sobota, 28 listopad 2015 00:09

Oblężenie Europy od wewnątrz

Kolejny już raz Europa przeżywa oblężenie, wpierw od wewnątrz. To mieszkańcy Europy dziś zdają się znużeni sobą i z tego powodu chętnie ustępują miejsca „uchodźcom” – najpierw jednak na zmywaku, przy podawaniu „basenu” i segregacji śmieci. Europa nie radzi sobie ze swoją tożsamością, bo przeżywa zbiorową amnezję. Jedni zatem zdejmują krzyże, bo jakoby są obce Europie, a drudzy robią to samo, witając na Synodzie Rodziny homoseksualistów – bo ponoć ubogacą oni katolicką wspólnotę. Zaprasza się także Orient do Europy, widząc w tym problem tylko techniczny – odpowiedniego rozlokowania przybyszów.

Nie kwestionując wielu przyczyn ich wkraczania do Europy, skupię uwagę tylko na przyczynach wewnętrznych, leżących w jej słabościach. Dlaczego „europejczycy” płoną tak wielkim zapałem w przyjmowaniu fali „uchodźców”? Mówi się nam w mediach, że to miłość bliźniego czy szlachetny altruizm i troska o potrzebujących. Jak jest naprawdę? Co mówią fakty?

Demograficzna zapaść

Jedną z przyczyn – nakazanego wszystkim – euroentuzjazmu wobec fali przybyszów z Azji i Afryki jest oczekiwane tą drogą odmłodzenie „babci Europy”, jak ją kreślił papież Franciszek w przemówieniu wygłoszonym w PE. Te demograficzne nadzieje wypowiadają zwłaszcza Niemcy, bo u nas Donald Tusk zapewniał, że wystarczy dofinansowanie praktyk sztucznego zapłodnienia in vitro. Usługowi ekonomiści robią wrażenie, że to krasnoludki będą utrzymywać emerytów i rencistów.

Przed takimi oczekiwaniami ostrzegał Rzymian Cezar August, przekonując w Senacie do wprowadzenia regulacji prawnych mających poprawić złą sytuację demograficzną, zwłaszcza za pomocą środków ekonomicznych. Nie udało się tego celu osiągnąć. Miejsce Rzymian od I wieku przed Ch. zaczęli zajmować przybysze ze wschodu, początkowo zasilając niższe stany, ale stopniowo wchodząc do klasy najwyższej – nobilów. Już na początku III wieku po Chr. słychać było w stolicy język łaciński (ale w niektórych dzielnicach kwiryci rozmawiali ze sobą tylko po grecku lub aramejsku), ale mieszkańcy miasta to w przeważającej większości przybysze ze wschodu, a w wojsku przeważali europejscy barbarzyńcy. Jedni i drudzy wnieśli własne cywilizacyjne dziedzictwo, obce i wrogie Rzymowi. Lewantyzacja Rzymu swój szczytowy etap miała w trzecim stuleciu epoki cesarstwa.

Ta niefrasobliwość narodu rzymskiego skończyła się tragicznie, bo w 476 roku zakończył się polityczny żywot Rzymu, a w VI wieku na Forum Romanum pasiono krowy. Miasto liczyło już tylko pięć tysięcy mieszkańców. Nad całą Europą zapadły ciemności, rozjaśnione tylko kagankami chrześcijan, którzy starali się nade wszystko uratować dorobek intelektualny starożytności pogańskiej Grecji i Rzymu. Benedyktyńskie klasztory przepisywały całą dostępną im literaturę, włącznie z dziełami Owidiusza. Pojmowano doskonale, że dla uratowania chrześcijaństwa – religii szanującej ludzki rozum – konieczne jest zachowanie owoców dobrze funkcjonującego ludzkiego rozumu. Nieustannie bowiem ludzkość mierzy się z pokusą zwątpienia w jego możliwości, zwłaszcza z powodu chęci samousprawiedliwienia swoich moralnych słabości i upadków. Ocalony – częściowo – skarb greckiego i rzymskiego antyku to świadectwo możliwości ludzkiego rozumu, o ile tylko zechce on poprawnie działać. Odurzeni złotem z Lewantu Rzymianie zlekceważyli sobie rady Augusta, chyba także z tego powodu, że prowadząc politykę prorodzinną, zapomniał o konieczności własnego dobrego przykładu wierności małżeńskiej (był rozwodnikiem).

(...)

sobota, 28 listopad 2015 00:05

Państwa upadłe jako źródło zła

Upadek państw jest główną przyczyną kryzysu imigracyjnego, jaki uderza w Europę. Procesy te wzmogły się, kiedy państwa zachodnie podjęły krucjatę ideologiczną, łącznie z interwencją militarną, przeciwko autorytarnym reżimom w Iraku, Libii i Syrii, licząc przy okazji naiwnie na przebudowę świata arabskiego na modłę demokratyczną. „Arabska wiosna” okazała się całkowitą porażką, przynosząc wiele nieszczęść i recydywę krwawych dyktatur.

