Aleksander Kłos

Aleksander Kłos

Ze Zbigniewem Stawrowskim, rozmawia Aleksander Kłos

Zbigniew Stawrowski – filozof, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz współzałożyciel i dyrektor Instytutu Myśli Józefa Tischnera w Krakowie.

Jesteśmy świadkami gigantycznej fali imigrantów docierających do granic Unii Europejskiej, z czego większość z nich chce trafić do Niemiec. Kanclerz Angela Merkel wciąż podkreśla, że nie można zamykać się na „uciekinierów”, ale przy tym domaga się, by kraje Wspólnoty wykazały swoją „solidarność” i podzieliły ich między siebie. To zaś wywołuje sprzeciw części państw i coraz większe opory społeczeństw. Obserwując pomysły na poradzenie sobie z kryzysem migracyjnym, nie możemy być spokojni o to, że unijne elity sobie z nim poradzą. Jedno jest pewne: jest to wielka próba zarówno dla tej organizacji, jak i samej Europy, czy szerzej – zachodniej cywilizacji. Wydaje się, że już wiele zmieniło się w relacjach między silniejszymi i słabszymi krajami Wspólnoty, istnieją uzasadnione obawy, że relacje te mogą się już tylko pogarszać. Padło tak wiele obraźliwych słów, gróźb, przestano udawać, że mamy tam do czynienia z dyskusją, tę bowiem zastępuje dyktat. Czy to kolejny gwóźdź do trumny UE?

Nie mamy pełnej informacji, co to są za ludzie, co ich zmotywowało do tego, by przybyli do Europy, a także na temat kulis podejmowania w Unii decyzji w sprawie zaistniałego problemu. Na podstawie obrazu medialnego można dojść do wniosku, że dobrym opisem tych arbitralnych i niekonsekwentnych decyzji byłyby znane nam skądinąd słowa: Unia „istnieje tylko teoretycznie”. Runęły granice, nagle to, co było bronione, chronione, zostało otwarte decyzją polityczną – tak naprawdę Niemiec. Victor Orbán, który stosując unijne zasady, bronił jej granic, został uznany za kogoś, kto postępuje w sposób barbarzyński. Ta retoryka to zwykła manipulacja, próba moralnego szantażu, zmierzająca do tego, by wymusić poparcie dla błędnych rozstrzygnięć na tych, którzy się im sprzeciwiali, poprzez uwikłanie ich w problem i zrzucenie na nich odpowiedzialności.

Obecny kryzys jest o wiele bardziej poważny niż kryzys ekonomiczny, który jest czymś dobrze znanym – kryzysy takie się powtarzają, są też sposoby, mniej lub bardziej skuteczne, by sobie z nimi poradzić, na pewno w przyszłości będziemy je jeszcze nieraz przechodzić. Tutaj jednak chodzi o coś zupełnie innego, gdyż jeżeli nagle otwieramy granice, to znaczy, że w gruncie rzeczy rezygnujemy z tego, kim jesteśmy. To trochę tak, jak z błoną, którą każda komórka jest oddzielona od otoczenia. Ona musi być częściowo przepuszczalna, inaczej żywy organizm nie mógłby funkcjonować, ale jednocześnie stanowi pewną granicę, która chroni przed tym, co może stanowić zewnętrzne zagrożenie. Tutaj ta powłoka została rozerwana od środka – decyzją polityczną – co ma swoje poważne konsekwencje. Takiej sytuacji nie da się na dłuższą metę utrzymać, granica musi zostać przywrócona. Jeżeli tak się nie stanie, to Unia przestanie istnieć, a państwa narodowe, kierując się instynktem samozachowawczym, będą tworzyły swoje własne granice, aby jakoś przetrwać. Powstaje pytanie, dlaczego do tego dopuszczono, dlaczego Angela Merkel w pewnym momencie wszystkich do siebie zaprosiła. Można zawsze powiedzieć, że nawet najlepszym politykom zdarzają się chwile braku wyobraźni czy naiwnego idealizmu.

(...)

