Wojciech Grzelak

Wojciech Grzelak

czwartek, 25 styczeń 2018 08:19

Z czym do Azji?

Europa i Azja przez część geografów traktowane są jako jeden kontynent, najrozleglejszy (ponad trzecia część światowej powierzchni lądu) i najliczniej zaludniony (70% populacji globu). Sama Azja obejmuje obszar czterokrotnie większy od Europy, a liczbą ludności przewyższa ją siedmiokrotnie, toteż z tego powodu nie jest całkiem pozbawione słuszności mówienie raczej o subkontynencie europejskim, na podobieństwo subkontynentu indyjskiego. Wobec cywilizacyjnego, kulturowego, antropologicznego, gospodarczego itd. zróżnicowania Azji, wydaje się Europa, szczególnie bez swoich wschodnich i południowo-wschodnich peryferii (czyli przedproży azjatyckich), niemalże monolitem.

niedziela, 22 październik 2017 20:18

Zbrodnicza operacja polska

W pierwszych latach po 1989 roku polityków znad Wisły tak bardzo pochłaniały sprawy bieżące, w znacznej części wynikające z mętnych początków III Rzeczypospolitej, że przegapiono najdogodniejszą porę dla wyjaśnienia wielu dramatycznych wydarzeń, w jakie obfitowały dwudziestowieczne
relacje polsko-rosyjskie. Pozostają one wciąż pełne białych plam czy raczej krwawych piętn – wołających o pamięć śladów rozlanej krwi naszych rodaków.

poniedziałek, 10 lipiec 2017 17:44

U początków rosyjskiej transformacji


Jako istotny element kształtujący obecną kondycję gospodarki Rosji wskazywane są często nałożone przez Zachód w 2014 roku sankcje, jednak w rzeczywistości są one tylko jednym z mniej znaczących czynników składających się na współczesny obraz ekonomiczny wielkiego państwa euroazjatyckiego. O wiele większą rangę mają choćby kurs rubla przywiązany do cen ropy naftowej czy też szczególna struktura eksportu, obejmującego przede wszystkim kopaliny i, w najlepszym razie, półprodukty. Z tym ostatnim problemem niemal od początku swojej prezydentury próbuje uporać się Włodzimierz Putin, niestety z rezultatami porównywalnymi do efektów jego nieustannej walki z korupcją.

czwartek, 23 marzec 2017 23:06

Nowa Ameryka i stara Rosja

Włodzimierz Putin jako przywódca Rosji dotychczas czterokrotnie był świadkiem zmiany amerykańskiego prezydenta. Relacje ze Stanami Zjednoczonymi są dla Moskwy kwestia kluczową, w tym bowiem wypadku chodzi nie tylko o najpotężniejsze państwo świata, ale także o głównego rywala Federacji Rosyjskiej.

W pętach kompleksu

Kreml obsesyjnie dąży do ustanowienia „wielobiegunowości” świata, czyli złamania dominacji Ameryki, która działa na nerwy Rosjanom co najmniej od czasu, gdy car Aleksander II lekkomyślnie pozbył się Alaski. Odebrał przez to swojemu krajowi szansę – niewielką, ale zawsze – ubiegania się o wpływy na Zachodnim Wybrzeżu, bowiem aż do Kalifornii docierały w XIX wieku łodzie rosyjskich rybaków.

sobota, 10 grudzień 2016 00:33

Zmierzch Wschodu?

Podobnie do wielkich płyt tektonicznych ścierają się na naszej planecie powierzchnie zajmowane przez odmienne cywilizacje. W miejscach ich styku powstają potężne napięcia, wpływające na dynamikę zjawisk politycznych. Domeny poszczególnych cywilizacji zmieniają oczywiście swoje granice, a ponadto, szczególnie współcześnie, ich wzajemne oddziaływania przenikają się, sięgając niekiedy aż do samych fundamentów kulturowych.

sobota, 20 sierpień 2016 13:17

Przepis na Rosję

Do czego jest potrzebna Rosja? Pytanie zadane jest wprawdzie z głupia frant, ale można potraktować je jako kardynalne lub retoryczne.

Dzisiejsza Rosja uważana jest przede wszystkim za potężny generator napięcia międzynarodowego. Kwestia rosyjska zdominowała więc, czy też nawet zdemonizowała szczyt NATO w Warszawie, Moskwie przypisano na nim rolę Czarnego Luda, choć akurat chyba takie miano bardziej pasuje do innego problemu nękającego w tej chwili Europę. Najrozleglejsze państwo na Ziemi nie zostało nazwane wprost wrogiem (w końcu Waszyngton zapewne docenia utylitarne wymiary ambicji politycznych Rosji, choćby w postaci zaangażowania w Syrii), ale w łamańcu języka dyplomatycznego zdefiniowano je jako „wyzwanie”. Warto więc pamiętać, że kiedyś wyzwania kończyły się zwykle pojedynkiem. Podkreślanie obronnej natury Paktu Północnoatlantyckiego musi wywoływać uśmiech politowania u wyjadaczy z Kremla, bowiem z ich punktu widzenia jest to naturalnie alians agresywny. Znawcy fechtunku wiedzą doskonale, że sztuka szermierki od dawna zna połączenie obrony z równoczesnym atakiem w jednym cięciu.