Upadek państw to zjawisko stosunkowo młode. Samo pojęcie „państwa upadłego” upowszechniło się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku na oznaczenie skutków kryzysu struktur państwowych. Stało się zaprzeczeniem i podważeniem „państwa normalnego”. Upadłość państwa oznacza deficyt ładu wewnętrznego, całkowitą dezintegrację struktur społecznych, demontaż infrastruktury państwowoprawnej, którym towarzyszą takie negatywne zjawiska jak katastrofa ekonomiczna, ubóstwo, głód, naruszanie podstawowych praw i wolności obywatelskich, klęski humanitarne, widoczne w masowych migracjach czy konfliktach etnicznych. Stanowią one wyzwanie i zagrożenie dla całego porządku międzynarodowego, zagrażają stabilności pokoju i bezpieczeństwa. Stwarzają warunki dla rozwoju międzynarodowego terroryzmu i zorganizowanej przestępczości. Z tych powodów sytuacja państw upadłych stanowi wyzwanie moralne, polityczne i prawne wszystkich członków wspólnoty międzynarodowej, a przede wszystkim mocarstw. Na porządku dnia staje konieczność wzmacniania słabych państw, także tych o ustrojach niedemokratycznych, aby zapobiegać szerzeniu się warunków dla groźnych patologii społecznych.

Zjawisko upadku państw jest charakterystyczne dla obszarów określanych powszechnie jako Trzeci Świat (w Afryce, na Bliskim i Środkowym Wschodzie, w Azji Środkowej i w Ameryce Łacińskiej). Zrodziło się w następstwie wystąpienia kilku istotnych czynników, które nakładają się na siebie. Jest to przede wszystkim dziedzictwo systemu kolonialnego, który zniszczył tradycyjne struktury społeczne, ale nie zdążył wykształcić trwałych instytucji konstytucyjno-ustrojowych, odpowiadających specyfice etnicznej, społecznej czy religijnej i zbudować efektywnej tożsamości tych nowych państw.

Gunnar Myrdal użył kiedyś pojęcia „miękkie państwo” dla oznaczenia tworów pokolonialnych. Ich wspólnymi cechami był brak społecznej dyscypliny, słabość ustawodawstwa, niedbalstwo, samowola urzędników i korupcja. Były one wynikiem dekolonizacji, której podstawę stanowiło prawo do samostanowienia ludów kolonialnych, bez uwzględniania ich rzeczywistej zdolności do samodzielnego przetrwania. Jak wiele innych postulatów, samostanowienie uległo pewnej idealizacji, także w prawie międzynarodowym.

Elity rządzące w państwach pokolonialnych nie były w stanie zapewnić wewnętrznej spójności i pokonać problemów typowych dla społeczeństw multietnicznych i wielowyznaniowych. Duży wpływ na upadek państw miał koniec „zimnej wojny”, w czasie której supermocarstwa często w sposób sztuczny podtrzymywały u władzy rządy deklarujące lojalność sojuszniczą, opartą na dostawach broni i uzbrojenia oraz „pokrewieństwie” ideologicznym, nie zaś na efektywności rządzenia. Tak na przykład USA udzielały pomocy Filipinom, Republice Wietnamu Południowego czy Zairowi, ZSRR zaś świadczył podobną pomoc wobec Afganistanu, Kuby czy Etiopii.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:59

O falę emigrantów zapytajmy Turcję

Z dr. Michałem Kuziem rozmawia Aleksander Kłos

Zdaniem wielu ekspertów prezydent Recep Tayyip Erdo?an dąży do odbudowania potęgi osmańskiej – dlatego wzmacnia obecność Turcji w regionie bliskowschodnim.

Michał Kuź – adiunkt na uczelni Łazarskiego, redaktor „Nowej Konfederacji”, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Według danych Eurostatu jedynie 20 procent starających się o azyl w Unii Europejskiej od kwietnia do czerwca stanowili uchodźcy z objętej wojną Syrii. Na 217 tysięcy imigrantów 44 tysiące legitymowało się syryjskimi dokumentami, 27 tysięcy pochodziło z Afganistanu, a resztę stanowiła mieszanka narodowości z całego świata. Media, przede wszystkim dzienniki, przekonują nas, że do Europy podążają w większości uciekający przed krwawym konfliktem Syryjczycy.

Uchodźcy z Syrii to przysłowiowa słomka, która łamie grzbiet wielbłąda. Przecież fala imigrantów idzie w kierunku Europy nie od wczoraj. Jeśli się spojrzy na dane niemieckiego rządu federalnego za pierwsze półrocze, to okazuje się, że wprawdzie są oni największą grupą narodowościową, ale najwięcej łącznie jest ludzi z Bałkanów: z Kosowa, Bośni, Serbii. Berlin przez długi czas prowadził wybitnie niefrasobliwą politykę względem imigrantów, gdyż zakładał, że jest w stanie przyjąć każdą liczbę – to był błąd. Ja miałem wrażenie w pewnym momencie, że kanclerz Angela Merkel nie wie, w jakim świecie żyje…

Nie przekona mnie pan tym argumentem… Jakoś nie za bardzo mi się chce wierzyć w niefrasobliwość Angeli Merkel. Tym bardziej że jeśli spojrzymy na ostatnie kryzysy w Unii Europejskiej, zarówno finansowy, jak i związany z Grecją, to widzimy, że Niemcy na tym nie tracą, ba, jeszcze zyskują. Co prawda Merkel straciła około 5 procent poparcia, zapewne z powodu swojej polityki migracyjnej, ale nadal cieszy wielkim poparciem w społeczeństwie – około 63 procent.