Już dawno dyżurne autorytety środowisk lewicowo-liberalno-poskomunistycznych nie otrzymały takiej okazji, by wylać ogromnych rozmiarów wiadro pomyj na swoich konserwatywnych, prawicowych i katolickich adwersarzy. W ruch poszły wyzwiska zarzucające faszyzm, rasizm, ksenofobię, nienawiść wszystkim tym, którzy przejawiają jakiekolwiek wątpliwości w sprawie przyjmowania imigrantów do naszego kraju.

Polak znów – w ich mniemaniu – pokazał swoje okropne „ja”, które na co dzień stara się ukryć pod płaszczykiem chrześcijaństwa, obrony wartości zachodniej kultury i tradycji. Pójdźmy więc tropem myślenia ludzi, którzy mają niebagatelny wpływ na kształtowanie debaty medialnej, ludzi, którzy aspirują do miana wszystkowiedzących wyroczni, których opinie muszą brać pod uwagę nie tylko politycy, ale też wszyscy ci, którzy nie chcą być zaliczeni do grona obywateli „ciemnogrodu”.

W ruch poszły noże...

Jan Tomasz Gross, znany przede wszystkim jako dyżurny „ekspert” od polskiego antysemityzmu z czasów II wojny światowej, autorytet „Gazety Wyborczej” i jej odnóg, na łamach niemieckiego „Die Welt” zastanawiał się, w kontekście rosnącej w Polsce niechęci do przyjmowania imigrantów, „czy Polacy zapomnieli historię własnej emigracji i czy wschodni Europejczycy nie mają w ogóle wstydu?”. Przekonuje przy tym, że od wieków masowo emigrowaliśmy, uciekając przed materialną biedą i politycznymi prześladowaniami, a „dziś ich [czyli nasze – red.] bezlitosne zachowanie i bezczelna retoryka ich polityków są wodą na młyn populizmu”.

„Ekspert” nie mógłby też przepuścić szansy, by nie nawiązać do czasów II wojny światowej i nie oskarżyć Europy Środkowej, w tym nasz kraj, o „morderczy antysemityzm”. „To ohydne oblicze Polaków pochodzi jeszcze z czasów nazistowskich. (...) W tym przypadku historia nie jest żadną metaforą. Wręcz przeciwnie: korzenie postawy wschodniej Europy, która teraz pokazuje swoje ohydne oblicze, biorą się bezpośrednio z drugiej wojny światowej i z czasów tuż po jej zakończeniu. Polacy byli nie bez racji dumni z oporu, jaki stawiali nazistowskim okupantom, ale faktycznie podczas wojny zabili więcej Żydów niż Niemców”.

Warto w tym miejscu przytoczyć odpowiedź na fałszerstwa Grossa prof. Jana Żaryna, który w rozmowie z portalem Nielzależna.pl oceniał, że kłamie on świadomie i nie nie jest przypadkiem, że wywiad z nim znalazł się w prasie niemieckiej, gdyż jest ona „(...) głównym roznosicielem sformułowania «polskie obozy koncentracyjne», więc nie jest to przypadek, ale pewna decyzja jakiejś części środowisk opiniotwórczych w Niemczech, które są nastawione na próbę zmarginalizowania pozytywnego wizerunku Polski i Polaków i wprowadzenia wizerunku totalnie negatywnego, abyśmy nie byli chronieni jako naród, który ma w nadchodzącej przyszłości niełatwe zadania do wypełnienia. Zamiast wsparcia mamy hańbiące i pomawiające insynuacje” – podkreślił prof. Jan Żaryn.

I nawet Bartok zły!

