niedziela, 02 wrzesień 2012 11:29

? qu?on n?en parle plus

Napisał

Nicolás Gómez Dávila napisał kiedyś, że wolność polega na możliwości wy­brania sobie pana, któremu będziemy służyć. Dla współczesnych my­ślicieli politycznych, nieważne czy są wyznawcami Marksa, czy Milla, Gramsciego czy Hayeka, definicja ta brzmi wręcz potwor­nie i wydaje się barbarzyńską skamienieliną z jakiegoś dawno zatopionego świata, którą przez pomyłkę fale wyrzuciły na brzeg liberalno-demokratycznego kosmopolis.

Dlaczego to realistyczne i sceptycz­ne zarazem określenie wydaje się dziś tak obce? Prawdopodobnie dlatego, że odzwyczailiśmy się i od realizmu, i od sceptycyzmu. Obie postawy wymagają bowiem zdrowego rozsądku i pokory, dóbr deficytowych w czasach, kiedy ludzie potrafią z głupawą radością uważać się za panów stworzenia, podczas gdy w grun­cie rzeczy skaczą niczym małpy uwie­szone katarynki wśród dekoracji zmon­towanych wedle recept trzecioligowych autorów fantastycznych. Wracając do definicji ? jej znaczenie, prócz tego, że gasi nasz nowożytny zapał i egalitary­styczną naiwność, pozwala również na szerokie rozumienie wolności, nie tylko jako relacji człowieka z innymi ludźmi czy instytucjami, ale również ze zdarzeniami, opiniami, ideami ? całym otaczającym go światem. Zawsze bowiem mieć będziemy pana, problem polega na tym, kto lub co nim będzie ? komu lub czemu będziemy służyć. Możemy nazwać to nieuchronnym zniewoleniem ? niech będzie ? ale w takiej sytuacji, jak pisze Gómez Dávila, absolut­na wolność okazuje się tylko absolutną szansą, że rozkazywać nam będzie pan najbardziej nikczemny. Tym panem może być oczywiście inny człowiek, aparat pań­stwowy, policja, dyktator, jednak służba ma szersze znaczenie, dotyczy bowiem po prostu wszystkiego, co nami kieruje, na czym jesteśmy skupieni czy zafikso­wani, co nas stale porusza, co jest w stanie pochłonąć nas, co wciąż analizujemy, badamy, zgłębiamy, komentujemy, czemu poświęcamy czas ? i w tym sensie naszym panem mogą być czynności, przedmioty, koncepcje, idee, marzenia i urojenia.

Otaczający nas świat wykształcił mnóstwo precyzyjnych i przemyślnych sposobów zatrzymywania naszej uwagi; każdy punkt czasoprzestrzeni domaga się od nas skupienia, każda informacja chce być pochłaniana i jak najdłużej trawiona, każda czynność żąda od nas pełnego po­święcenia. W obliczu tego pęczniejącego, buczącego ula człowiek jest bezbronny, a ironia losu polega na tym, że wkła­dając olbrzymi wysiłek w zdobywanie coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi pozwalających dziobać i połykać grudy informacyjnego chaosu, nie dostrzega on, że w gruncie rzeczy dziewięćdziesiąt pro­cent tych wiadomości jest bezużytecznych, a co najmniej połowa z nich szkodliwa, choćby dlatego, że służy jedynie odwraca­niu uwagi, potęgując duchowe rozchwianie i otępienie. Oprócz wchłaniania musi być jeszcze czas na spokojne przetrawienie, a potem oczyszczenie organizmu z toksyn ? inaczej czeka nas duchowa sepsa. Konrad Lorenz twierdził, że ewolucja polega na stopniowym zdobywaniu informacji po­zwalających tworzyć coraz lepsze sposoby zdobywania kolejnych informacji, można jednak odnieść wrażenie, że ta defini­cja wyraża jedynie optymizm i entuzjazm człowieka sprzed stulecia, który nie może nacieszyć się wynalazkami w rodzaju tele­grafu bez drutu. Istnieje granica, poza którą informacje przestają służyć organizmowi i opanowują go, wskutek czego on sam za­czyna służyć informacjom, przekształcając się w rodzaj bionicznego odbiornika, który ostatecznie ginie od nadmiaru bodźców.

