Wojciech Grzelak

Wojciech Grzelak

poniedziałek, 10 lipiec 2017 17:44

U początków rosyjskiej transformacji


Jako istotny element kształtujący obecną kondycję gospodarki Rosji wskazywane są często nałożone przez Zachód w 2014 roku sankcje, jednak w rzeczywistości są one tylko jednym z mniej znaczących czynników składających się na współczesny obraz ekonomiczny wielkiego państwa euroazjatyckiego. O wiele większą rangę mają choćby kurs rubla przywiązany do cen ropy naftowej czy też szczególna struktura eksportu, obejmującego przede wszystkim kopaliny i, w najlepszym razie, półprodukty. Z tym ostatnim problemem niemal od początku swojej prezydentury próbuje uporać się Włodzimierz Putin, niestety z rezultatami porównywalnymi do efektów jego nieustannej walki z korupcją.

czwartek, 23 marzec 2017 23:06

Nowa Ameryka i stara Rosja

Włodzimierz Putin jako przywódca Rosji dotychczas czterokrotnie był świadkiem zmiany amerykańskiego prezydenta. Relacje ze Stanami Zjednoczonymi są dla Moskwy kwestia kluczową, w tym bowiem wypadku chodzi nie tylko o najpotężniejsze państwo świata, ale także o głównego rywala Federacji Rosyjskiej.

W pętach kompleksu

Kreml obsesyjnie dąży do ustanowienia „wielobiegunowości” świata, czyli złamania dominacji Ameryki, która działa na nerwy Rosjanom co najmniej od czasu, gdy car Aleksander II lekkomyślnie pozbył się Alaski. Odebrał przez to swojemu krajowi szansę – niewielką, ale zawsze – ubiegania się o wpływy na Zachodnim Wybrzeżu, bowiem aż do Kalifornii docierały w XIX wieku łodzie rosyjskich rybaków.

sobota, 10 grudzień 2016 00:33

Zmierzch Wschodu?

Podobnie do wielkich płyt tektonicznych ścierają się na naszej planecie powierzchnie zajmowane przez odmienne cywilizacje. W miejscach ich styku powstają potężne napięcia, wpływające na dynamikę zjawisk politycznych. Domeny poszczególnych cywilizacji zmieniają oczywiście swoje granice, a ponadto, szczególnie współcześnie, ich wzajemne oddziaływania przenikają się, sięgając niekiedy aż do samych fundamentów kulturowych.

sobota, 20 sierpień 2016 13:17

Przepis na Rosję

Do czego jest potrzebna Rosja? Pytanie zadane jest wprawdzie z głupia frant, ale można potraktować je jako kardynalne lub retoryczne.

Dzisiejsza Rosja uważana jest przede wszystkim za potężny generator napięcia międzynarodowego. Kwestia rosyjska zdominowała więc, czy też nawet zdemonizowała szczyt NATO w Warszawie, Moskwie przypisano na nim rolę Czarnego Luda, choć akurat chyba takie miano bardziej pasuje do innego problemu nękającego w tej chwili Europę. Najrozleglejsze państwo na Ziemi nie zostało nazwane wprost wrogiem (w końcu Waszyngton zapewne docenia utylitarne wymiary ambicji politycznych Rosji, choćby w postaci zaangażowania w Syrii), ale w łamańcu języka dyplomatycznego zdefiniowano je jako „wyzwanie”. Warto więc pamiętać, że kiedyś wyzwania kończyły się zwykle pojedynkiem. Podkreślanie obronnej natury Paktu Północnoatlantyckiego musi wywoływać uśmiech politowania u wyjadaczy z Kremla, bowiem z ich punktu widzenia jest to naturalnie alians agresywny. Znawcy fechtunku wiedzą doskonale, że sztuka szermierki od dawna zna połączenie obrony z równoczesnym atakiem w jednym cięciu.

Chory człowiek planety?