Wściekłość na węgierską „nietolerancję” wobec imigrantów wyraził na swoim blogu na portalu NaTemat.pl prof. Wojciech Sadurski. „Jedynym powodem, dla którego węgierskim herosom udało się pozwierzęcać nad nieszczęśnikami, jest to, że ich śmieszny kraik przypadkiem znajduje się na drodze między południem Europy, dokąd uchodźcom udało się dotrzeć ze swojego piekła, a Niemcami, które pokazują dziś Europie, co to znaczy honor i wielkie serce. Między obozami, w których Węgrzy traktują uchodźców jak bydło, a wstrzymaniem pociągu zmierzającego do lepszych od Węgrów ludzi, madziarzy [sic! – red.] pokazali reszcie Europy i świata złą, nienawistną, pozbawioną cienia empatii postawę”. Po tym gorącym wstępie przyszedł czas na wskazanie palcem na inicjatora takiej, a nie innej postawy – wiadomo, najgorszego z najgorszych w Europie, burzyciela porządku – premiera Viktora Orbána, którego określa jako „(...) kieszonkowego Duce, który, co prawda, płaszczy się przed silnym Putinem, ale ma w sam raz dość odwagi, by pastwić się nad najbiedniejszymi z biednych – uchodźcami. Zdążył już zmienić konstytucję, by utrwalić swoją władzę, podrasował system wyborczy, zmanipulował media i sądy, a dziś naucza resztę Europy, jak nie pomagać imigrantom”. To jednak nie wystarczyło – nienawiść Sadurskiego musiało spłynąć na wszystkich Węgrów lub przynajmniej tych, którzy popierają politykę Orbána.

(...)

Wizja Wielkiej Albanii wcale nie jest tak odległa, jakby się wydawało. Macedonia, której co czwarty obywatel jest Albańczykiem, nie potrafi zahamować wzrostu ich tendencji separatystycznych. Albania i Kosowo choć oficjalnie nie przejawiają takich dążeń, wciąż nie tracą nadziei, że ponowne wykorzystanie sprzyjających dla ich rodaków okoliczności pozwoli je urzeczywistnić. W tle tego realnego zagrożenia wszystkie bałkańskie państwa liczą na unijne pieniądze. Czy Zachodowi uda się kupić sobie spokój?

W ciągu ostatnich miesięcy doszło w Macedonii do eskalacji napięcia pomiędzy Macedończykami – Słowianami a mniejszością albańską, która stanowi ok. 25% populacji tego państwa i jest to tendencja wzrastająca (wśród tej społeczności duży procent stanowią ludzie młodzi, a przeciętna Albanka ma o wiele więcej dzieci niż Macedonka).

Jaki jest dziś cel istnienia mediów? Czy zmienił się on, niejako dopasował do nowej rzeczywistości? Wymagamy od nich czegoś innego?

Podstawowe założenie jest niezmienne. Media mają przede wszystkim spełniać prawo obywateli do bycia informowanymi. Mówi się, że mają być czwartą władzą, ale one mają być przede wszystkim bardzo ważnym pośrednikiem między trzema władzami: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą – a obywatelami i w ich imieniu pełnić funkcję kontrolną. Odwołam się do stwierdzenia Włodzimierza Ilijcza Lenina, że kto ma informację, ten ma władzę, w naszych czasach jest to tysiąc razy bardziej aktualne niż w jego. Pytanie, czy ta informacja będzie zastrzeżona dla jakichś wyselekcjonowanych, elitarnych grup, pytanie – kto będzie suwerenem w państwie. Jeśli poinformowany jest ogół obywateli, to oni są suwerenem i mamy do czynienia z demokracją, jeżeli są jakieś oligarchiczne środowiska bądź grupy władzy, to one sprawują rzeczywiste rządy w państwie. Podstawowym celem mediów jest więc to, by poprzez przekazywanie informacji, obywatele mogli sprawować władzę w kraju. To się ma też realizować poprzez funkcję watchdoga – psa łańcuchowego demokracji – takiego bulteriera na łańcuchu, ale bardzo groźnego, który chroni społeczeństwo przed rozmaitymi nieprawidłowościami władzy, także tymi, co jest istotne, które nie dzieją się poprzez złamanie prawa, ale występują, w oczywisty sposób, wbrew pewnemu duchowi sprawowania władzy, czy przez złemu wypełnianiu przez polityków swojej funkcji, czy wbrew zasadzie reprezentacji, czy pewnej przyjętej etyce, czy uczciwości urzędniczej, sędziowskiej. Dlatego uważam, że zasadnicza rola mediów nie ulega zmianie.

Jakie zadanie, cele stawia się dziś przed mediami? Do czego służą, a do czego powinny służyć, a może lepiej powinienem spytać, komu powinny służyć?

A jakie pan zadanie stawia dla noża?

 

Ma być ostry i dobrze kroić.

