poniedziałek, 21 październik 2013 23:11

Nie dostosowujmy się do odbiorców

Napisał

Z Mateuszem Matyszkowiczem, dziennikarzem ?Teologii Politycznej?, rozmawia Aleksander Kłos

Nasza strona się ujednolica, coraz mniej jest starć, dyskusji wewnątrzprawicowych, wewnątrzkonserwatywnych. Jeżeli już się pojawiają, to na tle ekonomicznym i wynikają raczej z powodu konkurencji między tytułami i właścicielami niż z rzeczywistych różnic ideowych i postrzeganiu rzeczywistości. Jedyne, co może uratować nasze media, to cywilna odwaga pisania tego, co się może nie spodobać naszym czytelnikom, wydawcom, kolegom po tej samej stronie.

Co to jest polityczna poprawność?

To pewna forma autocenzury stosowana przez media i przez ludzi mediów w tematach politycznych i okołopolitycznych. Zawsze trzeba zapytać o źródło. Jeden aspekt jest dobrze opisany po ?naszej stronie? ? czyli ideologiczna presja lewicy. Ale jest jeszcze jedno, trudniejsze do zdefiniowania, co uderza w dobre imię wszystkich mediów, zarówno prawicowych, jak i lewicowych, a jest to zmiana koncepcji mediów i przejście na wizję mediów tożsamościowych, które są tworzone dla konkretnych grup odbiorców, już sformatowanych politycznie i kulturowo.

Czyli my do swoich mówimy po naszemu? Mówimy do naszej grupy odbiorców, a nasze wypowiedzi mogą być dla ludzi, którzy nie byli dotąd naszymi odbiorcami, niezrozumiałe lub z miejsca odrzucone jako tendencyjne.

Tworzymy sobie wyobrażenie naszych odbiorców i nasz przekaz do nich dostosowujemy nie tylko pod względem formy, ale i treści, a to znaczy, że sami siebie cenzurujemy, nie chcąc powiedzieć czegoś, co się nie spodoba naszym odbiorcom. Uważam, że to jest największa zaraza dzisiejszych mediów. Kiedyś Bronisław Wildstein, zapytany o to, czym jest niezależność dziennikarska, powiedział, że owszem, jest taka niezależność, która jest niezależnością od własnego wydawcy albo naczelnego ? bardzo chwalebne, ale jest jeszcze trudniejszy poziom niezależności dziennikarskiej, czyli niezależność od naszych czytelników, umiejętność powiedzenia czegoś, co mogłoby się naszym odbiorcom nie spodobać, a co my uważamy za słuszne. Jeśli popatrzymy na wielkich publicystów z przeszłości, jak Cat-Mackiewicz, Chesterton, to zauważymy, że każdy z nich miał taką umiejętność pójścia wbrew własnym czytelnikom. Obecnie tworzy się rodzaj zamkniętego koła: czytelnicy od swoich autorów oczekują, że będą pisać to, o czym oni myślą, a autorzy próbują sami dopasowywać się do tych oczekiwań.

Jakie są tego konsekwencje?

To powoduje marazm ideowy i autocenzurę. Z tego powodu nasza myśl się nie rozwija, przestajemy dotykać rzeczywistości, gdyż ona dla dziennikarza przestaje być głównym punktem odniesienia. Rzeczywistość zostaje zastąpiona oczekiwaniami odbiorców. Z kolei oni odzwyczajają się od czegoś takiego, jak dysonans poznawczy, tego, że dobrze czasem jest przeczytać to, o czym pisze osoba, z którą się nie zgadzamy, gdyż dzięki temu nasza kontrargumentacja może być dojrzalsza, pełniejsza.

Dlaczego dziwi się pan, że ludzie nie chcą czytać autorów, z którymi całkowicie się nie zgadzają? Zapewne uważają, że mają wtedy do czynienia z kłamstwem, propagandą i fałszowaniem rzeczywistości ? po co więc na to tracić czas? Czego ciekawego możemy się dowiedzieć od Durczoka, Lisa czy Paradowskiej? A poświęconego na lekturę ich przemyśleń czasu nikt nam nie zwróci?

Ale z tego powodu także nasza strona się ujednolica, coraz mniej jest starć, dyskusji wewnątrzprawicowych, wewnątrzkonserwatywnych. Jeżeli już się pojawiają, to na tle ekonomicznym i wynikają raczej z powodu konkurencji między tytułami i właścicielami niż z rzeczywistych różnic ideowych i postrzegania rzeczywistości. Jedyne, co może uratować nasze media, to cywilna odwaga pisania tego, co się może nie spodobać naszym czytelnikom, wydawcom, kolegom po tej samej stronie i robienia tego bez zbędnych odniesień personalnych, a odnoszenie się do samej argumentacji. Jest to forma konserwatywnego podejścia, gdyż to marksizm nam mówi, że to byt warunkuje świadomość i że ktoś ma takie poglądy, a nie inne, gdyż znajduje się w określonej sytuacji ekonomicznej. My, konserwatyści, nie jesteśmy marksistami, wręcz przeciwnie, i dlatego uważamy, że bez względu na rozmaite uwarunkowania ekonomiczne istnieje coś takiego jak racjonalność, jak umiejętność formułowania sądów, argumentów, umiejętność kontrargumentowania. Na tym została zbudowana cywilizacja europejska, na kwestii scholastycznej, gdzie się zestawia przeciwstawne stanowiska.

Czasami odnoszę wrażenie, że także po ?naszej stronie? słabnie dyskusja, że często argumentacja zastępowana jest przez inwektywy, aluzje, że ktoś kalkuluje, nie chce się zdefiniować do końca lub że wprost przeciwnie, specjalnie ?przegina?, żeby zyskać poklask i nimb odważnego, bezkompromisowego obserwatora życia politycznego.

Jednym z problemów jest to, że na prawicy są często ludzie z przypadku, którzy próbują się dostosować do formatu swoich odbiorców. Istnieje dysproporcja pomiędzy moralnym uporządkowaniem wielu konserwatywnych elit i ich rzeczywistym zaangażowaniem religijnym a głoszonymi tezami i poglądami, dostosowywanymi do potrzeb odbiorców, którzy chcieliby w nich widzieć rycerzy prawdy i Chrystusa. A w życiu i w rzeczywistych przekonaniach bywa bardzo różnie. Znam pewnego redaktora, o którym od dawna jest opinia w środowisku, że jest satanistą, a ten człowiek co tydzień uczestniczy we mszy świętej. Uważam, że jest to ogromny akt odwagi, że jest jeszcze po stronie kościelnej. Oprócz tego istnieje skłonność do politycznego definiowania zjawisk w Kościele, czasem wręcz partyjnego, i to po różnych stronach sporu politycznego. Nie wierzę w istnienie Kościoła łagiewnickiego i toruńskiego ? to nie jest ten porządek ? to jest raczej porządek osobisty wielu osób.

Może oczekujemy od nich zbyt wiele? Skoro tylu wydawałoby się poważnie traktujących swoje deklaracje poupadało.

To nie chodzi o oczekiwania, ale o szczerość. Przekonałem się wielokrotnie, że wysłanie jakiegoś tekstu, który wydawałby się niezgodny z linią redakcyjną, wcale nie powodowało jego zatrzymania. To po prostu sami piszący narzucają sobie cenzurę. Więc tu nie do końca chodzi o zmiany systemowe, ale o dokonanie zmian w osobach, które to robią.

(...)

Czytany 1851 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.