Mamy świat globalny. Nawet średnio zamożny Pakistańczyk może spakować się i wyjechać. W momencie, gdy widzi on reklamówki niemieckiego urzędu emigracyjnego, które sugerują, że każdy imigrant zarobkowy czy uchodźca dostanie dom, pracę, w momencie gdy się mówi, że „sobie poradzimy”, to ludzie słyszą – „przyjmiemy wszystkich”. Początkowo wiele osób faktycznie zaś dostawało mieszkania i pracę. A więc widzimy, że z jednej strony to był mit, a z drugiej jednak nie był. Niemcy do pewnego czasu potrafiły to zaoferować, a później stwierdziły, że już temu nie podołają. Nawet niemieckie prorządowe media zauważyły, że pierwszy raz od dziesięciu lat kanclerz musiała tak nagle i gwałtownie zmienić swoją politykę.

Syryjczycy z jednej strony przeciążyli ten system, który i tak już trzeszczał, z drugiej wielu imigrantów zarobkowych wykorzystuje syryjski exodus. Słyszy się wypowiedzi samych uchodźców z tego kraju, którzy pytają: „czy nie widzicie, że to nie są Syryjczycy?!” – wielu wykorzystuje tę sytuację, wyrzuca paszporty, kupuje fałszywe syryjskie dokumenty, dołącza do ich kolumn.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:54

Zagrożenie dla Europy

Z dr. Idrisem Mayya’em rozmawia Agnieszka Piwar

Według informacji pochodzących nie z syryjskich, ale z europejskich środków masowego przekazu, zwłaszcza brytyjskich, wśród uchodźców jest obecnie ponad cztery tysiące osób, które współpracowały z grupami terrorystycznymi w Iraku i Syrii.

Cała Europa żyje tematem przyjęcia uchodźców z Syrii, w szczególności z terenów, które opanowali terroryści z ISIS. Pierwsze grupy przybyły już do Unii Europejskiej. Co wiemy o tych ludziach? Ilu z nich to Syryjczycy?

Informacje dotyczące liczby tych uchodźców są mocno przesadzone i nie do końca prawdziwe. Przede wszystkim nie wszyscy są Syryjczykami, na co wskazują wiarygodne źródła; jest także wiele prawdziwych doniesień pochodzących np. z portali społecznościowych. Dotarła do nas informacja, że jeden z Syryjczyków mieszkający od ponad 10 lat w Niemczech i znakomicie władający językiem niemieckim został poproszony przez władze tego kraju o pomoc w tłumaczeniu rozmów z uchodźcami. Pojechał do obozu, w którym przebywało trzystu uchodźców. W trakcie rozmów okazało się, że wśród nich jest tylko dwudziestu Syryjczyków. Pozostali to Irakijczycy, Afgańczycy, Erytrejczycy, Egipcjanie, Sudańczycy, Pakistańczycy, Czeczeńcy i obywatele innych krajów.

Przecież to nie jest nawet 10 procent. A czy chociaż są to osoby, które faktycznie uciekły przed grożącym im śmiertelnym niebezpieczeństwem ze strony terrorystów?

Wśród uchodźców syryjskich są tacy, którzy uciekli z rejonów w znacznej części kontrolowanych przez grupy terrorystyczne, tj. z prowincji Daraa, al Raqqa i Deir Ez-Zour. Przedostali się oni do całkiem bezpiecznych miejsc w Syrii, takich jak: Latakia, Tartous, Hama, Suwaida, Homs, Damaszek i itd.

A jak to wygląda w Europie?

Mam wielu znajomych na terenie Węgier, ponieważ pracowałem tam pięć lat. Jeden z moich przyjaciół przekazał mi to, co zobaczył na dworcu kolejowym w Budapeszcie. Według jego relacji, większość przebywających tam uchodźców to nie są obywatele Syrii. Niestety, wielu z nich podaje, że są Syryjczykami, tylko po to, aby otrzymać azyl.

Bardzo ważne jest to, że według informacji pochodzących nie z syryjskich, ale z europejskich środków masowego przekazu, zwłaszcza brytyjskich, wśród uchodźców jest obecnie ponad cztery tysiące osób, które współpracowały z grupami terrorystycznymi w Iraku i Syrii. Na portalach społecznościowych można znaleźć fotografie wielu osób, które wcześniej działały we Froncie an-Nusra czy armii islamskiej [ISIS, przyp. AP], a dziś z opublikowanych zdjęć wynika, że znajdują się w Niemczech. Jeżeli informacje te są prawdziwe, to ludzie ci stanowią zagrożenie dla Europy. Dlatego syryjski rząd od dawna wzywa do stworzenia jednej, jasnej strategii niezbędnej do pokonania terroryzmu. W poprzednich wywiadach mówiłem już, że ta bardzo duża liczba terrorystów – którzy przybyli do Syrii z ponad 83 krajów, w tym z 14 krajów Europy – nie spadła z nieba. Przyjechali za wiedzą wywiadów państw, w których obecnie przebywają, jeśli nie przy ich pomocy. Syria ostrzegała wiele razy ustami prezydenta Baszara al-Assada, czy syryjskiego wicepremiera, ministra spraw zagranicznych Walida al-Mu’allima, że jeśli terroryzm się rozprzestrzeni, to będzie we wszystkich krajach.