Media są trwałym elementem naszej szybko zmieniającej się rzeczywistości. Zarówno one, jak i postęp, nie czynią nas jednak lepszymi. Zmienia się jedynie scenografia, a my, być może, jesteśmy jeszcze gorsi, niż byliśmy. Nie wiem czy telefon komórkowy, czy komputer kogoś uczynił lepszym. Media są jak ten nóż, można pokroić nim chleb, bronić się nim, a nawet kogoś zabić. Media są jedynie trochę bardziej skomplikowane od noża. Występuje tutaj też zależność, jak media to dziennikarze, a każdy dziennikarz, każdy kto babrze nam w głowie, tak jak chirurg, który musi mieć na to papiery i skończyć szkołę, powinien mieć tabliczkę z informacjami, kim jest i czym on pachnie, jaki ma system aksjologiczny, poglądy, skąd jest, kto mu płaci. Wtedy sprawa byłaby jasna. A teraz mamy sytuację, że często farbowane lisy trują nam głowę. My nie wiemy, kim oni są, a to mogą być np. agenci wpływu. W tym wypadku ta przestrzeń aksjologii powinna być jasna.

Pamiętam, jak w pewnym radiu miałem lata temu pomysł, by robić programy z jedną koleżanką w nim pracującą, o dziennikarzach. My siedzielibyśmy w studiu, przychodziłby dziennikarz i ja bym go odpytywał – dlaczego tak napisał, dlaczego tu manipulował – koleżanka oceniła, że to świetny pomysł i że pójdzie z nim do dyrekcji. Później jednak zadzwoniła i powiedziała, że mnie bardzo przeprasza, ale powiedzieli jej, że jeśli przyjdzie jej do głowy zrealizowanie tego tematu, to ją z miejsca wyrzucą z pracy. Jest to temat zakazany. Ostatnio ktoś mi powiedział, gdy mu o tym mówiłem, że nie wiadomo, czy dziennikarze przyszliby do studia. Nie wiem, ale wiem, że ludzie bardzo chętnie lubią mówić o swojej pracy. Z moim bratem napisaliśmy m.in taką książkę, w której zastanawialiśmy się, co ma wpływ na dziennikarzy i na co oni mają wpływ. I żeśmy tam odpytali Żakowskiego, Ziemkiewicza, Durczoka, Sekielskiego... W przypadku tego ostatniego przypomina mi się, że wraz z Andrzejem Morozowski prowadzili program „Prześwietlenie” – on był dobry, był wieczorem, trwał pół godziny, brali jednego gościa we dwóch i on mógł się nagadać. Po tym, jak my z nim zrobiliśmy wywiad, mój brat Marek wystąpił u nich w programie, a to był chyba rok 2005. I zadali mu wstępne pytanie: jaki jest największy manipulator w Polsce. A mój brat powiedział: Aleksander Kwaśniewski – a to był program na żywo...

 

Konsternacja i reklama

Właśnie nie, ale syf się taki zrobił! Mój brat uzasadnił swój wybór, że to facet, który już dwie kadencje kręci wszystkimi, jak chce, a ma wyniki coraz lepsze, że to jest manipulator. Jak ktoś kantuje i wszyscy wiedzą, że to manipulator, to co to za manipulator? W przypadku oceny skuteczności mediów mamy do czynienia z wieloma czynnikami, w zależności od tego, czy są interaktywne, czy to portal, czy radio, różne są programy, formuły, w środku jest dziennikarz, jest właściciel..

 

A czym jest dziś informacja?

My lansujemy tezę, że każdy człowiek ma swoje przyzwyczajenia w pozyskiwaniu informacji. Wstaję rano, mam trzy portale prawicowe – sprawdzę, co tam jest, to mi zajmuje mniej więcej 15 sekund, są bowiem nudne jak flaki z olejem. Wie pan, co to jest redundancja? To jest stosunek zawartości informacji do kanału – jakby przed panem stanął niebieski słoń ze skrzydełkami i powiedział „jestem niebieskim słoniem ze skrzydełkami”, to jest zero informacji, czyli redundancja jeden. Media prawicowe w większości są nudne jak flaki z olejem, bo tam wychodzi facet, by mówić/gadać/pisać, a właściwie nic by nie musiał robić – postałby i tak wiemy, jakie ma poglądy. Zresztą, wie pan, na prawicy nie można mieć niesłusznych poglądów, bo kopa się dostanie, od cycka zaraz będzie ktoś odsunięty i będzie kit z okien wyjadał.