Chory człowiek planety?

Rosja stanowi zatem problem czy też wyzwanie na skalę globalną, ale trzeba pamiętać, że przede wszystkim jest ona problemem i wyzwaniem dla siebie samej. Przedstawia bowiem niezwykły fenomen cywilizacyjny, miotający się pośród kontrastów, przeciwieństw i sprzeczności, o potencjale znacząco większym niż możliwości jego wykorzystania, kraj niepogodzony ze swoją przeszłością, wiercący się w niewygodnym rozkroku pomiędzy Europą i Azją, pełen kompleksów rozległych jak Syberia.

Car Mikołaj I nazwał Imperium Osmańskie chorym człowiekiem Europy; dzisiaj to właśnie Rosję można by uznać za głównego pacjenta na naszym globie. Jej najjaskrawsze przypadłości celnie podsumował francuski markiz de Custine, podróżujący na Wschód akurat za panowania Mikołaja I. Teraz jest jeszcze gorzej, Rosja przeszła bowiem trąd komunizmu, była rozsadnikiem najbardziej zbrodniczego systemu w dziejach ludzkości. Rekonwalescencja jeszcze nie zakończyła się, a nawet na dobre jeszcze się nie zaczęła.

(...)

sobota, 28 maj 2016 21:38

Czy Polska zostanie Polską?

O naszym losie przesądzała kontynentalna lub globalna polityka. W jej rezultacie bywaliśmy zdradzani lub porzucani przez sojuszników. Płynie z tego wniosek, że najpewniejszym przymierzem, jakie zawarli nasi przodkowie, jest to, na które zdecydował się pierwszy historyczny władca Polan w 966 roku.

Tylko pod krzyżem

Jubileusz Polski sprzyja refleksjom, a więc także zwróceniu uwagi na wybory, jakich dokonywały nasze elity w ciągu tysiąca lat oraz konsekwencje tych decyzji w postaci dokonań albo zaniechań. Nawet pobieżny rzut oka na rodzime dzieje przekonuje, że przysłowie o mądrym Polaku po szkodzie raczej nie znajduje odzwierciedlenia w faktach. A jeśli rzeczywiście historia jest nauczycielką życia, to w jej szkole siedzimy bardzo blisko oślej ławki. Może rzeczywiście dziesięć wieków istnienia narodu to zbyt mało, by radzić sobie równie dobrze, jak choćby pewna popularna nacja o rodowodzie przynajmniej trzykrotnie dłuższym? Z drugiej jednak strony są i takie zbiorowości, które poczęły budować swoje państwa znacznie później, a dziś biją nas na kilkadziesiąt głów.

Znawcy przeszłości spierają się o alternatywy różnych dziejowych momentów; wielu z nich głównych przyczyn niepowodzeń naszej ojczyzny upatruje przede wszystkim w fatalnym położeniu w miejscu, gdzie ścierają się wielkie płyty geopolityczne. Wstrząs wywołany ich zderzeniem zaledwie przed kilkudziesięciu laty obrócił w gruzy Warszawę. Jeśli jednak narzekamy już na własne narodowe przywary, nie należy zapominać, że skala nieszczęść, które doświadczyły Polskę, nieraz osiągała swój nadzwyczajny rozmiar także z powodu szczególnej mentalności naszych największych sąsiadów. Wreszcie przyczyną polskich klęsk były liczne czynniki albo ich splot: tu czasem swoje do powiedzenia miała po prostu fizjografia czy nawet warunki pogodowe. Pchają się na myśl determinanty historyczne, ci zaś, którzy wierzą w przypadek, mówią o jego występowaniu.

O naszym losie przesądzała kontynentalna lub globalna polityka. W jej rezultacie bywaliśmy zdradzani lub porzucani przez sojuszników. Płynie z tego wniosek, że najpewniejszym przymierzem, jakie zawarli nasi przodkowie, jest to, na które zdecydował się pierwszy historyczny władca Polan w 966 roku. Akt ten stał się przecież fundamentem polskiej państwowości oraz opoką trwania narodu. Trzysta sześćdziesiąt lat temu odnowił go i umocnił Jan II Kazimierz ślubami lwowskimi; rotę ułożył dla króla święty Andrzej Bobola. Uzupełniają ten wybór akt „Dagome iudex”, bitwa pod Legnicą w 1241 roku, wiktoria wiedeńska w 1683 roku czy Cud nad Wisłą w 1920 roku.

