czwartek, 26 kwiecień 2012 01:05

Bój o tożsamość Starego Kontynentu

Napisał

Z profesorem Janem Żarynem rozmawia Aleksander Kłos

Tak często załamuje się ręce nad poziomem wykształcenia w szczególności ludzi młodych, utyskuje się, na coraz niższy poziom edukacji i na brak zainteresowania uczniów literaturą, kulturą i historią. Od dłuższego czasu jesteśmy świadkami zmian w edukacji, które zamiast przeciwstawiać się tym tendencjom wzmacniają je. Najmocniej obrywa się historii. Czy oznacza to, że III RP nie chce zaopatrzyć młodego pokolenia w wiedzę dotyczącą poprzednich pokoleń, ich dorobku, osiągnięć? Przecież historia jest jednym z najważniejszych elementów w kształtowaniu tożsamości narodowej.

 

Pierwsza odsłona protestu polegała na próbie dojścia profesorów wielu uniwersytetów pod kierunkiem głównego organizatora prof. Andrzeja Nowaka do minister Katarzyny Hall. Nie przyniosła ona powodzenia i 23 grudnia 2008 roku została wpisana nowa podstawa programowa, jako obowiązująca od następnego roku szkolnego. Wtedy jednak, poza tą nieliczną grupą naukowców, znacząca część społeczeństwa polskiego, w tym opiniotwórcze środowiska, nie bardzo przejęły się tym zagrożeniem. To był zapewne jeden z głównych powodów, że ministerstwo zdecydowało się pominąć głosy protestujących. Rządzący dali tym sposobem do zrozumienia, że rozmawiają tylko wtedy, gdy użyje się jakiegoś brutalniejszego nacisku.

W jaki sposób doszło do rozszerzenia się protestu?

Sytuacja zaczęła trafiać do świadomości opiniotwórczych gremiów w Polsce, wtedy gdy ludzie zrozumieli, że program ten jest realizowany nie tylko w gimnazjum, ale od przyszłego roku znajdzie się też na poziomie licealnym. To zaowocowało wzmocnieniem protestu i głodówką działaczy opozycji lat osiemdziesiątych w Krakowie. To jest przykład praktyki, jaka wytworzyła się w Polsce między rządzącymi a rządzonymi. Przedstawiciele władzy dają jednoznaczne sygnały, że nie są zainteresowani dialogiem z tymi, którzy są przeciwni ich decyzjom. Doświadczone takim sposobem sprawowania władzy społeczeństwo zmuszone jest używać bardzo drastycznych argumentów, mających na celu wymuszenie zmiany spojrzenia na nie i podejście do niego z większym szacunkiem.

Głodówka wydaje się ostatecznością.

Ten protest głodowy przypomina lata PRL-u, gdy fundamentalną rzeczywistością był podział na My i Oni. Podejrzewam, że jest to dla rządzących bardzo nieprzyjemny sygnał, sami jednak doprowadzili do takiej sytuacji. W warunkach niepodległego państwa taka forma protestu nie powinna się zdarzać, gdyż powinien istnieć dialog społeczny. Niestety, w RP nie ma co na niego liczyć.

Czy rzeczywiście ta reforma jest na tyle zła, że wymaga tak radykalnych środków protestu? Wiele środowisk lewicowo-liberalnych, choć wprost nie popiera reformy, to argumentuje, że zmianie powinno zostać poddane samo nauczanie historii. Adam Leszczyński przekonywał w „Gazecie Wyborczej”, że podręczniki historii są niesłychanie tradycyjne i koncentrują się głównie na historii politycznej, i to pisanej z perspektywy polskich elit (głównie inteligencji) (…) o kobietach, mniejszościach czy ludziach z niższych klas społecznych uczeń dowie się bardzo niewiele.

Nie da się ukryć, że największą wadą nowej podstawy programowej jest to, iż kurs ogólnokształcący w polskiej szkole kończy się nie maturą, ale na poziomie pierwszej klasy licealnej czy ponadgimnazjalnej. Jest to zarzut nie tylko dotyczący historii, ale wszystkich przedmiotów, które przestały mieć status obowiązkowych, czyli takich, które wypełniają ogólne wykształcenie każdego młodego człowieka. Tylko że w przypadku historii jest to dużo boleśniejszy eksperyment, który powoduje, że młodzi ludzie dowiadują się po raz ostatni o Polsce Piastów w wieku lat 13, o Polsce jagiellońskiej, w tym bardzo ważnym narodowym doświadczeniu demokracji szlacheckiej, mając lat 14.

Niewiele się w tym wieku zrozumie. Wielu konserwatywnych publicystów twierdzi, że rządowi i środowiskom lewicowo-liberalnym właśnie na tym zależy, by ludzie coraz mniej z historii rozumieli, dzięki czemu łatwiej będzie można nimi manipulować.

Ten kod kulturowy jest młodzieży dawany na jej poziomie intelektualnym. Wiek XIX, jakże trudny i istotny, jeśli chodzi o formułowanie każdego kolejnego pokolenia, które wchodzi w dorosłe życie, omawia się, gdy uczeń ma lat 15, a dzieje najnowsze w pierwszej klasie licealnej są przerabiane, gdy młody człowieka ma góra lat 16, czasem 17. W takim wieku kończy się edukacja powszechna dotycząca historii, czyli przedmiotu, który kształtuje tożsamość młodego człowieka i wpisuje go w pewien kod kulturowy, dziedziczony przez pokolenia. Niestety, grozi to infantylizacją.

Jaki może być tego efekt?

Na miejsce przekazu kulturowego będzie pojawiać się inny, gdyż luka nie wypełni się zerową treścią, tylko bieżącym życiem i potrzebami współczesnego świata. Ta rzeczywistość nie jest wyalienowana z kontekstu, taki model edukacyjny czemuś służby. W głównej mierze temu, żeby ta generacja młodzieży wpisana została w nowy projekt edukacyjno-europejski. Chodzi w nim o wykształcenie infantylnych, młodych ludzi, którzy pozbawieni są fundamentu kulturowego, zorientowani są jedynie na zdobywanie miejsc pracy, tworzenie horyzontów swoich aspiracji na poziomie konsumpcyjnym, ekonomicznym.

(…)

Czytany 3100 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.