Rosja stanowi zatem problem czy też wyzwanie na skalę globalną, ale trzeba pamiętać, że przede wszystkim jest ona problemem i wyzwaniem dla siebie samej. Przedstawia bowiem niezwykły fenomen cywilizacyjny, miotający się pośród kontrastów, przeciwieństw i sprzeczności, o potencjale znacząco większym niż możliwości jego wykorzystania, kraj niepogodzony ze swoją przeszłością, wiercący się w niewygodnym rozkroku pomiędzy Europą i Azją, pełen kompleksów rozległych jak Syberia.

Car Mikołaj I nazwał Imperium Osmańskie chorym człowiekiem Europy; dzisiaj to właśnie Rosję można by uznać za głównego pacjenta na naszym globie. Jej najjaskrawsze przypadłości celnie podsumował francuski markiz de Custine, podróżujący na Wschód akurat za panowania Mikołaja I. Teraz jest jeszcze gorzej, Rosja przeszła bowiem trąd komunizmu, była rozsadnikiem najbardziej zbrodniczego systemu w dziejach ludzkości. Rekonwalescencja jeszcze nie zakończyła się, a nawet na dobre jeszcze się nie zaczęła.

(...)

sobota, 28 maj 2016 21:38

Czy Polska zostanie Polską?

O naszym losie przesądzała kontynentalna lub globalna polityka. W jej rezultacie bywaliśmy zdradzani lub porzucani przez sojuszników. Płynie z tego wniosek, że najpewniejszym przymierzem, jakie zawarli nasi przodkowie, jest to, na które zdecydował się pierwszy historyczny władca Polan w 966 roku.

Tylko pod krzyżem

Jubileusz Polski sprzyja refleksjom, a więc także zwróceniu uwagi na wybory, jakich dokonywały nasze elity w ciągu tysiąca lat oraz konsekwencje tych decyzji w postaci dokonań albo zaniechań. Nawet pobieżny rzut oka na rodzime dzieje przekonuje, że przysłowie o mądrym Polaku po szkodzie raczej nie znajduje odzwierciedlenia w faktach. A jeśli rzeczywiście historia jest nauczycielką życia, to w jej szkole siedzimy bardzo blisko oślej ławki. Może rzeczywiście dziesięć wieków istnienia narodu to zbyt mało, by radzić sobie równie dobrze, jak choćby pewna popularna nacja o rodowodzie przynajmniej trzykrotnie dłuższym? Z drugiej jednak strony są i takie zbiorowości, które poczęły budować swoje państwa znacznie później, a dziś biją nas na kilkadziesiąt głów.

Znawcy przeszłości spierają się o alternatywy różnych dziejowych momentów; wielu z nich głównych przyczyn niepowodzeń naszej ojczyzny upatruje przede wszystkim w fatalnym położeniu w miejscu, gdzie ścierają się wielkie płyty geopolityczne. Wstrząs wywołany ich zderzeniem zaledwie przed kilkudziesięciu laty obrócił w gruzy Warszawę. Jeśli jednak narzekamy już na własne narodowe przywary, nie należy zapominać, że skala nieszczęść, które doświadczyły Polskę, nieraz osiągała swój nadzwyczajny rozmiar także z powodu szczególnej mentalności naszych największych sąsiadów. Wreszcie przyczyną polskich klęsk były liczne czynniki albo ich splot: tu czasem swoje do powiedzenia miała po prostu fizjografia czy nawet warunki pogodowe. Pchają się na myśl determinanty historyczne, ci zaś, którzy wierzą w przypadek, mówią o jego występowaniu.

O naszym losie przesądzała kontynentalna lub globalna polityka. W jej rezultacie bywaliśmy zdradzani lub porzucani przez sojuszników. Płynie z tego wniosek, że najpewniejszym przymierzem, jakie zawarli nasi przodkowie, jest to, na które zdecydował się pierwszy historyczny władca Polan w 966 roku. Akt ten stał się przecież fundamentem polskiej państwowości oraz opoką trwania narodu. Trzysta sześćdziesiąt lat temu odnowił go i umocnił Jan II Kazimierz ślubami lwowskimi; rotę ułożył dla króla święty Andrzej Bobola. Uzupełniają ten wybór akt „Dagome iudex”, bitwa pod Legnicą w 1241 roku, wiktoria wiedeńska w 1683 roku czy Cud nad Wisłą w 1920 roku.