O porządku w dewizie „Bóg, honor, ojczyzna” warto zwłaszcza pamiętać w czasach postępującej dechrystianizacji. Doniosła rola wiary katolickiej dla naszego etosu nie może być przeceniona, wbrew zajadłej krytyce wpływowych mediów, po bolszewicku manipulujących przypadkami występnych kapłanów dla atakowania całego Kościoła. Dzisiaj, gdy ważą się losy Europy, działania takie są po prostu samobójcze. Polska to przecież antemurale christianitatis również w sensie duchowym. Tego ducha gasić nie wolno. Zawierzenie Opatrzności powodzenia naszego kraju – alians, który nie ma sobie równych na świecie – to niewyczerpane źródło inspiracji oraz wytrwałości, gwarant zachowania tożsamości. W tym wypadku nasz potencjał znacznie przewyższa kraje Zachodu. Już jeżeli nie doświadczenie, to choćby instynkt winien podpowiadać, że jest to droga nadziei.

W takim przymierzu konieczna jest wszakże pokora. Już raz wodzowie Polski buńczucznie zapewniali: „nie oddamy nawet guzika”. Skończyło się tak, że na pół stulecia musieliśmy oddać nawet pasek i sznurowadła, natomiast guziki z orłem w koronie – pordzewiałe, a może zrudziałe od zakrzepłej krwi? – odnalazły się w dołach katyńskich. Byliśmy też pyszną „ósmą potęgą gospodarczą świata”. Czterdzieści lat później kraj usiany jest ruinami wyprzedanych za grosze fabryk, a Polacy siedzą w kieszeni zagranicznych banków.

(...)

sobota, 20 luty 2016 22:58

Ostatnia wojna Rosji

Wojna? Wojenkę już znamy, ale miła nam i krotochwila... – drwił Konstanty Ildefons Gałczyński krótko przed wrześniem 1939 roku, udając, że wtóruje hurraoptymistycznej propagandzie Drugiej Rzeczypospolitej, która już gotowała ułańskie pułki do defilady w Berlinie.

Ponad piątą część swojego niezbyt długiego życia poeta z powodu wojny spędził na wygnaniu (lata 1914-1918) bądź w niewoli jenieckiej (podczas II wojny światowej, najpierw u Rosjan, potem w niemieckim stalagu). Czyżby doświadczenia te sprawiły, że swoje późniejsze pacyfistyczne utwory (Przez świat idące wołanie) napisał, nie tylko wypełniając obowiązki nadwornego wierszopisa komunistów, ale także z przekonania?

Wojna i pokój

Za to na wschód od Polski z wojny żartować nie śmiał nikt poza nonkonformistami (Włodzimierz Wojnowicz, Efraim Siewieła), którzy zresztą potrzebowali kilkudziesięciu lat, aby nabrać dystansu do opisywanych wydarzeń, a także żołnierzy liniowych, im bowiem nucenie cynicznych przyśpiewek dodawało animuszu. Zanim Związek Sowiecki otrzymał potężne cięgi od swojego najlepszego sojusznika, bolszewicy przekonywali – swoją drogą, ciekawa to zbieżność z sanacyjnymi agitkami – że nie oddadzą ani guzika; tę gotowość opisywano oczywiście innymi słowami, na przykład w bardzo popularnej piosence Jeśli jutro będzie wojna, pochodzącej z nakręconego w 1938 roku filmu o tym samym tytule. W trakcie zmagań w pierwszej połowie lat czterdziestych minionego stulecia nastąpiła w ZSRS sakralizacja wojny, i to już na samym początku konfliktu z Niemcami – eszelony wyruszające na front z moskiewskiego Dworca Białoruskiego 26 czerwca 1941 roku żegnała skomponowana do tekstu, który powstał zaledwie dwa dni wcześniej, słynna patetyczna pieśń Aleksandra Aleksandrowa Nadchodzi wojna narodowa. Pojęcie „świętej wojny” znane już w Rosji było oczywiście wcześniej – jej znamion próbowano się doszukiwać w kampanii przeciwko Napoleonowi, w walce z polskimi interwentami na początku XVII wieku, a nawet w zmaganiach Aleksandra Newskiego z Kawalerami Mieczowymi (w tym wypadku sugestywnie popuścił wodze fantazji Sergiusz Eisenstein, reżyser filmu o księciu nowogrodzkim z XIII wieku). Po kapitulacji Niemiec i Japonii komuniści, wzorem rewolucjonistów francuskich dekretujących bluźniercze kulty, wynieśli na ołtarze pokój, który siłą rzeczy stale o groźbie wojny przypominał. Oczywiście w Moskwie pojmowano pokój po swojemu, czyli jako globalny tryumf czerwonej ideologii, co zresztą dobitnie obiecywało sowieckie godło państwowe. Wielu szczerze płaczących po śmierci Józefa Stalina naprawdę wierzyło, że jest on najlepszym chorążym czy też gwarantem światowego pokoju.

