piątek, 12 kwiecień 2013 01:25

Zachód może zginąć, ale tylko wraz z ludzkością

Napisane przez

Z Dariuszem Gawinem rozmawia Petar Petrović

Niedługo minie wiek od czasu, gdy Oswald Spengler opublikował Zmierzch Zachodu. Temat upadku naszej cywilizacji jest stałym motywem rozważań filozofów, politologów, pisarzy ? w 2002 r. temat ten podjął Pat Buchanan w Śmierci Zachodu. Czy uważa pan, że proces ten jest rozłożony w czasie i czeka naszą cywilizację ?powolne gnicie?, czy może sytuacja dojdzie do takiego momentu, że staniemy się świadkami gwałtownej erupcji?

Dla Spenglera i jego pokolenia kryzys Zachodu był de facto kryzysem Europy i rodzajem samobójstwa dokonanego przez Stary Kontynent w czasie pierwszej wojny światowej. Dzisiaj problem ten wygląda trochę inaczej dlatego, że wtedy pojęcie Zachodu w nikłym stopniu obejmowało Stany Zjednoczone. Nie istniała wyraźna świadomość, że Zachód jest pojęciem szerszym niż Europa, cywilizacja zachodnia ograniczała się w ich odczuciach do naszego kontynentu. To mocarstwa europejskie miały na całym świecie kolonie, to Anglia, Francja, w mniejszym stopniu Niemcy czy nawet Belgia ? były państwami, które rządziły światem w sensie przenośnym i dosłownym. Z tego powodu mieliśmy do czynienia z szokiem, gdy Rosjanie przegrali wojnę z Japończykami.

Pierwsza wojna światowa przyniosła załamanie wyobrażenia, że Europa jest przodującą częścią świata. W pewnym sensie uruchomiła ona proces, który część historyków nazywa drugą trzydziestoletnią wojną europejską. Sekwencja pierwszej wojny światowej, rewolucji bolszewickiej i tworzenia nowej mapy Europy, narodziny nazizmu i faszyzmu, a potem druga wojna światowa ? wszystko to układa się w jeden wielki konflikt, który absolutnie zmienił i zniszczył dawną Europę. Spengler był przedstawicielem pokolenia, na którego oczach ona się rozsypywała ? my już nie znamy tego świata. Myśmy się wychowali w świecie, który ukształtowały wydarzenia europejskiej wojny trzydziestoletniej oraz dwa totalitaryzmy, które z tego konfliktu się zrodziły. Polacy mają dłuższe doświadczenie tej wojny, ona na Zachodzie skończyła się w 1945 roku, a na Wschodzie trwała praktycznie do 1989. Dla nas oczywistą sprawą jest to, że pojęcie Zachodu obejmuje Stany Zjednoczone, co więcej, wciąż traktujemy je jako przywódcę tego świata. Zastanawiając się nad kryzysem Zachodu, musimy rozważyć, w jakiej sytuacji jest Europa, w jakiej są Stany Zjednoczone i kraje anglosaskie, rozsiane po świecie, przecież Zachód to także Kanada i Australia.

Wydaje się, że najgorsza sytuacja jest na Starym Kontynencie. Konserwatyzm, prawicowość, odwoływanie się do wartości chrześcijańskich, do tradycji ? praktycznie nie istnieje. W zachodniej Europie rządzą lewicowo-liberalne idee, a politycy prześcigają się we wprowadzaniu coraz bardziej postępowych praw. W USA mamy wciąż wojnę kulturową, prawda?

Z Europą jest źle, gdyż jest w stanie głębokiego kryzysu, mam wrażenie, że w USA, chociaż nie wszystko idzie tak, jak byśmy chcieli, to sytuacja znacznie się różni. Nie są one aż tak podatne na kryzys cywilizacyjny czy kulturowy, jaki dotyka Europę, wciąż potrafią działać w świecie w taki sposób, w jaki kiedyś zachowywali się Europejczycy, a do którego nie są już zdolni. Ponieważ kryzys dotyczy kultury, to wpływa ona na politykę poprzez to, że ta operuje w sferze pojęć rodzących się w świecie kultury. Jednym z obiektów ataku na tradycyjną kulturę zachodnią jest kwestionowanie istnienia Zachodu, który oskarżany jest o bycie moralnie nagannym, gdyż jest dominującą kulturą, która kolonizowała i wyzyskiwała itd. ? a teraz powinna się roztopić w wielokulturowości. To przekonanie jest bardzo silne, ale wydaje mi się, parafrazując Marka Twaina, że wszelkie informacje o śmierci Zachodu są grubo przedwczesne, gdyż stawał on już przed takimi wyzwaniami.

Europa nie zawsze szła do przodu, ale miała także wielkie okresy upadku, z którego za każdym razem się dźwigała. W przedziwny sposób potrafiła odbudować swoją tożsamość i siłę. Gdybyśmy nie mieli Ameryki jako części Zachodu, to wysoce prawdopodobne byłoby to, że Europa by źle skończyła.

Jednym z obiektów ataku na tradycyjną kulturę zachodnią jest kwestionowanie istnienia Zachodu, który oskarżany jest o bycie moralnie nagannym, gdyż jest dominującą kulturą, która kolonizowała i wyzyskiwała itd. ? a teraz powinna się roztopić w wielokulturowości. To przekonanie jest bardzo silne, ale wydaje mi się, parafrazując Marka Twaina, że wszelkie informacje o śmierci Zachodu są grubo przedwczesne, gdyż stawał on już przed takimi wyzwaniami.