Ale wracając do tematu, każdy człowiek ma swój pomysł na organizowanie sobie świata informacji. Ja już od dawna nie czytam gazet, uważam, że jest to strata czasu i pieniędzy, oglądam tylko parę portali, z internetu wydłubuję tylko jakieś tam naukowe rzeczy albo rozrywkowe. Właściwie do portali też rzadko zaglądam – gdyż te, które nawet zapowiadały się na dobre, są nudne, w kółko tam jest to samo, wciąż są ci sami aktorzy.

W zależności od tego, jak my, ludzi nauczymy, jak mają pływać w tym świecie informacji, to tak będzie... Mam kolegów z siłowni i tam spotykam normalnych ludzi – i oni ignorują tę sferę medialną, żyją rzeczami, które ich interesują: jeden ogląda tylko kanały sportowe, inny interesuje się cudami, są tacy, którzy są zanurzeni w świecie własnej łydki – wie pan, łydkę jest trudno „zrobić” (śmiech)

Ale zwykli ludzie nie mają zbyt wiele czasu, by analizować informacje, które przekazują im gadające głowy. Po prostu – po ciężkim dniu włączają dziennik do kolacji, żeby się dowiedzieć, co się dzieje.

I to wygląda tak, że z telewizji jakaś baba grubym głosem, albo jakiś Kraśko, gada niestworzone pierdoły. Gmyz kiedyś powiedział, że nigdy nie ogląda materiałów, które nie są na żywo, jak są montowane, to jego to już nie interesuje. A oglądanie telewizji, wiadomości, to jest robienie sobie świadomie dziur w głowie – sam ich układ jest tendencyjny – są dwa elementy, pokazują „łyse, chore dziecko”... a kilka chwil dalej, jakiś materiał o tym, że ojciec swojemu dziecku urżnął łeb... Od emocji do emocji – to ma wszystkie cechy prania mózgu. Tu jest taki przekaz, że „my, tutaj, ludzie, którzy do was mówimy, opiekujemy się takimi dziećmi, a wy jesteście tacy...” – tutaj pewnie powinno paść grubsze słowo. I tu wchodzi tzw. efekt trzecie osoby – większość ludzi jest absolutnie przekonana, że jest odporna na propagandę. Niedawno napisaliśmy artykuł jej poświęcony i powołujemy się na jednego specjalistę od mediów, który powiedział, że żeby nam się udało jej umknąć, to należałoby pracować trzy, cztery godziny dziennie i móc dyskutować o tym, co się ogląda i o swoich wnioskach. Przekaz z telewizora traci bowiem siłę, kiedy ogląda pan to z kimś i zaczyna o tym dyskutować. Dlatego, jeśli ktoś jest odpowiedzialnym rodzicem, to od najmłodszych lat, już gdy dzieci oglądają bajki, spędza ten czas razem z nimi. Pamiętam, że jak moje dzieci były małe, to zachwycały się „Harrym Potterem”, a ja swojemu synowi mówiłem wtedy, że to syf, a on tego bronił. Usiedliśmy razem, obejrzeliśmy, doszliśmy do wniosku, że pod każdym względem jest to słaby film i toksyczna literatura – ale to trzeba było przeżyć razem. Córka brata, gdy była mała, słuchała muzyki, w której od przekleństw aż dymiło – usiadł z nią, przeanalizował teksty, część była dobra, część niedobra i sprawa była załatwiona. Samo zabranianie nic nie daje.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

sobota, 12 wrzesień 2015 11:24

Boko Haram, krwawa twarz islamu

Porwanie w kwietniu zeszłego roku 276 nigeryjskich dziewcząt przez islamistów z Boko Haram spowodowało, że chociaż na chwilę oczy świata zwróciły się na tragedię dotkniętych tą plagą ludzi. Nic to, że później nastąpiły kolejne zbrodnie, mordy i niszczenie całych wiosek i miast. Zachód dziś mało przejmuje się tym, co się dzieje w okolicach Jeziora Czad.