O porządku w dewizie „Bóg, honor, ojczyzna” warto zwłaszcza pamiętać w czasach postępującej dechrystianizacji. Doniosła rola wiary katolickiej dla naszego etosu nie może być przeceniona, wbrew zajadłej krytyce wpływowych mediów, po bolszewicku manipulujących przypadkami występnych kapłanów dla atakowania całego Kościoła. Dzisiaj, gdy ważą się losy Europy, działania takie są po prostu samobójcze. Polska to przecież antemurale christianitatis również w sensie duchowym. Tego ducha gasić nie wolno. Zawierzenie Opatrzności powodzenia naszego kraju – alians, który nie ma sobie równych na świecie – to niewyczerpane źródło inspiracji oraz wytrwałości, gwarant zachowania tożsamości. W tym wypadku nasz potencjał znacznie przewyższa kraje Zachodu. Już jeżeli nie doświadczenie, to choćby instynkt winien podpowiadać, że jest to droga nadziei.

W takim przymierzu konieczna jest wszakże pokora. Już raz wodzowie Polski buńczucznie zapewniali: „nie oddamy nawet guzika”. Skończyło się tak, że na pół stulecia musieliśmy oddać nawet pasek i sznurowadła, natomiast guziki z orłem w koronie – pordzewiałe, a może zrudziałe od zakrzepłej krwi? – odnalazły się w dołach katyńskich. Byliśmy też pyszną „ósmą potęgą gospodarczą świata”. Czterdzieści lat później kraj usiany jest ruinami wyprzedanych za grosze fabryk, a Polacy siedzą w kieszeni zagranicznych banków.

(...)

sobota, 20 luty 2016 22:58

Ostatnia wojna Rosji

Wojna? Wojenkę już znamy, ale miła nam i krotochwila... – drwił Konstanty Ildefons Gałczyński krótko przed wrześniem 1939 roku, udając, że wtóruje hurraoptymistycznej propagandzie Drugiej Rzeczypospolitej, która już gotowała ułańskie pułki do defilady w Berlinie.

Ponad piątą część swojego niezbyt długiego życia poeta z powodu wojny spędził na wygnaniu (lata 1914-1918) bądź w niewoli jenieckiej (podczas II wojny światowej, najpierw u Rosjan, potem w niemieckim stalagu). Czyżby doświadczenia te sprawiły, że swoje późniejsze pacyfistyczne utwory (Przez świat idące wołanie) napisał, nie tylko wypełniając obowiązki nadwornego wierszopisa komunistów, ale także z przekonania?

