wtorek, 09 lipiec 2013 16:28

Nie bójmy się wejść w konflikt

Napisane przez

Z dr Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim rozmawia Petar Petrović (Polskie Radio)

Szalejący kryzys finansowy spowodował, że pojawia się wiele wyobrażeń o tym, czym ma być Unia Europejska. Eksperci są w zasadzie zgodni tylko w jednym ? zachodzą w niej wielkie zmiany i trudno przewidzieć, czym to się wszystko skończy. Pojawiają się różne propozycje, kreślone są pomysły na powstanie Stanów Zjednoczonych Europy, jej stopniowego rozpadu, powrotu do własnych walut, a także nowego rozdania i kolejnego ?koncertu mocarstw?. A jak pan widzi przyszłość tej organizacji?

Trzeba pamiętać, że Wspólnoty Europejskie, z których rozwinęła się Unia, powstały w zupełnie innych uwarunkowaniach międzynarodowych, będąc odpowiedzią pozamilitarną, gdyż od tego było NATO, na komunizm. System ten rozwijał się szczególnie dobrze tam, gdzie istniała rażąca bieda. To było podstawą destabilizacji systemów politycznych, więc trzeba ją było ustabilizować. Należało zapewnić sensowny rozwój odczuwalny społecznie. Najprościej było to zrobić, integrując ze sobą parę państw pierwotnej szóstki europejskiej. Na dodatek było to też wynikiem doświadczenia wojennego, które dla naszego pokolenia nie ma już znaczenia, jest odległą historią nawet nie rodziców, ale dziadków. Teraz Unia dostała spóźnionego o dwa pokolenia Nobla za to, że integracja jest sposobem na uniknięcie powtarzających się co pokolenie wielkich wojen niemiecko-francuskich, poczynając od 1870 i 1871 roku, pierwszej i drugiej wojny światowej. Małe kraje pomiędzy nimi: Holandia, Belgia, Luksemburg, miały namacalnie udowodnione, że nie da się zachować neutralności, gdy te dwa wielkie narody się nawzajem zabijają. Te uwarunkowania zniknęły, zbudowana na ich podstawie konstrukcja zaczęła mieć inne funkcje i rozszerzać się jako stabilizator demokracji, szczególnie po 1991 roku, na kolejne kraje. Ale wcześniej też pełniła tę funkcję, tak jak w przypadku Hiszpanii, która weszła do niej po zakończeniu dyktatury frankistowskiej, Portugalii po rewolucji goździków, która zakończyła system dyktatorski, Grecji po okresie władzy ?czarnych pułkowników?.

Jakie znaczenie miało dla tych krajów przystąpienie do UE?

To był rodzaj zakotwiczenia, szczególnie biedniejszego południa, w organizmie stabilizującym system demokratyczny. A bogata północ, Brytyjczycy, Duńczycy odczuwali potrzebę polityczną, czyli możliwość uczestniczenia w gremium decyzyjnym, w którym podejmowane są rozstrzygnięcia tworzące realnie istniejący system co najmniej ekonomiczny Europy. Jeśli chcemy sprzedawać coś na wspólny rynek, to musimy spełniać określone kryteria dopuszczalności naszych towarów i usług, a one ustalane są w instytucjach wspólnotowych. Jeśli w nich jesteśmy, to mamy głos współdecydujący i możemy grać tak, by odpowiadały one naszym interesom. Jak nas nie ma, to możemy albo z nimi nie handlować, co jest nieopłacalne ekonomicznie, albo przyjmować reguły ustalane przez innych.

A co się stało z Unią w momencie transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej?

Po 1991 roku doszedł kolejny impuls, podnoszący znaczenie UE, czyli wielkie zadanie stabilizacji Europy Środkowej, ale to był jednocześnie zaczątek pewnej choroby mentalnej tej organizacji. Warto zwrócić uwagę, że proces jej poszerzania na ten region, obejmujący 12 państw akcesyjnych (odliczmy Maltę i Cypr, jako nie z regionu postkomunistycznego) spowodował, że państwa chcące przystąpić do tego klubu znalazły się w sytuacji petentów, musiały spełniać zalecenia, instrukcje, przyjmować prawo ustalane bez ich udziału. Robiły to dobrowolnie, ale to wszystko wytwarzało w umysłach decydentów wiodących państw UE, jak i biurokracji unijnej, fałszywe przeświadczenie o mocarstwowości UE.

Czym się ona objawiała?