Skoro komuś bądź czemuś trzeba służyć, dobrze jest dysponować jakimś kryterium oddzielającym to, co ważne, od tego, co bezwartościowe. Na pierw­szy rzut oka problem ten wydaje się skraj­nie trudny i wymagający niekończących się filozoficznych dociekań, w istocie jednak jego ogólne rozwiązanie jest dość banalne. Rzeczy ważne to albo sprawy najbardziej namacalne, bliskie, bezpośred­nie i konkretne, albo najbardziej odległe, fundamentalne, bezczasowe, idealne. Cała reszta to strata czasu. Służba wszyst­kim tym pośrednim bożkom, którzy na co dzień starają się walczyć o nasz łaska­wy wzrok, w ostatecznym rozrachunku prowadzi do degeneracji i wyjałowienia, którego nawet nie jesteśmy w stanie do­strzec ? właśnie dlatego, że pochłonięci jesteśmy zaspokajaniem zbyt wielu nazbyt przeciętnych panów.  

Nie znaczy to, że ta sfera pośrednia ? a więc ów cały świat, którym zarazem cały świat żyje, trawiąc sam siebie ? w ogóle nie zasługuje na uwagę. Zapewne warto jej się przyjrzeć, nawet dogłębnie, choćby po to, aby wiedzieć, dlaczego lepiej zacho­wać wobec niej dystans, nie pozwalając, by nami zawładnęła i uczyniła swymi sługami. Nie trzeba ani wiele czasu, ani jakiejś szczególnej bystrości, żeby do­strzec rzeczy takie, jakimi są ? i jakimi prawdopodobnie być muszą, gdyż taka po prostu jest ich natura, jak to się czasem nie­co pretensjonalnie mówi. A kiedy wiemy już, w jakich odwiecznych koleinach toczy się ów świat, który codziennie próbuje nas uwieść i skłonić do poświęcenia mu uwagi, nie ma potrzeby powtarzać tego na okrągło sobie i innym. Odkrywanie wciąż na nowo, że ludzie są głupi i podli, że politycy to łaj­dacy i złodzieje, że intelektualiści to grupa ograniczonych kabotynów o chomiczych mózgach, że świat artystyczny w swojej pospolitej tępocie nie jest wstanie wznieść się poza wymęczoną błazenadę, że tak zwani prości ludzie, w których lokują swe marzenia rewolucjoniści i reformatorzy, to gromada pędzonych resentymentem prostaków i zwykłych szumowin ? ob­wieszczanie tym podobnych oczywistości dzień po dniu, rok po roku, artykuł po artykule, powieść po powieści jest na dłuż­szą metę pozbawione sensu i kompletnie bezpłodne. Podobnie jak powtarzanie do znudzenia, że demokracja to ustrój kulawy pod każdym względem i skrajnie demora­lizujący, że w gruncie rzeczy i tak rządzi siła i pieniądz, że państwo współczesne to wyspecjalizowana maszynka do dojenia i łupienia ludzi, których zarozumiałość i tępota skądinąd uzasadniają traktowanie ich jak baranów, że rolą mediów jest syste­matyczne upowszechnianie półprawd bądź kompletnych kłamstw, a rolą odbiorców połykanie tej brei, odurzanie się nią i na do­datek jeszcze płacenie za nią, gdyż to wła­śnie medialne konopie pakowane ludziom do łbów w ilościach hurtowych pozwalają im pracować dzień po dniu, wykonywać skrajnie ogłupiające i jałowe czynności. A na dodatek postrzegać je jako namiast­kę absolutu i poświęcać im całą swoją beznadziejną egzystencję, dzięki czemu przeciętny człowiek jedynie w nielicznych przerwach od całego tego normalnego ży­cia jest w stanie uchwycić mętną poświatę myśli błąkającej się gdzieś w zakamarkach czaszki, że ostatecznie każdy ludzki trud, każde ludzkie życie, jakiekolwiek by było, zostaje zdmuchnięte ot tak, bez żad­nej wzniosłości i bez głębszego powodu, kończąc się albo w ułamku sekundy krót­kim jak pstryknięcie palcami, albo w roz­ciągniętej w czasie i poniżającej agonii, pozostawiając nas, tak jak wszystkich przed nami, na pastwę wiecznej zagadki ? wszystko są to sprawy oczywiste i tak banalne, że nie ma sensu ich dwa razy powtarzać. Jeśli ktoś jest wystarczająco zdyscyplinowany i uważny, aby dostrzec to od razu, nie będzie tracił czasu i talentu na powtarzanie w różnych tonacjach nud­nego refrenu. Jeśli zaś ktoś już w to za­brnął, to przecież zawsze może się zdobyć na swobodny gest i wycofać się z tej służ­by, póki nie jest za późno, póki nadmierna koncentracja na absorbującej codzienności nie wyjałowiła go doszczętnie, dopóki ma on jeszcze tę odrobinę siły koniecznej do oddalenia się od siebie i od tego nużącego świata, zresztą nie mówmy o tym więcej.  

Czytany 4980 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.