Wojna i pokój

Za to na wschód od Polski z wojny żartować nie śmiał nikt poza nonkonformistami (Włodzimierz Wojnowicz, Efraim Siewieła), którzy zresztą potrzebowali kilkudziesięciu lat, aby nabrać dystansu do opisywanych wydarzeń, a także żołnierzy liniowych, im bowiem nucenie cynicznych przyśpiewek dodawało animuszu. Zanim Związek Sowiecki otrzymał potężne cięgi od swojego najlepszego sojusznika, bolszewicy przekonywali – swoją drogą, ciekawa to zbieżność z sanacyjnymi agitkami – że nie oddadzą ani guzika; tę gotowość opisywano oczywiście innymi słowami, na przykład w bardzo popularnej piosence Jeśli jutro będzie wojna, pochodzącej z nakręconego w 1938 roku filmu o tym samym tytule. W trakcie zmagań w pierwszej połowie lat czterdziestych minionego stulecia nastąpiła w ZSRS sakralizacja wojny, i to już na samym początku konfliktu z Niemcami – eszelony wyruszające na front z moskiewskiego Dworca Białoruskiego 26 czerwca 1941 roku żegnała skomponowana do tekstu, który powstał zaledwie dwa dni wcześniej, słynna patetyczna pieśń Aleksandra Aleksandrowa Nadchodzi wojna narodowa. Pojęcie „świętej wojny” znane już w Rosji było oczywiście wcześniej – jej znamion próbowano się doszukiwać w kampanii przeciwko Napoleonowi, w walce z polskimi interwentami na początku XVII wieku, a nawet w zmaganiach Aleksandra Newskiego z Kawalerami Mieczowymi (w tym wypadku sugestywnie popuścił wodze fantazji Sergiusz Eisenstein, reżyser filmu o księciu nowogrodzkim z XIII wieku). Po kapitulacji Niemiec i Japonii komuniści, wzorem rewolucjonistów francuskich dekretujących bluźniercze kulty, wynieśli na ołtarze pokój, który siłą rzeczy stale o groźbie wojny przypominał. Oczywiście w Moskwie pojmowano pokój po swojemu, czyli jako globalny tryumf czerwonej ideologii, co zresztą dobitnie obiecywało sowieckie godło państwowe. Wielu szczerze płaczących po śmierci Józefa Stalina naprawdę wierzyło, że jest on najlepszym chorążym czy też gwarantem światowego pokoju.

Wyznawców nowej religii było mnóstwo: poczynając od umęczonej wojenną poniewierką ludności ZSRS, powtarzającej jak zaklęcie „niech już będzie, co chce, byleby nie było wojny” (a takich Rosjan do dziś jest wielu, przy czym spora ich część urodziła się po roku 1945), aż po ogłupionych uczestników marszów wielkanocnych.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:18

Zanim Europa całkiem straci głowę

Uroczyście otwarty osiemdziesiąt lat temu w Warnie pomnik-mauzoleum upamiętniający bitwę z 1444 roku leży wprawdzie na peryferiach miasta, jednak bardzo łatwo można do niego dotrzeć. W szczycie letniego sezonu odwiedzających to miejsce da się policzyć na palcach – przed dość rozległym kompleksem, urządzonym na dwóch starożytnych trackich kurhanach, parkują najwyżej dwa-trzy samochody jednocześnie.

Żadnego porównania z warneńskim delfinarium, bo tam tłumy są takie, że nie można szpilki wetknąć. W grocie, gdzie znajduje się cenotaf króla Władysława, panuje półmrok; z rozpadlin pieczary wieje chłodem, pustką i klęską. Główny obiekt pomnika utrzymywany jest w stanie należytym, ale wokół widać pewne zaniedbanie. Napisy w pawilonie wystawowym przypominają nie tylko o dzielności rycerzy węgierskich i polskich, ale wymieniają również z nazwy wiele innych większych narodów wschodnioeuropejskich walczących wówczas z naporem islamu, w tym nację ukraińską (nie ruską, jak należałoby oczekiwać).

Głębia dziejów

To gdzieś w tej okolicy król Polski, Węgier, Dalmacji, Chorwacji, Raszki, Bułgarii, Slawonii, pan Pomorza i Rusi, najwyższy książę Litwy etc. zaledwie dziesięć dni po swoich dwudziestych urodzinach zginął z ręki janczara. Rozpowszechnione przekonanie, że Władysław był wiarołomcą, bo zerwał rzekomo rozejm z sułtanem, chętnie powielane przez przeciwników papiestwa i wolnomyślicieli, opiera się na manipulacji.