Jak to możliwie, że dopuszczono do takiej sytuacji? Kto odpowiada za to, że ci ludzie zaczęli napływać do Europy?

Uważam, że to pytanie należy skierować do władz tureckich, które pozbywają się uchodźców z Syrii – znajdujących się na terenie Turcji – nakłaniając ich do wyjazdu do Europy.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:52

Jak pokonać terrorystów

Jak powiedziała „Opcji na Prawo” pani Foutouh Kodsieh, I sekretarz ambasady Syrii w Warszawie, większość Syryjczyków, którzy próbują opuścić kraj, to ludzie przebywający na terenach kontrolowanych przez grupy terrorystyczne.

Próbują oni uciec od ucisku i zbrodni grup terrorystycznych. Pozostali nie są Syryjczykami, lecz grupą terrorystów, którzy nielegalnie wjechali na terytorium Syrii, a teraz usiłują przedostać się do Europy, podszywając się pod uchodźców syryjskich. Twierdzą, że są Syryjczykami, ale albo nie mają żadnych dokumentów, które by to potwierdzały, albo posługują się sfałszowanymi syryjskimi paszportami.

Zdaniem Pani Kodsieh, powrót tych terrorystów z Syrii do Europy będzie trudny, ponieważ zmieniła się ich mentalność, stali się religijnymi ekstremistami przyzwyczajonymi do przestępstw, zbrodni i widoku krwi. – Trudno im jest powrócić do społeczności normalnych ludzi i asymilować się z pokojowymi społeczeństwami. Będą oni stanowić uśpione komórki, które w każdej chwili mogą rozpocząć swoją przestępczą działalność – przestrzega syryjska dyplomatka.

(...)

Doświadczenie pokazuje, że wojna, aby miała szansę rozkręcić się na całego, musi bazować na podżeganiu do nienawiści. Największym sprzymierzeńcem decydentów tego świata okazują się środki masowego przekazu. Dla przykładu, w Rwandzie nie doszłoby do masowego ludobójstwa, gdyby ktoś nie zaprojektował, a następnie nie zrealizował planu skłócenia ze sobą zamieszkujących tam plemion Tutsi i Hutu. Narzędziem było radio. Cyklicznie powtarzające się audycje, nakręcające jednych przeciw drugim, w konsekwencji doprowadziły do tego, że maczety poszły w ruch i wyrżnięto ponad milion niewinnych osób. Wszystko działo się w obecności biernie przyglądających się temu wojsk ONZ.

Dwie szatańskie ideologie XX wieku: nazizm i komunizm, również chętnie korzystały z możliwości masowego komunikowania się z obywatelami. Modelowym tego przykładem jest produkcja III Rzeszy pt. „Żyd Süss” z 1940 roku. Ten klasyczny nazistowski film propagandowy przedstawił historię Żyda, który popełnił ohydne zbrodnie. Celem tego obrazu – i jemu podobnych – było wykreowanie negatywnego wizerunku Żydów, tak, by naziści mogli z akceptacją Niemców dokonywać swoich antysemickich zbrodni. Dalszy bieg wydarzeń wszyscy znamy. W przypadku bolszewickiej rewolucji w Rosji nieodłącznym elementem były propagandowe ulotki. Ten prosty nośnik przekazu – jak i całą rewolucję – sfinansowały zachodnie banki. Treść ulotek zawsze łączyło jedno: wzniecanie nienawiści do drugiego człowieka. Siła przekazu okazała się przerażająca – dziesiątki milionów trupów!

XXI wiek i rodzime podwórko

Niechlubną listę mediów, które bazując na dezinformacji wpisują się w wojenną retorykę, otwiera w Polsce portal fronda.pl. Na łamach tego serwisu – samozwańczo określającego się jako „chrześcijański” – nieustannie ukazują się treści podżegające do nienawiści względem muzułmanów. Działające na emocje fotografie okaleczonych kobiet, poobcinane głowy, masowe gwałty, zalane krwią płaczące dzieci... Tylko jakoś faktów – kto faktycznie stoi za finansowaniem zbrodniarzy z ISIS – brak. Siedzący w wygodnych fotelach redaktorzy, którzy – śmiem przypuszczać – nie znają osobiście ani jednego muzułmanina, całą winę zwalają na islam.