Cierpienia przede wszystkim mieszkających tam chrześcijan nie rusza sumień jego sytych i bezpiecznych mieszkańców. Dopiero takie wydarzenia jak zamachy terrorystyczne w Paryżu na redakcję satyrycznego obrazoburczego magazynu „Charlie Hebdo” i sklep koszerny powodują, że świat polityki, mediów i kultury wyraża swoje oburzenie i wspólnie maszeruje przeciwko terroryzmowi.

Jak doszło do tego, że Chiny, a wraz z nimi inne kraje BRICS, rzucają wyzwanie państwom Zachodu pod względem rozwoju ekonomicznego i domagają się, by ich głos był lepiej słyszalny w strukturach międzynarodowych?

Czy kraje BRICS będą rządzić światem – takie futurystyczne pytania są coraz częściej stawiane w zachodnich mediach. Już nikt się z tego nie podśmiewa, tak jak z coraz silniejszej pozycji we światowej gospodarce Państwa Środka. Członkowie BRICS, czyli Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA – różnią się potencjałem gospodarczym, ludnościowym, demograficznym, kulturą, tradycjami i pozycją w świecie. To może powodować spięcia w samej organizacji, kłótnie i obawy, że Chiny będą chciały zdominować resztę partnerów, by realizować swoje interesy. Czy rzeczywiście tak może być? W końcu Pekin ma w tradycji raczej ukrywać swoje plany, nie chwalić się swoją potęgą, a raczej pomału, krok po kroku rosnąć w siłę. Może rzeczywiście BRICS służy jego komunistycznym władzom za parawan, dzięki któremu łatwiej będzie im rozszerzać swoje wpływy i niwelować amerykańskie?

Sprawę tę należy rozpatrywać na płaszczyźnie nie tylko gospodarczej, ale i geoekonomicznej. Państwa, które mają bardzo duży potencjał ekonomiczny, mogą aspirować do roli geopolitycznej – wszystko jedno czy regionalnej, czy globalnej. W tymkontekście państwa BRICS są bardzo nierównomierną grupą. Dlatego, że jest bardzo wyraźna różnica pomiędzy np. Brazylią czy RPA, a Chinami albo Rosją. Jeżeli chodzi o Państwo Środka, to jest to nie tylko mocarstwo o skali azjatyckiej, czyli regionalnej, ale stało się ono konkurentem dla USA jeśli chodzi o pozycję światową – to jest zupełnie inna półka.

Chiny nie są dziś w zasadzie partnerem dla Europy ani dla najważniejszych europejskich państw. Jeśli jeszcze 10 lat temu Stary Kontynent na poważnie mówił, żeby rywalizować z nim w sensie ekonomicznym, to w zasadzie w tej chwili ani cała Europa, ani poszczególne państwa, nie są na takim poziomie rozwoju, żeby nawiązać jakąś rywalizację w sensie geoekonomicznym. Z punktu widzenia Chińczyków, podobnie jak większości innych obserwatorów zewnętrznych, Unia nie jest w ogóle uznawana za aktora geoekonomicznego. Postrzegają UE jako pewnego rodzaju obszar współpracy, w którym grają rolę największe państwa członkowskie. Jest to obszar, na którym wspomniane państwa decydują pod względem politycznym i gospodarczym, gdzie mogą uzyskać wpływy i budować swoją pozycję międzynarodową, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Europy. Chińczycy w zasadzie już tylko Niemców postrzegają jako mocarstwo, z którym warto się liczyć w tej części Europy.

 

Na czym im zależy? Wydaje się, że kraje te najbardziej łączą ze sobą antyzachodnie zacietrzewienie. Jedne czerpią je z okresu kolonializmu, inne zaś z chęci sprzeciwienia się obowiązującemu układowi w światowej gospodarce.