Po zwycięskiej wyprawie na Bałkany w 1443 roku z koalicji antytureckiej wyłamał się despota Serbii. Choć odzyskanie władzy zawdzięczał on królowi, z powodów osobistych pozostał lojalnym lennikiem sułtana. Postawa Jerzego I Brankowicza ostatecznie wpłynęła na przebieg wojny w 1444 roku, podczas której nie popisał się także Jan Hunyady, doświadczony wódz węgierski, wsławiony dwanaście lat później mężną i mądrą obroną Belgradu. Namowy legata papieskiego Juliana Cesariniego, weterana nieudolnej krucjaty przeciwko husytom, jeśli w ogóle istniały, nie wpłynęły na decyzję władcy, który po prostu konsekwentnie realizował cel, dla którego włożył koronę węgierską. Do rozprawy z Turkami zobowiązywała go również uchwała sejmu w Budzie. Być może pragnął też okazać się godnym imienia swojego wielkiego ojca i okryć sławą większą niż on, ale czy wolno mieć to za złe ambitnemu młodzianowi?

(...)

sobota, 12 wrzesień 2015 13:54

Z baśni wschodnich

Związek Sowiecki pozostawał w tyle za swoimi rywalami w wielu dziedzinach, jednak z pewnością nie należał do nich kunszt manipulacji, który komuniści doprowadzili do perfekcji. Bolszewicy okręcali sobie wokół palca nie tylko własnych poddanych i zagranicznych szeregowych „pożytecznych idiotów”, omamionych ordynarnie lukrowaną wizją komunistycznego raju, ale także wybitne umysły Zachodu oraz zachodnich przywódców politycznych. Cała sztuka sprowadzała się w gruncie rzeczy do sprytnego odwracania kota ogonem i wmawiania, że czarne – a właściwie czerwone, barwy hojnie wytaczanej krwi – jest naprawdę białe, czyli koloru upierzenia poczciwego gołąbka.

sobota, 12 wrzesień 2015 10:39

Inna Unia

Wkrótce minie rok od powołania Euroazjatyckiej Unii Ekonomicznej, zawiązanej przez trzy państwa założycielskie (Federacja Rosyjska, Białoruś i Kazachstan), do których po upływie kilku miesięcy dołączyły dwa następne (Armenia oraz Kirgistan). Spiritus movens tego przedsięwzięcia to oczywiście Rosja, dążąca do zintegrowania możliwie największej części przestrzeni posowieckiej, a przede wszystkim obszarów zamieszkanych przez liczniejsze skupiska ludności rosyjskiej. Naturalnie zamiar ten urzeczywistniany jest nie tylko poprzez wdrażanie projektów gospodarczych. Wypadki ostatnich miesięcy pokazują dobitnie, że w ogniu walk oraz gorących komentarzy, porozumień, deklaracji, propozycji itd. stopniowo mięknie i roztapia się granica rosyjsko-ukraińska, co pozwoli na ewentualne przyszłe ustalenie jej w taki sposób, jaki będzie odpowiadał silniejszej ze stron konfliktu. Uplastycznienie wytyczonych ćwierć wieku temu granic państwowych – oczywiście nie tylko rubieży z Ukrainą – jest niezmiernie istotne dla Włodzimierza Putina, który nie zwalnia także tempa ofensywy na innych frontach.

 

Od RWPG do EAES
22 maja 2014 roku koncern Gazprom podpisał wartą 400 miliardów dolarów umowę na dostawę gazu do Chin, co dla Rosji, której reputacja już wówczas była mocno nadszarpnięta w związku z sytuacją na wschodniej Ukrainie, miało, poza finansowym, również spory wymiar propagandowy. Zaledwie tydzień po tym wydarzeniu w Astanie proklamowano Euroazjatycką Unię Ekonomiczną.