A teraz kilka przykładów nośnych tytułów, jakimi swoich czytelników straszy fronda.pl (pisownia oryginalna): W imię Hitlera i Allacha. Muzułmańskie jednostki Waffen SS; Tak się bawią islamiści. Gwałcą 12-letnie niewolnice...; Oto, czym jest kobieta w islamie. Przemoc i gwałty są jak „dzień dobry”; Pedofilia to stara islamska tradycja; Kupując kebaba, mówisz „tak” barbarzyństwu; Czy zespół Mazowsze będzie tańczył w burkach?; Lewica zaprasza islamistów, by zniszczyć naszą kulturę.

W natłoku tych artykułów, ukazał się też taki, który bezpośrednio uderzył w obywatela Polski. Mowa o tekście pt. Terrorysta promuje przyjmowanie Arabów do Polski (8 sierpnia 2015 r.). Owym „terrorystą” ma być według frondy pochodzący z Palestyny Omar Faris. Jestem tylko zwykłą publicystką, nie mam żadnych możliwości zweryfikowania „rewelacji” frondy u oficerów wywiadu czy kontrwywiadu. Samo zapytanie Farisa, o to, czy terrorystą jest, również nie wchodzi w grę – bo przecież nawet gdyby był, i tak odpowiedź byłaby przecząca. Jak zatem zweryfikować doniesienia tego portalu? Sięgnąć do logiki. Gdyby Omar Faris faktycznie był terrorystą – jest to przecież bardzo poważny zarzut – a redaktorzy fronda.pl mieliby jakieś ekstra dojścia i weszliby w posiadanie niezbitych dowodów (w końcu w obliczu takich zarzutów trzeba je przedstawić!), to czy wówczas odpowiednie służby w Polsce pozwoliłby temu człowiekowi cieszyć się wolnością? Tymczasem żadne organy ścigania tych „informacji” poważnie nie potraktowały, podczas gdy anonimowy (tj. posługujący się inicjałami) redaktor portalu fronda.pl nawet retorycznie nie zapytał, czy Palestyńczyk ten rzeczywiście mógłby być terrorystą, tylko wprost to stwierdził, sam nie mając cywilnej odwagi podpisać się pod tym własnym nazwiskiem.

Warto przy okazji odnotować, że oczerniony przez frondę człowiek mieszka w Polsce od ponad 30 lat, jest znanym na świecie działaczem pokojowym, szefem Pozarządowego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Palestyńczyków w Polsce oraz członkiem Międzynarodowej Koalicji na rzecz Powrotu Uchodźców Palestyńskich. Nikt nigdy nie przedstawił żadnego wiarygodnego dowodu, jakoby miał on być terrorystą. Niemniej jednak skutkiem wymierzonej przeciwko Farisowi publikacji jest to, że iluś nieszczęśników poważnie traktujących ten dawno już skompromitowany portal uwierzyło w te oszczercze doniesienia. I o to właśnie chodziło, gdyż w tej części świata jesteśmy obecnie (jeszcze) na etapie wojny propagandowej. Działające na zlecenie obcych mocarstw media przygotowują grunt, mają za zadanie docierać do umysłów i serc obywateli, tak, by nakręcić jednych przeciw drugim.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:32

Islam to nazizm XXI wieku

Kiedy patrzę, jak są traktowane kobiety w islamie, to myślę sobie, że ja mogłabym być jedną z nich. Ten motyw jest mi bardzo bliski. Jeżeli ojciec oddaje córkę na dżihad, na masowy gwałt… Jak można być tak okrutnym! Staram się Polaków uświadamiać, że islam to nie jest religia pokojowa. Komu wierzymy, chrześcijanom czy muzułmanom? Niestety, wszystko wskazuje, że idziemy w kierunku wojny, upadku Europy.

Miriam Shaded – szefowa Fundacji Estera, sprowadzającą do Polski chrześcijańskich uchodźców z Syrii

Jak to się stało, że zajęła się Pani uchodźcami?

W Syrii od kilku lat toczy się coraz bardziej intensywna wojna, ginie mnóstwo osób. To jest największy kryzys humanitarny, jaki mamy obecnie na świecie. Mój tata jest Syryjczykiem, dlatego problem ten jest szczególnie bliski mojej rodzinie. Duchowni kościołów syryjskich zwrócili się do mojego taty o pomoc w celu przyjęcia stamtąd 300 rodzin do Polski. On starał się działać, ale ambasady nie wydawały wiz. Dlatego podjęłam decyzję, że muszę się tym zająć, mam bowiem doświadczanie w prowadzeniu rożnych projektów biznesowych. Wiedziałam, że jeżeli się tego nie podejmę, nie doprowadzę tej sprawy do końca, to nie uratujemy tych osób. Dlatego w zeszłym roku założyłam fundację i zaczęłam działać. Analizowałam aspekty prawne, sprawdzałam, jakie są możliwości, na początku odbijałam się trochę, jak od ścian, ponieważ nasze polskie procedury nie są do końca jasne i nie wiedziałam, w czym leżał problem. W końcu, po wielu rozmowach i konsultacjach, wyszło na to, że wszystko zależy od woli politycznej. Miałam już konkretną drogę, którą wiedziałam, że muszę się kierować. Następnie wprosiłam się na spotkanie do pani minister Teresy Piotrowskiej i tam usłyszałam, że Polska jak najbardziej chce pomagać, tylko nie ma na to funduszy.