Wszystkie kraje BRICS-u mają swoje cele i czerpią korzyści z tej współpracy. Poprzez jej intensyfikację na arenie międzynarodowej wypracowują one instrumenty balansowania i ograniczania wpływów Zachodu. Dlatego też wspólnie próbują domagać się od niego większego głosu i wpływania na decyzje w różnych organizacjach międzynarodowych – przede wszystkim gospodarczych, które były do tej pory w zasadzie zmonopolizowane przez państwa zachodnie. Mowa tu m.in o Międzynarodowym Funduszu Walutowym i Banku Światowym. Państwa Zachodu dzieliły się tam wpływami, ale w największym stopniu obie instytucje kontrolowane są przez USA. Teraz się okazuje, że pod względem potencjałów gospodarczych niektóre stolice spoza szeroko rozumianego Zachodu mogą być jak najbardziej równorzędnymi partnerami dla niejednej europejskiej, szczególnie biorąc pod uwagę, że Unia od kilku lat jest w kryzysie. Tak więc państwa BRICS starają się współpracować, po to, by dopominać się o swoje prawa.


Na jakich płaszczyznach kraje te starają się podważać dotychczasową supremację Zachodu?

Z punktu widzenia geoekonomicznego mamy trzy segmenty gospodarki światowej, które liczą się w sensie geopolitycznym: kwestię handlu, segment instytucji finansowych i kwestię waluty. W nich wszystkich mamy ewidentnie wyraźną próbę ofensywy krajów BRICS, ale przede wszystkim Chin. Dążą one do uzyskania wpływu w ramach starych instytucji kontrolowanych przez Zachód. Nie do końca się to udaje, biorąc pod uwagę, że na przykład reforma systemu głosowania w MFW od pięciu lat nie może zostać wdrożona z powodu blokady politycznej w USA. Dlatego coraz śmielej Pekin dąży do kreowania nowych instytucji międzynarodowych, które de facto przejmą ciężar politycznego przywództwa z rąk dotychczasowych liderów zachodnich.


Jak to wygląda?

Tutaj dobrym przykładem jest Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych, który zakładają Chińczycy. On póki co jest bankiem regionalnym, ale ma światowe ambicje. Ku przerażeniu Waszyngtonu zgłosiło do niego akces już kilka krajów UE, w tym ich największy sojusznik europejski, tj. Wielka Brytania, jak również inne wiodące państwa Starego Kontynentu: Francja, Niemcy i Włochy. Stało się tak pomimo tego, że od dwóch lat prosił on swoich sojuszników, by broń boże nie skorzystali z tego zaproszenia. Oni doszli jednak do wniosku, że biorąc pod uwagę aspekty gospodarcze i polityczne, lepiej być w tej instytucji niż być poza nią. Mocno zastanawiają się nad wejściem do tego Banku inni sojusznicy USA, tym razem azjatyccy, m.in. Australia i Korea Południowa. One obserwują po prostu, jaką potęgą gospodarczą są już teraz Chiny.

W tej chwili niektórzy amerykańscy politycy skrobią się po głowie, gdyż czują, że popełnili taktyczny błąd, mogli się bowiem starać kontrolować od wewnątrz Chińczyków, a teraz nie mają do tego żadnych instrumentów, no chyba że będą prosili Brytyjczyków, o to żeby, tak jak w UE, byli ich ambasadorami lub cichymi rzecznikami. To pokazuje, że w segmencie instytucji finansowych zachodzi na naszych oczach wyraźna zmiana władzy. Te instytucje założone przez USA i w dużym stopniu przez nie kontrolowane, słabną, ich wiarygodność jest podważana. Przykładowo mówi się, że pożyczki, które Międzynarodowy Fundusz Walutowy udzielił Grekom i w tej chwili udziela Ukrainie, są nie do odzyskania. To bardzo obniży wiarygodność tej instytucji.

Tak jak wspomniałem, mamy też ogromne problemy z jej reformą, z ustaleniem parytetów, składek itd. i w takich realiach powstaje nowa instytucja, która ma nowego lidera, do którego przyłączają się wszystkie kraje chcące robić interesy Azji i widzące korzyści z kooperacji z tym rynkiem. W konsekwencji będą one wcześniej lub później przyjmowały chińskie reguły gry dotyczące wymiany gospodarczej na tym rynku.


