poniedziałek, 11 sierpień 2014 10:44

Idziemy na wojnę?

Napisane przez

Kiedy na początku 2012 roku trzy polskie F-16 poleciały na pustynię Negew, by uczestniczyć tam we wspólnych manewrach z lotnikami Państwa Położonego w Palestynie ? co było oczywiście militarnie marginalne, ale propagandowo znaczące ? wówczas jeden Krzysztof Wyszkowski przytomnie pytał na łamach ?GaPoli?: czy my idziemy na wojnę i jeśli tak, to może przynajmniej mogłaby się odbyć nad tym jakaś debata parlamentarna? Wówczas odpowiedzią była głucha cisza ? po ?naszej? stronie publikację Wyszkowskiego uznano tu i ówdzie wręcz za nietakt; a niczym niezrażony miesięcznik ?Nowe Państwo? ukazał się tamtego lata z okładką przedstawiającą prezydenta Ahmadineżada w mundurze SS-mana z dramatycznym tytułem: ?Czy Iran podpali świat?? Absurd tej nadto parcianej retoryki ewidentny był już wtedy ? a czas tylko uwydatnił iście goebbelsowski zapał w odwracaniu kota ogonem. Dwa lata później ? w kontekście sytuacyjnym, pozornie diametralnie różnym, ale co do istotnych zagrożeń dla nas faktycznie niezmienionym (może na gorsze) ? wypada powtórzyć to samo pytanie: czy my wybieramy się właśnie na wojnę?

Niedoszła ?wojna perska?

W 2012 roku chodziło o ?wojnę perską?, która , co dość szybko w izraelskiej prasie wyszło na jaw, istotnie pozapinana była na przedostatnie guziki. Polacy byli tam potrzebni oczywiście nie jako czynnik rozstrzygający cokolwiek na polu walki ? ale jako pożyteczny koalicjant-żyrant. Chodziło m.in. o to, by dzięki obfotografowaniu naszych myśliwców, ostateczne rozwiązanie kwestii bliskowschodniej mogło być prezentowane jako działanie ?międzynarodowej koalicji antyterrorystycznej? ? a nie jako zwyczajna napaść Imperium Amerykańskiego na Iran w celu zabezpieczenia niezbędnego z perspektywy Tel Awiwu ?Lebensraum?.

Notabene, na dowódcę sił izraelskich w stopniu generalskim w planowanej operacji powietrznej wyznaczony był już wówczas Amir Eshel ? kóry dekadę wcześniej złamanie przepisów ruchu lotniczego w naszym kraju tłumaczył po żołniersku: ?800 lat słuchaliśmy Polaków i więcej już nie musimy?. Z tak właśnie zorientowanymi we wspólnej historii osobnikami zacieśnialiśmy wówczas więzy sojusznicze. Ale na tamtą wojnę Waszyngton w końcu jednak nie poszedł ? tamtejsi generałowie i sekretarze uznali najwyraźniej, że najpierw trzeba zabezpieczyć bezpośrednie zaplecze przyszłego frontu ? i temu z kolei zawdzięczamy etap ?zaprowadzania demokracji? w Syrii.

Skuteczność tej ostatniej akcji podminowała jednak Moskwa ? nie chcąc rezygnować z wypracowanej jeszcze za Sowietów roli patrona, na którym Arabowie mogą polegać, Rosjanie nie dopuścili do całkowitego odcięcia reżimu Assada od źródeł zaopatrzenia w rekwizyty niezbędne do prowadzenia wojny. A kiedy przed rokiem okręty floty czarnomorskiej weszły w pewnym momencie na kurs kolizyjny z jednostkami amerykańskimi na Morzu Śródziemnym ? Amerykanie chwilowo odpuścili, ale najwyraźniej zagięli parol. Temu m.in. zawdzięcza zapewne prezydent Włodzimierz Putin komplikacje, do których doszło na przełomie roku w ?bliskiej zagranicy?, tj. na Ukrainie.

I to jest właśnie wojna, do udziału w której najwyraźniej zmierza nasze państwo ? czy może raczej bardziej adekwatnie będzie użyć określenia w stronie biernej: ?jest zmierzane?.

Z Amerykanami na wojnę ukraińską

Kiedy pytam, czy aby Rzeczpospolita nie wybiera się właśnie na wojnę za Bug, a może i za Dniepr ? mam oczywiście na uwadze pełnowymiarowy udział regularnych jednostek; np. 34. Brygady Kawalerii Pancernej, którą właśnie ostatnio podobno dyslokowano z macierzystego Żagania do Braniewa. Nie mówię o zaangażowaniu propagandowym, politycznym, ani też militarnym na limitowaną skalę szkoleń i zaopatrywania w nie-śmiercionośny sprzęt wojskowy w rodzaju kamizelek kuloodpornych ? bo z tym wszystkim mamy do czynienia już od dłuższego czasu.

Warszawa jest ostatnio popularnym celem podróży poważnych gości z Waszyngtonu. Nie mam tu bynajmniej na uwadze prezydenta Baraka Obamy ? którego wypowiedzi (typu ?mam mieć? miliard dolarów) były przecież ostentacyjnie niepoważne. Nie myślę nawet o takich figurach, jak np. senator Bob Corker z Tennessee (nb wymieniany wśród płatnych lobbystów na rzez Izraela), który bawiąc u nas w końcu maja agitował za stanowczością wobec Rosji i anonsował przemówienie swojego prezydenta jako bardzo ważne - czym dał wyraźnie wyraz tej samej tendencji w traktowaniu polskich odbiorców.

Warto natomiast odnotować ostatnią (majowo-czerwcową) wizytę w Warszawie szczególnie częstego gościa, George?a Friedmana ? ponieważ należy on do kategorii ideologów-naganiaczy (w rodzaju Aleksandra Dugina, z całą niedokładnością tego porównania), a w ostatnich latach zajmuje się m.in. bezkosztowym braniem Polaków pod włos i znaczącym pokazywaniem im kijka i marchewki. Po raz kolejny wyraźnie (choć językiem oględniejszym) zaprezentował wariant dla nas przewidziany: po pierwsze mamy sobie sami zafundować możliwość startowania w konkursie na najwierniejszego agenta USA w regionie, a po wtóre mamy przejawić większą ?elastyczność? w dostępie do naszego rynku surowców energetycznych (patrz: łupki).

(...)

Czytany 3375 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.