O ilu ludziach mówimy łącznie?

Wtedy oszacowałam, że to byłoby około 1500 osób. Minister spytała mnie, co potem. Jak ich zintegrujemy? Przekonywała, że nie ma na to funduszy. Następnie udałam się do różnych kościołów i parafii z całej Polski i zebrałam od nich deklaracje pomocy. Deklaracji udało się zebrać na około 150 rodzin. Kościoły bardzo poważnie do tego podeszły, wiele osób też się modliło o to, by udało się tych chrześcijan sprowadzić. Jednak nie miałam nawet gwarancji, że rząd się zgodzi udzielić wiz i na jakich warunkach. W momencie gdy otrzymałam możliwość utrzymania 300 rodzin i rozpisałam proces integracyjny, z taką propozycją poszłam do rządu.

Ile to zajęło czasu?

Zebranie deklaracji, znalezienie finansowania i stworzenie programu integracyjnego zajęło mi trzy miesiące.

Jakie są miesięczne koszty utrzymania rodziny?

Wtedy wyliczałam, że to jest 3 tys. na jedną rodzinę przez okres roku. Patrzyłam, ile Urząd ds. Cudzoziemców przeznacza na wsparcie. Z rozmów wywnioskowałam, że jeśli Polska w ogóle miałaby się zgodzić, to musi być zapewnione finansowanie na minimum rok, tak żeby im pomóc stanąć na nogi. Dla mnie priorytetem było to, żeby uratować jak najwięcej ludzi, nie chodziło o dawanie jakiegoś wielkiego socjalu. W momencie gdy już miałam zebrane te wszystkie deklaracje, znowu wystąpiłam do polskiego rządu, żeby te rodziny zostały przyjęte. Na spotkania byłam umówiona kilkanaście razy, ale były one nieustannie przekładane.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:24

Skąd w Polsce strach przed uchodźcami?

Moim zdaniem nie jest możliwe polityczne, historyczne i kulturowe uzasadnienie podejmowania przez islamskich ekstremistów na terenie Polski jakichkolwiek działań terrorystycznych.

Czy wyobrażasz sobie siebie uganiającego się po Wrocławiu z bombą schowaną w czarnej torbie?

Muszę cię uspokoić – nie noszę bomb ani nie przechowuję ich w mieszkaniu czy w innym miejscu. Wiem, że są w Polsce ludzie, którzy tak chcieliby widzieć i widzą Arabów. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że ci, którzy uciekają z ogarniętego pożogą kraju, są właśnie ofiarami terroryzmu, ludźmi, którzy chcą żyć w spokoju. Część społeczeństwa polskiego próbuje utożsamiać ofiary terroru z terrorystami, to jest strasznie niesprawiedliwe.

Od lat prowadzisz badania nad zmianami świadomości, w tym religijnej, w świecie arabskim. Czy islam zmienia się z upływem lat? Czy w społeczeństwach muzułmańskich zachodzą istotne zmiany dotyczące obyczajowości i stosunku do religii? W Polsce często mówi się o islamie ortodoksyjnym i fundamentalistach islamskich. Czy rzeczywiście każdy wyznawca Allaha to religijny fanatyk?

O, nie! Społeczeństwo arabskie – w tym jego część muzułmańska – jest zróżnicowane również pod tym względem. Oczywiście, mniej niż europejskie, ale jednak jest, i obecnie te procesy zachodzą bardzo dynamicznie. Wybitny ekspert – arabista profesor Marek Dziekan – wypowiadając się na temat identyfikacji Arabów zamieszkujących Europę, stwierdził: Nie spotkałem się z nikim, kto choćby w najmniejszym stopniu popierał radykałów albo się z nimi identyfikował. Pewnie 99% z 1,5 mld wyznawców islamu to zwykli ludzie, których często określa się jako umiarkowanych muzułmanów. Nawet jeśli założymy, że radykałów są tysiące, cóż to znaczy wobec całej ogromnej społeczności?

A więc nie musimy się obawiać terrorystów z państw muzułmańskich?

Jak to nie! Przeciwnie – musimy! Ale terrorystów, a nie uchodźców, którzy przed tzw. Państwem Islamskim (ISIS), czyli organizacją terrorystyczną, uciekają. W swoim życiu szukam rozwiązań wolnych od przemocy i agresji. Jest to postawa bliska także wszystkim znanym mi Arabom i muzułmanom. Gdy obraz medialny coraz intensywniej współokreśla nasze funkcjonowanie w świecie rzeczywistym, to niekiedy budzą się upiory emocji, półprawd i uproszczeń. Podzielając przeświadczenie o dotyczącym nas wszystkich zagrożeniu terrorystycznym, ulegamy nieracjonalnej islamofobii.

Realizując szalone zamiary, terroryści zazwyczaj są w swoich poczynaniach logiczni i cele działań wybierają nieprzypadkowo. Czy żyjąc w Polsce, mamy realne podstawy do obaw?