Charakter i tradycje państwa rosyjskiego sprawiały, że pojęcie unii było mu raczej obce, chociaż warto w tym miejscu wspomnieć o wykoncypowanym w Rzeczypospolitej po śmierci króla Zygmunta Augusta projekcie unii troistej, czyli połączenia Korony i Litwy z Moskwą; dzieje tego pomysłu są szczególnym przyczynkiem w relacjach polsko-rosyjskich. Niemniej związek zakładający partnerstwo podmiotów, nawet w oparciu o zasadę primus inter pares, jest w zasadzie trudno akceptowany przez wschodni, właściwy cywilizacji turańskiej model sprawowania rządów.
Na pozór stan ten zmieniło stworzenie unii sowieckiej, jednak po stosunkowo krótkotrwałych eksperymentach narodowościowych, dowartościowujących czy nawet wręcz rozbudzających poprzez przedsięwzięcia edukacyjne i kulturalne nacjonalizmy mniejszości zamieszkujących w ZSRS, bolszewicy zwrócili się ku wypróbowanym metodom rusyfikacji, jednocześnie doskonaląc je do stopnia perfidii oraz, w razie potrzeby, odpowiednio kamuflując. W trakcie specjalnych operacji eksterminowano i deportowano bardzo niekiedy znaczny odsetek przedstawicieli (w pierwszym rzędzie wybitnych) wielu narodowości zamieszkujących proletariacki raj, a także tych, które wypadki dziejowe w latach czterdziestych minionego stulecia wepchnęły w żelazne objęcia komunizmu. Nie dążono więc do stworzenia unii republik, ale do unifikacji różnojęzycznych mas, zgodnie zresztą z założeniami czerwonej ideologii. Naturalnie dla osiągnięcia wiadomych celów przekaz propagandowy całkowicie rozmijał się z rzeczywistością.
Po uformowaniu się tzw. bloku wschodniego nad ekonomiczną integracją państw uzależnionych od Związku Sowieckiego czuwała wymyślona przez Stalina organizacja o nazwie Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Ta podkreślana wzajemność była bardzo umowna, podobnie jak kurs rubla transferowego, jednostki obrachunkowej wymyślonej dla dokonywania zadziwiających akrobacji księgowych w rozliczeniach pomiędzy wasalami a suzerenem. RWPG uprawiała coś w rodzaju windows dressing, a także proceder, jaki znacznie później zyskał miano kreatywnej księgowości. To znaczy próbowała wprowadzać w życie postawione na głowie założenia ekonomii politycznej socjalizmu. Osobliwy charakter Rady oddawała dobrze używana przez tę organizację flaga przedstawiającą bolszewicką gwiazdę wpisaną ni to w kwiatuszek, ni to w dziwaczną kompozycję pięciu kół ratunkowych. Organizacja ta posiadała olbrzymi biurowiec w centrum rosyjskiej stolicy, obecnie zajmowany przez władze miejskie. Ten gmach przy Nowym Arbacie wybudowano za składki państw członkowskich, zatem jego współczesne przeznaczenie to chyba najwłaściwszy przykład realnego stosowania owej deklarowanej „wzajemności”.

Działalność RWPG była przedmiotem kpin nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach podporządkowanych Moskwie. Nadal jednak mnóstwo Rosjan, głównie starszego pokolenia, jest święcie przekonanych, że to ich ojczyzna pomagała wówczas bezinteresownie pozostałym państwom tzw. demokracji ludowej.

 