Jeśli zdefiniujemy ją jako zdolności dane podmiotu politycznego do przeforsowywania swojej woli politycznej poza swoimi granicami, to była to sytuacja klasyczna, potwierdzająca jej mocarstwowość. Ale, po pierwsze, była ona czasowa, do momentu przystąpienia tych państw do Unii, po drugiej, dotyczyła jedynie tych krajów, które chciały przystąpić, najlepszy dowód na to, że Serbia Miloszevicia czy Białoruś Łukaszenki nie podlegały temu procesowi, w przeciwieństwie do choćby: Chorwacji, Słowenii, czy Słowacji. Ten system, funkcjonujący w latach 1991-2004, z przedłużeniem na Rumunię i Bułgarię do 2007, wykształcił fałszywe przeświadczenie, że rdzeń UE to centrum cywilizacji o znaczeniu mocarstwowym, które potrafi narzucić swoje wzorce prawne, systemowe, kulturowe i polityczne pozostałym państwom, z uwagi na swoją atrakcyjność, wyższość. W swojej książce nazwałem tę sytuację podziałem na Robinsonów Crusoe i Piętaszków ? ci dzicy mieli w zachwycie chłonąć z cywilizacji europejskiej wszelkie wzorce.

Co się zmieniło, gdy kraje te stały się już członkami UE?

Ten system skończył się 13 grudnia 2002 roku, w momencie zakończenia negocjacji akcesyjnych z Polską, najważniejszym krajem tej grupy. Konflikt pomiędzy państwami akcesyjnymi a starym rdzeniem UE nastąpił natychmiast, w 2003 roku na kanwie stosunku do interwencji amerykańskiej w Iraku. Kraje te przestały być uzależnione od woli rdzenia unijnego w momencie, gdy zakończyły negocjacje. Co prawda, była jeszcze procedura ratyfikacyjna, ale politycznie proces był zamknięty ? prawnie nie, politycznie tak. I natychmiast przejawiły swoją wolę, przestała UE, w szczególności jej rdzeń, oddziaływać w sposób przemożny i mocarstwowy na ich politykę. Na to nałożyło się też pęknięcie w starej Unii, w gruncie rzeczy Europa Środkowa, popierając Amerykanów, była w większościowym obozie unijnym, a Niemcy i Francuzi tworzyli obóz mniejszościowy, ale uzurpowali sobie miano ?jedynej, prawdziwej UE?. Na to nałożył się kolejny proces reformy systemu decyzyjnego UE, znanej u nas jako spór Nicea?Lizbona. Doszło wtedy do złamania starej zasady przeszacowania państw małych, oto raptem elity starej Unii doznały oświecenia i uznały, że zasady, na których oparta była ta organizacja od 1957 roku, są niedemokratyczne. Dano do zrozumienia, że tak dalej być nie może, żeby obywatel Luksemburga miał siłę polityczną kilkunastu Niemców ? od tego momentu siła polityczna państwa ma być wprost zależna od demografii.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że ten lizboński system głosowania, w którym siła głosów państwa w sposób proporcjonalny zależy od liczby jego ludności, nie jest przyjęty wewnątrz systemu Niemiec. Nie jest tak, że im więcej land ma ludności, tym ma większą siłę głosu, gdyż wtedy wszystkim rządziłaby Westfalia Nadrenia. Pozostałe, uboższe czy mniej ludne landy nigdy by się na to nie zgodziły. System, który na szczeblu jednolitego etnicznie narodu niemieckiego uznano za nie do zaakceptowania, został zaproponowany wszystkim Europejczykom i przeforsowany, gdyż opłacał się największym krajom. Francuzi i Niemcy mieli silną wolę polityczną zachowania skali swoich wpływów w powiększonej Unii, co jest matematycznie niemożliwe, gdyż 2 od 15 nie równa się 2 od 27. Musieli więc zmienić reguły, by wyjść na swoje.

Niektórzy mogliby powiedzieć, że to sprawiedliwe, niby wszyscy jesteśmy równi, ale są też równiejsi.

Powody, dla których wcześniejsze system oparto na przeszacowaniu małych państw, nie były wynikiem niedowładu intelektualnego ojców założycieli, którzy nie rozumieli, że to jest niedemokratyczne, chodziło im o to, żeby siła głosów państw małych była rzeczywista, wymagała negocjowania z nimi, a nie była kwiatkiem do kożucha. W przeciwnym razie, jakkolwiek zagłosują Holendrzy, Belgowie i Luksemburczycy, to i tak rozstrzygną głosy Niemiec, Francji i Włoch. Gdyby taki system utworzono, to oczywiście państwa te nigdy by do niego nie weszły. Mamy wrodzoną sprzeczność pomiędzy łatwością procesu decyzyjnego, opartego na bezwzględnej większości forsującej dane rozwiązanie, do czego zmierza system lizboński, a równie ważną politycznie okolicznością, wymogiem zachowania spoistości Unii, rozumianej jako wola polityczna integrujących się narodów do kontynuowania tego procesu. Jeśli będą do tego zmuszane, to Unia skończy jak Jugosławia, gdyż wszyscy będą mieli poczucie wykorzystania. Tak jak Chorwaci i Słoweńcy uważali, że pracują na biednych Serbów i Macedończyków, tak Serbowie mieli poczucie, że bronili najpierw przed Włochami, a później przed Sowietami tych niewdzięcznych Chorwatów i Słoweńców, wyzwolonych przez nich od Habsburgów.

(...)

Czytany 3409 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.