Moim zdaniem nie jest możliwe polityczne, historyczne i kulturowe uzasadnienie podejmowania przez islamskich ekstremistów na terenie Polski jakichkolwiek działań terrorystycznych. Jeszcze mniej nikłe jest zagrożenie ze strony wyznawców islamu mieszkających w Polsce. Nie jesteśmy krajem, w którym masowo osiedlają się emigranci z innych państw, także tych utożsamianych z islamem. Ta mniejszość religijna jest w Polsce jedną z najskromniej reprezentowanych. Problemy z nią związane nie stanowią istotnego zagadnienia nawet z perspektywy socjologicznej, a tym bardziej politycznej. Dlatego trudno byłoby uznać za zasadne wszelkie próby wskazywania tutaj realnego niebezpieczeństwa. Mówilibyśmy wówczas o aktach społecznej autoagresji. Jednolita struktura narodowościowa Polski powoduje, że w zasadzie nie zachodzi u nas zjawisko multikulturowości, które jest charakterystyczne dla innych państw i w niektórych regionach Europy stanowi ważny, wieloaspektowy problem społeczny i polityczny.

(...)

Ze Zbigniewem Stawrowskim, rozmawia Aleksander Kłos

Zbigniew Stawrowski – filozof, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz współzałożyciel i dyrektor Instytutu Myśli Józefa Tischnera w Krakowie.

Jesteśmy świadkami gigantycznej fali imigrantów docierających do granic Unii Europejskiej, z czego większość z nich chce trafić do Niemiec. Kanclerz Angela Merkel wciąż podkreśla, że nie można zamykać się na „uciekinierów”, ale przy tym domaga się, by kraje Wspólnoty wykazały swoją „solidarność” i podzieliły ich między siebie. To zaś wywołuje sprzeciw części państw i coraz większe opory społeczeństw. Obserwując pomysły na poradzenie sobie z kryzysem migracyjnym, nie możemy być spokojni o to, że unijne elity sobie z nim poradzą. Jedno jest pewne: jest to wielka próba zarówno dla tej organizacji, jak i samej Europy, czy szerzej – zachodniej cywilizacji. Wydaje się, że już wiele zmieniło się w relacjach między silniejszymi i słabszymi krajami Wspólnoty, istnieją uzasadnione obawy, że relacje te mogą się już tylko pogarszać. Padło tak wiele obraźliwych słów, gróźb, przestano udawać, że mamy tam do czynienia z dyskusją, tę bowiem zastępuje dyktat. Czy to kolejny gwóźdź do trumny UE?

Nie mamy pełnej informacji, co to są za ludzie, co ich zmotywowało do tego, by przybyli do Europy, a także na temat kulis podejmowania w Unii decyzji w sprawie zaistniałego problemu. Na podstawie obrazu medialnego można dojść do wniosku, że dobrym opisem tych arbitralnych i niekonsekwentnych decyzji byłyby znane nam skądinąd słowa: Unia „istnieje tylko teoretycznie”. Runęły granice, nagle to, co było bronione, chronione, zostało otwarte decyzją polityczną – tak naprawdę Niemiec. Victor Orbán, który stosując unijne zasady, bronił jej granic, został uznany za kogoś, kto postępuje w sposób barbarzyński. Ta retoryka to zwykła manipulacja, próba moralnego szantażu, zmierzająca do tego, by wymusić poparcie dla błędnych rozstrzygnięć na tych, którzy się im sprzeciwiali, poprzez uwikłanie ich w problem i zrzucenie na nich odpowiedzialności.

Obecny kryzys jest o wiele bardziej poważny niż kryzys ekonomiczny, który jest czymś dobrze znanym – kryzysy takie się powtarzają, są też sposoby, mniej lub bardziej skuteczne, by sobie z nimi poradzić, na pewno w przyszłości będziemy je jeszcze nieraz przechodzić. Tutaj jednak chodzi o coś zupełnie innego, gdyż jeżeli nagle otwieramy granice, to znaczy, że w gruncie rzeczy rezygnujemy z tego, kim jesteśmy. To trochę tak, jak z błoną, którą każda komórka jest oddzielona od otoczenia. Ona musi być częściowo przepuszczalna, inaczej żywy organizm nie mógłby funkcjonować, ale jednocześnie stanowi pewną granicę, która chroni przed tym, co może stanowić zewnętrzne zagrożenie. Tutaj ta powłoka została rozerwana od środka – decyzją polityczną – co ma swoje poważne konsekwencje. Takiej sytuacji nie da się na dłuższą metę utrzymać, granica musi zostać przywrócona. Jeżeli tak się nie stanie, to Unia przestanie istnieć, a państwa narodowe, kierując się instynktem samozachowawczym, będą tworzyły swoje własne granice, aby jakoś przetrwać. Powstaje pytanie, dlaczego do tego dopuszczono, dlaczego Angela Merkel w pewnym momencie wszystkich do siebie zaprosiła. Można zawsze powiedzieć, że nawet najlepszym politykom zdarzają się chwile braku wyobraźni czy naiwnego idealizmu.

(...)