Bez biurokracji ani rusz
EAES, czyli Euroazjatycka Unia Ekonomiczna, płód transformacji Związku Celnego Rosji, Kazachstanu i Białorusi, po drodze przemianowanego we wspólny obszar gospodarczy, to formalnie najbardziej zaawansowany projekt spajania przez Kreml terytoriów, które niegdyś należały do ZSRS. Celem Unii jest swobodny przepływ towarów i usług oraz mieszkańców państw członkowskich.
Układ z Astany przewiduje zharmonizowanie gospodarek krajów członkowskich, m.in. w zakresie ujednolicenia przepisów technicznych i ochrony własności intelektualnej, handlu zagranicznego, sposobów ochrony rynków krajowych, regulacji rynków finansowych, spraw makroekonomicznych, współpracy w zakresie energii i transportu, rolnictwa, przemysłu oraz stworzenie wspólnego rynku gazu ziemnego, ropy naftowej i produktów ropopochodnych, a także leków i wyrobów medycznych. Zarząd Unii będzie skupiał się na takich kwestiach, jak polityka celna, walutowa czy energetyczna, a także transfer siły roboczej. Koszty funkcjonowania EAES pokrywają kraje członkowskie, jej językiem urzędowym jest rosyjski. Na integrację niektórych sektorów gospodarki przewidziano okresy przejściowe, w przypadku rynku paliwowego nawet obejmujące całą najbliższą dekadę.
W obecnym kształcie Unia, pomimo szumnej nazwy, jest organizacją w gruncie rzeczy kadłubową, w której rej wodzi naturalnie Rosja, państwo euroazjatyckie w pełnym tego słowa znaczeniu. I tak zdaniem Moskwy powinno pozostać, niezależnie od tego, jacy nowi członkowie przystąpiliby do tego związku. Pojęcie euroazjatyzmu zawarte w nazwie tej organizacji ma we współczesnej Rosji wyjątkowy wydźwięk i zawiera spory ładunek ideologiczny. Aleksander Dugin, uchodzący za jednego z czołowych współczesnych rosyjskich geopolityków, od początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku publikuje prace dotyczące euroazjatyckiego charakteru Rosji, a jego teorie i prognozy spotykają się z życzliwym zainteresowaniem ze strony Kremla.
Czy Euroazjatycka Unia Ekonomiczna będzie jakimś RWPG-bis, a może przeciwwagą (parodią, kopią?) Unii Europejskiej?
Pewnie wszystkim tym naraz. Ciekawe też, czy ustrzeże się błędów popełnionych podczas procesu integracyjnego w Europie? W to akurat można powątpiewać. Podpisana w stolicy Kazachstanu umowa założycielska liczy ponad 700 stron, musi być więc efektem wytężonej pracy całego legionu biurokratów. Poza Euroazjatycką Unią Ekonomiczną funkcjonuje jeszcze sporo innych struktur, choćby tylko gospodarczych – powołanych głównie z inicjatywy Rosji – obejmujących wybrane państwa powstałe po rozpadzie ZSRS. Należy również przypomnieć, że w ramach RWPG działało mnóstwo stałych komisji czy też międzynarodowych centrów, organizacji współpracy, zjednoczeń gospodarczych itp., np. Interszypnik, czyli Międzynarodowa Organizacja Współpracy Przemysłu Łożyskowego lub Interwodoczistka (wyposażenia do oczyszczania wody) itd. Z pewnością zatem stanowisk dla rosyjskich urzędników (oraz ich białoruskich i kazachskich kolegów), tej najpewniejszej ostoi władzy, nie zabraknie. Zdaniem niektórych zachodnich ekspertów EAES nie będzie konkurencją dla Unii Europejskich, są to bowiem organizmy oparte na zupełnie odmiennych podstawach i będące na różnych etapach rozwoju.

 

