sobota, 07 lipiec 2012 00:24

Kastracja edukacji

Napisał

Jeśli rewolucja polega na natychmiastowym niszczeniu pewnych instytucji, wartości i  reguł, to reforma oznacza ich destrukcję rozłożoną w czasie, a więc destrukcję na raty.

Systematyczny proces niszczenia edukacji  w Polsce, nazywany eufemistycznie reformą, rozpoczął się pod koniec lat 90. ubiegłego wieku wraz z programem tzw. czterech reform realizowanym przez rząd Jerzego Buzka. Program ów okazał się nadzwyczaj skuteczny w każdej dziedzinie, której dotyczył, doprowadzając do rozkładu systemu emerytalnego, systemu ochrony zdrowia oraz administracji regionalnej. Jeśli chodzi o reformę oświaty, na pierwszy ogień poszła edukacja podstawowa i średnia, której zapaść udało się uzyskać w czasie niespełna 10 lat, czyli nadzwyczaj szybko, biorąc pod uwagę fakt, że przetrwała ona niemal pół wieku PRL w stosunkowo niezłej, jak na tamte warunki, formie. Na fali tego niewątpliwego sukcesu rządzący rozpoczęli kilka lat temu wzmożone i systematyczne prace nad rozmontowaniem systemu szkolnictwa wyższego, który, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zostanie doprowadzony do kompletnej zapaści za jakieś pięć-sześć lat.

Oczywiście, można utyskiwać na tempo, w jakim przeprowadzana jest ta reformatorska destrukcja, powołując się choćby na przykład Chin, w których dzięki rewolucji kulturalnej przewodniczący Mao w ciągu zaledwie kilku lat zasadzie całkowicie zlikwidował szkolnictwo wyższe, cofając edukację w całym kraju do poziomu, przy którym tradycyjne szkółki jezuickie mogłyby uchodzić za uniwersytety Ligi Bluszczowej. Jak na reformę jednak, a więc działanie polegające na rozłożonym w czasie, planowym i kontrolowanym procesie rozpadu, polskie władze działały i nadal działają wyjątkowo skutecznie, trzeba bowiem zważyć na to, że funkcjonują w trudnej sytuacji, pozbawionej czynników naturalnie sprzyjających takim zabiegom, a więc wojen, niepokojów społecznych czy katastrof naturalnych. Jeśli więc inwencja i determinacja reformatorów, a także wsparcie z zagranicy nie zawiodą, polski system oświaty wszystkich szczebli powinien zostać około roku 2020 doprowadzony do kompletnej ruiny.

W całą tę reformę edukacji, którą maltretuje się nas od ponad dekady, wpompowano już masę pieniędzy, pokrywających m.in. koszty wdrażania setek albo i tysięcy szczegółowych programów i zmian, do których przygotowania najęto setki albo i tysiące specjalistów i ekspertów, drugie tyle zatrudniając do nadzoru tego wdrażania i innych akrobacji towarzyszących tej zabawie. Wgłębianie się w treść tych programów jest oczywiście całkowicie zbędne, albowiem pomimo rozmaitych werbalnych różnic wszystkie one służą w zasadzie dwóm nadzwyczaj prostym celom: stopniowej demoralizacji edukowanych oraz demoralizacji edukujących. Pierwszy cel osiąga się najkrótszą drogą poprzez obniżanie poziomu przekazywanej wiedzy aż do momentu, w którym nobilitujące niegdyś i pozwalające tworzyć społeczną hierarchię dyplomy dostępne staną się dla ludzi, których nazwanie nierozgarniętymi byłoby przesadną uprzejmością. Argumentuje się zazwyczaj za tym, odwołując się do zużytej, ale wciąż chwytliwej retoryki egalitarystycznej i demokratycznej ? i odwołanie to w sumie jest w pełni zasadne, gdyż jeśli komunizm za Célinem można określić jako ustrój chamów na użytek chamów, to do demokracji jak ulał pasuje parafraza tej lakonicznej definicji: ustrój wymyślony przez idiotów na użytek idiotów (przy czym należałoby dodać, że wśród tych, którzy go idiotom wciskają, przeważają zazwyczaj cwaniacy).

To demokratyczne zidiocenie ma wszakże całkiem racjonalne uzasadnienie: baranami łatwiej rządzić, a przede wszystkim można je ? niczego nie podejrzewające ? systematycznie strzyc. Kiedy władze Generalnej Guberni decydowały o tym, jaki system edukacji byłby najlepszy dla Polaków jako podludzi, mających dzielnie pracować na rzecz zjednoczonej pod wodzą III Rzeszy Europy, postanowiono ograniczyć edukację do tego, co pozwoli tubylcom radzić sobie w życiu. Polak miał umieć liczyć do 500, podpisać się, ewentualnie czytać w zakresie umożliwiającym zrozumienie rozporządzeń władzy; nauka historii, literatury, filozofii i tym podobnych przedmiotów została zakazana. Zabawne ? a może i smutne ? jest to, że obecnie w modzie są niezwykle podobne, ?pragmatyczne? w duchu rozwiązania (choć jako ich patrona nie podaje się Himmlera, lecz Johna Deweya). Ich najlepszą ilustracją jest opinia jednego z ojców edukacyjnych reform, który stwierdził, że w szkole uczeń powinien przede wszystkim nauczyć się wypełniać formularz PIT. Nic lepiej nie pokazuje prawdziwych celów wszelkich edukacyjnych reform proponowanych przez demokratyczną władzę. Chodzi wyłącznie o hodowlę tłustego płatnika podatków, który pobekując radośnie żywił będzie rozrastającego się lewiatana. Wszystkie szczegółowe zabiegi, wszystkie te programy i systemy, opasłe komentarze i akty prawne są jedynie retoryką opakowującą ten prosty pomysł, w którego realizacji dzisiejsze władze są w stanie prześcignąć Generalne Gubernatorstwo. Temu właśnie służy przekształcenie matury w teleturniej dla szaradzistów, zastąpienie egzaminów na studia rywalizacją na punkty niczym w grze w kulki oraz uniformizacja programów nauczania wszystkich szczebli wedle jakichś pokrętnych kryteriów wyglądających, jakby przygotowywał je zespół pracoholików na przymusowym odwyku.

(?)

Czytany 5245 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.