Czy uważa pan, że z tego kierunku może przyjść na Stary Kontynent jakiś impuls ozdrowieńczy?

W krótkiej perspektywie nie, dlatego że USA wybrały prezydenta, jakiego wybrały, i postawiły na taki kurs swojej polityki, że odwracają się od Europy i to nie tylko jej środkowo-wschodniej części, ale od całego Starego Kontynentu. Zostawiają go samemu sobie. Nieprzypadkowo Obama jest nie tylko pierwszym czarnym prezydentem, ale także pierwszym, który nie urodził się na terytorium kontynentalnym Stanów Zjednoczonych, ale na Hawajach (pomijam kwestię tego, gdzie się rzeczywiście urodził, niektórzy uważają, że oficjalna wersja jest nieprawdziwa). On pochodzi z pokolenia, które już nie służyło w armii amerykańskiej i nie walczyło w wojnach, w których Amerykanie bronili wartości Zachodu. Poprzedni republikańscy prezydenci i wiceprezydenci walczyli albo na Pacyfiku, albo w Wietnamie. On ma inny kolor skóry, wyrasta z wizji wielokulturowości i sam jest jej przykładem ? jego drugie imię to przecież Husajn. Ma rodzinne korzenie lewackie poprzez matkę, islamsko-afrykańskie ? poprzez rodzinę ojca. Sam jest wcieleniem wielokulturowej wizji Ameryki, która obecnie politycznie triumfuje i dokonuje wielkiego zwrotu w kierunku Pacyfiku.

W krótkiej perspektywie taki impuls nie nadejdzie, ale w USA już tak bywało, że demokraci i republikanie rządzili przez dwie czy trzy kadencje i następowała zmiana. Ona prędzej czy później w tym kraju nastąpi i do władzy wrócą republikanie. Nie wiem, jacy oni wtedy będą, gdyż sami są w kryzysie, ale dla nich pewne sprawy będą dużo ważniejsze niż dla demokratów.

Z drugiej strony narastający na wielu polach konflikt z Chinami jest sporem o wartości. W tym miejscu warto się zatrzymać i podkreślić, że od przegranej wojny Japończycy są w jakimś sensie częścią Zachodu. Można budować rozmaite analogie, że jest to kultura, która znała feudalizm i arystokrację, miała rycerzy, pierwiastki znanego nam honoru, ale i nacjonalizmu ? co łączyło ich z ludźmi Zachodu. Dzisiaj są postrzegani jako jego część, chociaż jest to inna rasa. Odkąd Grecy pomieszali się z barbarzyńcami w hellenistycznych monarchiach, widzimy, że Zachód jest zdolny do inkluzji. Jego przedstawicielem może być także człowiek żółty czy czarny pod warunkiem, że będzie wyznawał jego wartości, będzie wierzył w demokrację, w zasadę reprezentacji itd. Ale wie pan, cały świat się zwesternizował, w jakimś stopniu stał się Zachodem. Nawet walczący z nim politycy, jak prezydent Iranu ? noszą garnitury, a co najwyżej ostentacyjnie nie zakładają krawatów. Arabowie chodzą w swoich strojach etnicznych, ale jak przyjeżdżają załatwiać interesy, posługują się tym wszystkim, co stworzył Zachód. Nie ma kawałka ziemi na tej planecie, który nie byłby włączony w jedną globalną cywilizację zbudowaną przez Zachód.

Jesteśmy świadkami gwałtownej erozji wartości. Właściwie wszystko to, co stanowiło fundament naszej cywilizacji, jest podważane. Mamy do czynienia z ?kulturą? przełamywania kolejnych tabu, ograniczeń, otwierania się na nowe kultury i ich tradycje, negowaniu świętości i sacrum. To, co kiedyś było uznawane za cnotę, pewne doświadczenie, które warto przekazywać z pokolenia na pokolenie, dziś staje się zbędnym bagażem, ograniczeniem, powodem do wstydu. Już José Ortega y Gasset w Buncie mas przewidywał, że ludzie kultury masowej, którzy każdego dnia rodzą się na nowo, za nic będą mieć doświadczenia poprzednich wieków.

Erozja wartości jest dużo bardziej widoczna w Europie niż w USA, gdyż są one pod tym względem o wiele bardziej zachodnie niż Europa. Nawet Obama, który wycofuje wojska z Afganistanu i Iraku, posługuje się przemocą fizyczną jako narzędziem prowadzenia polityki. Jest to zachodnie przekonanie, że jeżeli są jakieś wartości oraz interesy, to broni się ich z użyciem wszystkich instrumentów, łącznie z przemocą fizyczną. On jest niechętny wysyłaniu żołnierzy, ale to za jego prezydentury, już za pierwszej kadencji, a w drugiej to się nasiliło, używa na niebywałą skalę dronów, które oczywiście rodzą wiele problemów. Podejrzewam, że jak kiedyś jego administracja odejdzie w przeszłość, to będzie mu to tak samo wyciągane jak republikanom przesłuchania z podtapianiem więźniów, gdyż są to działania z szarej strefy prawa międzynarodowego. Pokazuje to jednak, że Amerykanie są cały czas tymi samymi Amerykanami, przy wielkich różnicach pomiędzy demokratami i republikanami. (...)

Czytany 3487 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.