Już dawno dyżurne autorytety środowisk lewicowo-liberalno-poskomunistycznych nie otrzymały takiej okazji, by wylać ogromnych rozmiarów wiadro pomyj na swoich konserwatywnych, prawicowych i katolickich adwersarzy. W ruch poszły wyzwiska zarzucające faszyzm, rasizm, ksenofobię, nienawiść wszystkim tym, którzy przejawiają jakiekolwiek wątpliwości w sprawie przyjmowania imigrantów do naszego kraju.

Polak znów – w ich mniemaniu – pokazał swoje okropne „ja”, które na co dzień stara się ukryć pod płaszczykiem chrześcijaństwa, obrony wartości zachodniej kultury i tradycji. Pójdźmy więc tropem myślenia ludzi, którzy mają niebagatelny wpływ na kształtowanie debaty medialnej, ludzi, którzy aspirują do miana wszystkowiedzących wyroczni, których opinie muszą brać pod uwagę nie tylko politycy, ale też wszyscy ci, którzy nie chcą być zaliczeni do grona obywateli „ciemnogrodu”.

W ruch poszły noże...

Jan Tomasz Gross, znany przede wszystkim jako dyżurny „ekspert” od polskiego antysemityzmu z czasów II wojny światowej, autorytet „Gazety Wyborczej” i jej odnóg, na łamach niemieckiego „Die Welt” zastanawiał się, w kontekście rosnącej w Polsce niechęci do przyjmowania imigrantów, „czy Polacy zapomnieli historię własnej emigracji i czy wschodni Europejczycy nie mają w ogóle wstydu?”. Przekonuje przy tym, że od wieków masowo emigrowaliśmy, uciekając przed materialną biedą i politycznymi prześladowaniami, a „dziś ich [czyli nasze – red.] bezlitosne zachowanie i bezczelna retoryka ich polityków są wodą na młyn populizmu”.

„Ekspert” nie mógłby też przepuścić szansy, by nie nawiązać do czasów II wojny światowej i nie oskarżyć Europy Środkowej, w tym nasz kraj, o „morderczy antysemityzm”. „To ohydne oblicze Polaków pochodzi jeszcze z czasów nazistowskich. (...) W tym przypadku historia nie jest żadną metaforą. Wręcz przeciwnie: korzenie postawy wschodniej Europy, która teraz pokazuje swoje ohydne oblicze, biorą się bezpośrednio z drugiej wojny światowej i z czasów tuż po jej zakończeniu. Polacy byli nie bez racji dumni z oporu, jaki stawiali nazistowskim okupantom, ale faktycznie podczas wojny zabili więcej Żydów niż Niemców”.

Warto w tym miejscu przytoczyć odpowiedź na fałszerstwa Grossa prof. Jana Żaryna, który w rozmowie z portalem Nielzależna.pl oceniał, że kłamie on świadomie i nie nie jest przypadkiem, że wywiad z nim znalazł się w prasie niemieckiej, gdyż jest ona „(...) głównym roznosicielem sformułowania «polskie obozy koncentracyjne», więc nie jest to przypadek, ale pewna decyzja jakiejś części środowisk opiniotwórczych w Niemczech, które są nastawione na próbę zmarginalizowania pozytywnego wizerunku Polski i Polaków i wprowadzenia wizerunku totalnie negatywnego, abyśmy nie byli chronieni jako naród, który ma w nadchodzącej przyszłości niełatwe zadania do wypełnienia. Zamiast wsparcia mamy hańbiące i pomawiające insynuacje” – podkreślił prof. Jan Żaryn.

I nawet Bartok zły!

Wściekłość na węgierską „nietolerancję” wobec imigrantów wyraził na swoim blogu na portalu NaTemat.pl prof. Wojciech Sadurski. „Jedynym powodem, dla którego węgierskim herosom udało się pozwierzęcać nad nieszczęśnikami, jest to, że ich śmieszny kraik przypadkiem znajduje się na drodze między południem Europy, dokąd uchodźcom udało się dotrzeć ze swojego piekła, a Niemcami, które pokazują dziś Europie, co to znaczy honor i wielkie serce. Między obozami, w których Węgrzy traktują uchodźców jak bydło, a wstrzymaniem pociągu zmierzającego do lepszych od Węgrów ludzi, madziarzy [sic! – red.] pokazali reszcie Europy i świata złą, nienawistną, pozbawioną cienia empatii postawę”. Po tym gorącym wstępie przyszedł czas na wskazanie palcem na inicjatora takiej, a nie innej postawy – wiadomo, najgorszego z najgorszych w Europie, burzyciela porządku – premiera Viktora Orbána, którego określa jako „(...) kieszonkowego Duce, który, co prawda, płaszczy się przed silnym Putinem, ale ma w sam raz dość odwagi, by pastwić się nad najbiedniejszymi z biednych – uchodźcami. Zdążył już zmienić konstytucję, by utrwalić swoją władzę, podrasował system wyborczy, zmanipulował media i sądy, a dziś naucza resztę Europy, jak nie pomagać imigrantom”. To jednak nie wystarczyło – nienawiść Sadurskiego musiało spłynąć na wszystkich Węgrów lub przynajmniej tych, którzy popierają politykę Orbána.

(...)

startPoprzedni artykuł12Następny artykułkoniec
Strona 1 z 2

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.