowadził on tzw. podatek kryzysowy, pobierany od wielkich banków i korporacji, do tej pory traktowanych przez socjalistów jak święte krowy.

Aby rozruszać węgierską gospodarkę, rząd Orbana zmniejszył podatki, wprowadzono 16-procentowy podatek liniowy (PIT); dla małych i większych firm wynosi on 10 procent, a dla dużych 19. Międzynarodowy Fundusz Walutowy rękami i nogami stara się zahamować zmiany i żąda od Orbana, by swoje stanowisko zachował Andras Simor, obecny prezes Węgierskiego Banku Narodowego, związany z socjalistami i preferujący ich ?sposób? na uleczenie gospodarki. MFW nie godzi się też na wprowadzenie podatku liniowego, a Bank Światowy chce, by Budapeszt dokonał radykalnych cięć socjalnych i regularnie spłacał zadłużenie. Stąd tak ważna dla Orbana jest ustawa o Węgierskim Banku Narodowym, dzięki której instytucja ta nie byłaby uzależniona od destrukcyjnej polityki Simora, kładącego kłody pod każdą reformę, mającą na celu uzdrowienie tamtejszej gospodarki i wyjście z kryzysu. Stąd też jedną z najmocniej krytykowanych w Brukseli zmian zaprowadzonych przez premiera Węgier jest właśnie ta dotycząca WBN. Oskarża się go o likwidację niezależności banku centralnego, pomimo tego, że posłużył się on podobnymi rozwiązaniami do tych stosowanych w USA i w Niemczech.

(?)

Czytany 2558 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.