Wyznawców nowej religii było mnóstwo: poczynając od umęczonej wojenną poniewierką ludności ZSRS, powtarzającej jak zaklęcie „niech już będzie, co chce, byleby nie było wojny” (a takich Rosjan do dziś jest wielu, przy czym spora ich część urodziła się po roku 1945), aż po ogłupionych uczestników marszów wielkanocnych.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:18

Zanim Europa całkiem straci głowę

Uroczyście otwarty osiemdziesiąt lat temu w Warnie pomnik-mauzoleum upamiętniający bitwę z 1444 roku leży wprawdzie na peryferiach miasta, jednak bardzo łatwo można do niego dotrzeć. W szczycie letniego sezonu odwiedzających to miejsce da się policzyć na palcach – przed dość rozległym kompleksem, urządzonym na dwóch starożytnych trackich kurhanach, parkują najwyżej dwa-trzy samochody jednocześnie.

Żadnego porównania z warneńskim delfinarium, bo tam tłumy są takie, że nie można szpilki wetknąć. W grocie, gdzie znajduje się cenotaf króla Władysława, panuje półmrok; z rozpadlin pieczary wieje chłodem, pustką i klęską. Główny obiekt pomnika utrzymywany jest w stanie należytym, ale wokół widać pewne zaniedbanie. Napisy w pawilonie wystawowym przypominają nie tylko o dzielności rycerzy węgierskich i polskich, ale wymieniają również z nazwy wiele innych większych narodów wschodnioeuropejskich walczących wówczas z naporem islamu, w tym nację ukraińską (nie ruską, jak należałoby oczekiwać).

Głębia dziejów

To gdzieś w tej okolicy król Polski, Węgier, Dalmacji, Chorwacji, Raszki, Bułgarii, Slawonii, pan Pomorza i Rusi, najwyższy książę Litwy etc. zaledwie dziesięć dni po swoich dwudziestych urodzinach zginął z ręki janczara. Rozpowszechnione przekonanie, że Władysław był wiarołomcą, bo zerwał rzekomo rozejm z sułtanem, chętnie powielane przez przeciwników papiestwa i wolnomyślicieli, opiera się na manipulacji.

Po zwycięskiej wyprawie na Bałkany w 1443 roku z koalicji antytureckiej wyłamał się despota Serbii. Choć odzyskanie władzy zawdzięczał on królowi, z powodów osobistych pozostał lojalnym lennikiem sułtana. Postawa Jerzego I Brankowicza ostatecznie wpłynęła na przebieg wojny w 1444 roku, podczas której nie popisał się także Jan Hunyady, doświadczony wódz węgierski, wsławiony dwanaście lat później mężną i mądrą obroną Belgradu. Namowy legata papieskiego Juliana Cesariniego, weterana nieudolnej krucjaty przeciwko husytom, jeśli w ogóle istniały, nie wpłynęły na decyzję władcy, który po prostu konsekwentnie realizował cel, dla którego włożył koronę węgierską. Do rozprawy z Turkami zobowiązywała go również uchwała sejmu w Budzie. Być może pragnął też okazać się godnym imienia swojego wielkiego ojca i okryć sławą większą niż on, ale czy wolno mieć to za złe ambitnemu młodzianowi?

(...)

sobota, 12 wrzesień 2015 13:54

Z baśni wschodnich

Związek Sowiecki pozostawał w tyle za swoimi rywalami w wielu dziedzinach, jednak z pewnością nie należał do nich kunszt manipulacji, który komuniści doprowadzili do perfekcji. Bolszewicy okręcali sobie wokół palca nie tylko własnych poddanych i zagranicznych szeregowych „pożytecznych idiotów”, omamionych ordynarnie lukrowaną wizją komunistycznego raju, ale także wybitne umysły Zachodu oraz zachodnich przywódców politycznych. Cała sztuka sprowadzała się w gruncie rzeczy do sprytnego odwracania kota ogonem i wmawiania, że czarne – a właściwie czerwone, barwy hojnie wytaczanej krwi – jest naprawdę białe, czyli koloru upierzenia poczciwego gołąbka.

startPoprzedni artykuł1234Następny artykułkoniec
Strona 1 z 4

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.