wtorek, 09 lipiec 2013 15:55

Lepiej mieć słaby głos, niż nie mieć go wcale

Napisane przez

Z Profesorem Witoldem Orłowskim rozmawiał Petar Petrović (Polskie Radio)

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso w rozmowie z brytyjskim dziennikiem ?The Telegraph? oceniał, że już za kilka lat Europa stanie się federacją. Przyznał wprawdzie, że choć obecnie takie plany brzmią jak science fiction, to już wkrótce federacja stanie się rzeczywistością dla wszystkich krajów Unii Europejskiej, niezależnie od tego, czy są w strefie euro, czy nie. W podobnym tonie wypowiadał się były przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, który mówił o nowych zasadach integracji i m.in. o powołaniu urzędu centralnego ministra finansów dla całej UE. Czy za naszymi plecami unijne elity przygotowują realizację budowy UE jako jednego sfederalizowanego państwa? Czy powinniśmy się tego obawiać?

To jest normalna sprawa. Urzędnicy unijni, politycy wyższego szczebla, pracują nad różnymi rozwiązaniami, które mogą zostać wdrożone. Po to, żeby one weszły w życie, musi być zgoda społeczeństw państw członkowskich. To, że oni przygotowują takie propozycje, nie jest tożsame z faktem, że one wejdą w życie. Proponowane są zbyt poważne zmiany, żeby ktokolwiek z UE zdecydował się wprowadzić je bez szerokiego zapytania o to społeczeństw. Należy się jednak zastanowić, czy wszystkim krajom takie rozwiązanie będzie odpowiadać. W Unii są w tej chwili mechanizmy, które pozwalają dostatecznie licznej grupie krajów, jeśli parę innych na coś się nie zgadza, wdrożyć w życie dany projekt, pozostawiając poza nim kilka krajów niechętnych. One nadal są w UE, ale nie uczestniczą we wspólnym działaniu. To wymaga zebrania dużej grupy krajów, które są gotowe, jeśli chodzi o integrację, iść głębiej.

Wydaje się, że wraz z kryzysem zmniejsza się zaufanie do Brukseli. Często słychać oceny, że jest on wykorzystywany do wprowadzania rozwiązań odbierających państwom kolejne atrybuty suwerenności i że nie ma to za wiele wspólnego z demokratycznymi procedurami. Jerzy Buzek mówił we wspomnianym wywiadzie: proszę pamiętać, że sprawa unii bankowej czy unii fiskalnej, tej związanej z budżetami, już jest w dużym stopniu zaawansowana, a jeszcze nie wszystko jest dyskutowane tak bardzo publicznie. Pojawiają się obawy, że narodom nie pozostawi się żadnej alternatywy, gdyż powie się im np. albo idziemy w stronę federalizmu, albo wszystko się sypie.

Nie mamy powodów by obawiać się, że ktoś za naszymi plecami przygotowuje jakieś rozwiązanie, które bez pytania nas o zdanie zostanie wprowadzone, że komisarze unijni czy eurodeputowani przegłosują za nas zgodę na np. jakieś formy głębszej integracji. Prawda jest taka, że żeby społeczeństwo mogło powiedzieć o koncepcjach dalszego zbliżania się, to ktoś musi przygotować projekt ? myślę, że jedynie w tych kategoriach należy przyjmować te słowa. Przed wprowadzeniem poważnych zmian na pewno dojdzie do wybadania w ten czy w inny sposób, czy zyskają one aprobatę. W jednych krajach odbędzie się to za pomocą referendum, w innych w drodze konsultacji społecznych ? ale jednak zostanie sprawdzone, co społeczeństwa o tym sądzą.

Do niedawna, gdy prezydentem Francji był Nicolas Sarkozy, byliśmy świadkami dobrej współpracy tego kraju z Niemcami. To Berlin i Paryż nadawały główny ton unijnym decyzjom. Obecnie wielu ekspertów zwraca uwagę, że w UE panuje chaos, istnieje wiele ścierających się ze sobą stron, a mało osób potrafi zaproponować jakieś konstruktywne rozwiązanie dla całości. Jak pana zdaniem to się wszystko skończy? Czy może dojść do rozpadu UE, do wyrzucania bankrutujących państw ze strefy euro albo jak w przypadku choćby Wielkiej Brytanii, możliwości dobrowolnego opuszczenia wspólnoty?

Wydaje się, że coraz więcej osób ma poczucie, że obecna sytuacja jest nie do utrzymania, że pewne silniki, które do tej pory pchały Unię, osłabły. Nie udaje się już w drodze ścisłego porozumienia niemiecko-francuskiego przeprowadzić kluczowych unijnych projektów. Coraz częściej padają pytania, gdzie dla tych wszystkich ruchów jest szeroka afirmacja. Po tym, jak wprowadzono euro, jedni uważają, że to za dużo, a drudzy, że to za mało. I właściwie wszyscy mają rację, dlatego że jeśli mamy wspólną walutę ? to jest to bardzo dużo, wręcz za dużo, jeśli w ślad za tym nie poszły inne działania. Stąd rosnące przekonanie, że UE znalazła się w punkcie nie do utrzymania, trzeba się zdecydować: albo iść na przód, albo do tytułu, nie można wciąż czekać i liczyć, że sytuacja sama się ustabilizuje. To jest tak, jak z jazdą na rowerze, można jechać do przodu lub do tyłu, ale trudno jest na nim ustać w miejscu. Zwolennicy dalszej integracji przekonują, że nie da się wycofywać z tego, co zostało zrobione, tylko należy iść do przodu, czyli bardziej zintegrować rynek, wprowadzić więcej elementów podejmowania wspólnych decyzji, polityki gospodarczej, kontroli. Sceptycy mówią wręcz odwrotnie, że należy wycofać się z tych obszarów, w których za daleko zaszła integracja, jak choćby zlikwidować euro i przywrócić waluty narodowe.

Czy jest szansa na porozumienie, czy po prostu strona silniejsza, nie patrząc na głosy sprzeciwu, będzie dążyła do zrealizowania swojej wizji ?nowej UE??

Pomiędzy tymi dwoma obozami istnieje jedynie zgoda co do tego, że nie da się już utrzymać obecnego stanu rzeczy. Skłaniam się ku przekonaniu, że rzeczywiście w którąś stronę trzeba wykonać ruch, ale nie musi to być jakieś dramatyczne rozwiązanie, np. zmienianie Unii w konfederację państw. Nikt nie wie, jak wiele integracji potrzeba, by na nowo zaczęło to wszystko sprawnie działać. Jeśli ktoś mówi, że pewne sprawy poszły za daleko, to należy spytać, co w bezpieczny sposób można by było odwrócić. Rozumiem argument tych, którzy mówią ?wycofajmy się ze strefy euro?. Ale ci, którzy mówią, jak niektórzy Brytyjczycy, ?wycofajmy się z gwarantowania emigrantom legalnie pracującym z innych krajów Unii takiej opieki społecznej, jaką mają Brytyjczycy?, to w tym momencie pada pytanie, czy to nie jest wezwanie po cichu do faktycznego wycofania się z pewnych rzeczy, które w Europie uznano już za standard, które do tej pory dobrze działają, jak choćby swoboda przepływu pracy i powrót do protekcjonizmu. Łatwiej jest powiedzieć ?idźmy do przodu albo do tyłu?, niż odpowiednio zdefiniować np. to, skoro mamy iść do przodu, to jak daleko chcemy się w tym posunąć i na odwrót. Dlatego są potrzebne różne propozycje do dyskusji.

(...)

Czytany 2063 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.