Jakie to są reguły gry, czym one się różnią od tych preferowanych przez Zachód, czy stanowią dla nas – Starego Kontynentu – zagrożenie? Czy rzeczywiście Chiny tak dobrze się rozwijają? Słychać głosy, że dzieje się tak, ponieważ zaczęły z niskiego pułapu, wciąż nie są tak innowacyjne jak kraje Zachodu. Nie wiadomo też, czy przypadkiem rozwój ten nie wpłynie na zmiany społeczne, które będą ewoluować w kierunku buntu społecznego. Jak długo jeszcze ludzie będą się godzić na ciężką pracę w tak złych warunkach i przy tak niskich stawkach? Partia komunistyczna wciąż będzie potrafiła utrzymać społeczeństwo w ryzach?

Poruszył pan wiele istotnych kwestii w jednym pytaniu. Po pierwsze musimy zdać sobie sprawę, że Chińczycy promują własną wersję kapitalizmu. Nie są to reguły oparte na neoliberalizmie, ale na bardzo silnej obecności państwa w gospodarce. Państwo jest zaangażowane w stymulowanie rozwoju, a wzrost gospodarczy jest nadrzędnym celem geopolitycznym, gdyż prowadzi do wzrostu potencjału Chin na arenie międzynarodowej. Szerzej piszę o tym w swojej książce W poszukiwaniu geoekonomii w Europie. Chińczycy dążą do wypromowania bardziej stabilnych reguł gry w gospodarce międzynarodowej, co ma ich zabezpieczyć przed coraz częstszymi kryzysami w gospodarce globalnej pod rządami mocarstw zachodnich. Jednym z elementów tej stabilności ma być siła finansowa Państwa Środka, wieloletni rozwój tej gospodarki, jak również ograniczenie nadmiernej w ich przekonaniu liberalizacji na rynkach finansowych. Mówiąc krótko, pragną wszystkich przekonać na własnym przykładzie, że ich reguły gry kapitalistycznej będą lepiej służyły rozwojowi, że ograniczą skalę i liczbę kryzysów.

Po drugie, Chiny przechodzą od gospodarki opartej na taniej i nisko wykfalifikowanej sile roboczej do gospodarki coraz bardziej zaawansowanej technologicznie, w tym lepiej opłacanych i wykształconych pracownikach. Wyższe płace sprzyjają też zrównoważeniu tej gospodarki, tj. uzupełnieniu profilu proeksportowego o zwiększający się popyt wewnętrzny. Co ciekawe, wyższe koszty pracy wcale nie powodują masowego odpływu inwestorów zagranicznych. W Chinach wręcz brakuje rąk do pracy, a firmy konkurują o najlepiej wykształconych robotników. Nie wydaje mi się, aby były to warunki do buntu społecznego. Dodać można, że wprawdzie obserwujemy obecnie nadwyżkę kapitału odpływającego z Państwa Środka (w stosunku do zewnętrznych inwestycji), ale jest to przede wszystkim związane z coraz bardziej dynamiczną ekspansją inwestycyjną firm chińskich za granicą.

Po trzecie, wszystko, co powiedziałem, nie oznacza, że Chińczycy nie mają problemów. Zmagają się z negatywnymi zjawiskami, takimi jak zanieczyszczenie środowiska, nadmierne zadłużenie miejscowych firm i władz lokalnych, słabnięcie tempa wzrostu gospodarczego i inflacja. W tym samym czasie odnotowują rekordy w nadwyżce handlowej, czego bez wątpienia jednym z powodów jest prezent od amerykańskiego FED w postaci wzrastającego kursu dolara. Co jednak najważniejsze, władze centralne dość sprawnie odpowiadają na kolejne napięcia i problemy, utrzymując przy tym strategiczny kierunek przekształceń narodowej gospodarki.

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Z Januszem Szewczakiem, głównym ekonomistą SKOK rozmawia Aleksander Kłos

Formą wymiaru postkolonialnego czy półkolonialnego jest możliwość niezwykłej skali manipulowania kosztami, w Polsce podatek CIT od przedsiębiorstw płaci raptem ok 40 proc. a reszta nic.

środa, 04 luty 2015 00:00

Widzę światełko w tunelu

Z Krzysztofem Rybińskim rozmawia Aleksander Kłos

Demokracja przestała funkcjonować, rządzą banksterzy, którzy mówią ludziom, na kogo mają zagłosować. W tej chwili najważniejszymi graczami na arenie międzynarodowej są banki centralne. Często są to np. pracownicy Goldman Sachs.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.