W dążeniu do wielobiegunowości
W ciągu minionego roku Rosja poniosła dotkliwe straty wizerunkowe oraz finansowe. Kurs rubla spadł w szczytowym okresie o niemal połowę, mocno potaniały na rynku światowym paliwa naturalne, rosyjska domena eksportowa. W niewielkim stopniu zmieniła się, chociaż uparcie zabiegał o to obecny prezydent Rosji właściwie od początku sprawowania swojego urzędu, struktura handlu zagranicznego, który w dalszym ciągu opiera się na surowcach i w najlepszym razie półproduktach. W kluczowym dla kraju przemyśle wydobywczym coraz bardziej odczuwalny jest brak nowoczesnych technologii. Poza tym krajem wstrząsają wielkie afery korupcyjne.
Choć Kreml wciąż wysyła za pośrednictwem konferencji prasowych uspokajające komunikaty i prognozy, widać gołym okiem, że rosyjska ekonomika mocno kuleje. Coraz więcej Rosjan odczuwa boleśnie rosnące ceny oraz niedostatki podaży towarów, nie zawsze spowodowane bezpośrednio nałożonym na ich państwo embargiem.
Władze rosyjskie usiłują zachować kontrolę nad kryzysem, wdrażają programy pomocowe i aktywnie uczestniczą w międzynarodowych projektach obejmujących różne sfery ekonomiki. Pod koniec marca 2015 roku Rosja zdecydowała się zostać udziałowcem Azjatyckiego Banku Inicjatyw Infrastrukturalnych (AIIB), instytucji postrzeganej jako rywal Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego, czyli organizacji finansowych uważanych za bazujące na kapitałach amerykańskim i japońskim.
AIIB powstał w 2014 roku z inicjatywy Chin (centrala znajduje się w Pekinie), a przystąpiły do niego głównie kraje z regionu Pacyfiku i Azji. Celem Banku jest bowiem finansowanie projektów infrastrukturalnych w tej właśnie części świata. AIIB rozpocznie swoją działalność jeszcze w tym roku, jego kapitał założycielski wyniesie 100 miliardów dolarów. Kilka dni po przystąpieniu Rosji do AIIB wysoki rosyjski przedstawiciel EAES oświadczył, że reprezentowana przez niego instytucja jest gotowa do zbadania i oceny możliwości zjednoczenia na obszarze posowieckim Euroazjatyckiej Unii Ekonomicznej i Nowego Jedwabnego Szlaku – realizowanego przez Pekin megaprojektu, który, rozwijany w zasadzie dopiero od ubiegłego roku, stał się głównym instrumentem chińskiej polityki zagranicznej, zarówno w regionie, jak i w skali globalnej. Jest to właściwie cały pakiet inicjatyw, elastyczny i ciągle ewoluujący, pierwotnie skupiony na usprawnieniu korytarzy transportowych pomiędzy Państwem Środka a Europą. Wkrótce plany modernizacji i rozbudowy infrastruktury transportowej uzupełniono zamysłami związanymi ze stworzeniem sieci przesyłowych i zaplecza telekomunikacyjnego. Zinstytucjonalizowany w ciągu ostatnich miesięcy projekt Nowy Jedwabny Szlak jest owocem specyficznej dalekowschodniej mentalności, a nawet można w nim odnaleźć elementy starożytnej chińskiej filozofii.
W takim kontekście polityka zamysły Kremla widoczne są jak na dłoni. Rosja już od dawna próbowała uwodzić Europę wizją wielkiego spójnego obszaru kooperacji gospodarczej od Lizbony po Władywostok, a może nawet po Szanghaj i Hongkong. Zgodnie z koncepcją Putina jego państwu przypadłaby wówczas rola euroazjatyckiego zwornika, a jednocześnie kontrolera i moderatora powiązań pomiędzy oboma kontynentami. Tym sposobem powstałaby, używając słów rosyjskiego prezydenta, „olbrzymia dźwignia”, zdolna nie tylko podważyć fundamenty światowej ekonomiki, ale również i globalnego porządku. Moskwa nie ukrywa, że dąży do politycznej „wielubiegunowości”, czyli w istocie zakwestionowania prymatu Stanów Zjednoczonych. Umiejętnie próbowała przy tym wykorzystać niechęć Zachodniej Europy do USA. Cała ta gra to niewątpliwie wyraz rosyjskich ambicji imperialnych.
 


/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

środa, 04 luty 2015 00:00

Colonia Polonia

W 1884 roku Henryk Sienkiewicz napisał krótką parabolę ?Legenda żeglarska? przedstawiającą losy Polski jako żeglującego po oceanie dziejów dumnego statku, który tonie z powodu sprzysiężenia żywiołów i gnuśności załogi. Niegdyś utwór ten umieszczony był na początku podręcznika języka polskiego dla klas ósmych, a i dzisiaj pojawia się na maturach. ?Purpura? jeszcze nie zginęła ? dodawał otuchy Pokrzepiciel Serc, lecz podkreślał, że trzeba w zgodnym wysiłku statek naprawiać. Sto trzydzieści lat później prawnuk wielkiego pisarza wyraził wulgarnym językiem współczesnym opinię gruntownie odmienną. Okoliczność ta skłania do szczególnych refleksji.

startPoprzedni artykuł1234Następny artykułkoniec
Strona 1 z 4

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.