Aleksander Kłos

Aleksander Kłos

sobota, 10 grudzień 2016 01:59

Skończmy z aborcyjnym szaleństwem

Argumenty przeciwko zaostrzaniu ustawy aborcyjnej są od lat takie same. Wciąż przekonuje się Polaków, że w jej efekcie dojdzie jedynie do rozrostu „podziemia aborcyjnego”. To zaś spowoduje, że tysiące kobiet będzie umierać w wyniku nieudanych zabiegów, gdyż te, które nie chcą urodzić „płodu”, i tak go, w ten czy w inny sposób, „spędzą”.

Z Wojciechem Jakóbikiem, analitykiem Instytutu Jagiellońskiego i redaktorem naczelnym BiznesAlert.pl rozmawia Aleksander Kłos

Zauważany jest wzrost bezpieczeństwa energetycznego w naszej części Europy, czego najlepszym dowodem jest właśnie gazoport w Świnoujściu. W razie problemów mamy alternatywę, maleje ryzyko szantażu gazowego. Trwa jednak coraz mocniejsza rywalizacja na rynku, ponieważ Gazprom nie zamierza się poddawać i będzie walczył ceną, elastycznością, ale już raczej nie będzie szantażował klientów, gdyż na każdym z nich będzie mu zależało. Rosjanie też zmienili do nas podejście.

Otwarcie terminalu LNG imienia Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu to ważne wydarzenie zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Oto Polska pokazuje, że można walczyć z energetyczną hegemonią Rosji i przeprowadzić udaną próbę zdywersyfikowania dostaw skroplonego gazu. Poprzedni premierzy Donald Tusk i Ewa Kopacz także zapewniali, że będą dążyć do dywersyfikacji źródeł energii – nie przekładało się to jednak na rzeczywiste projekty. Obecny rząd traktuje tę sprawę priorytetowo. Jak ważne dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju jest otwarcie terminalu LNG? Co w najbliższej przyszłości może się z tym wiązać.

Terminal LNG daje możliwość dostarczania, niezależnie od Rosji i od innych sąsiadów, gazu w formie skroplonej, który możemy sprowadzić z praktycznie każdego miejsca na Ziemi. Ma to być też narzędzie rozwoju rynku gazu w Polsce – ma poprawić sytuację ekonomiczną naszego kraju i pomóc w poprawie oferty dla polskich klientów na gaz. LNG może być niebawem bardziej rentowne i konkurencyjne od dostaw Gazpromu czy też z giełdy niemieckiej. Ten rynek się intensywnie rozwija i według Międzynarodowej Agencji Energii w przyszłości gaz skroplony ze Stanów Zjednoczonych będzie swobodnie mógł konkurować z tradycyjnymi dostawami.

Pada jednak wiele pytań o to, czy jest on atrakcyjny pod względem ekonomicznym. Czy przypadkiem nie jest tak, że za wszelką cenę jesteśmy gotowi uwolnić się od monopolu gazowego Rosji, która wykorzystuje dostawę energii jako środek szantażu, nawet jeśli mielibyśmy płacić więcej?

Nie znamy oficjalnej ceny kontraktu katarskiego, są pewne szacunki, które każą twierdzić, że jest on droższy od długoterminowego kontraktu jamalskiego podpisanego z Gazpromem. Ale kiedy tanieje ropa naftowa, kontrakty uzależnione od niej przez indeksację czy z Gazpromem, czy z Qatargasem, tanieją. Fakt, że PGNIG zdecydowało się odebrać pierwszy transport do terminalu z Kataru, oznacza, że w obecnych warunkach, także dzięki uldze na regazyfikację (proces zmiany stanu skupienia z płynnego na lotny) w Świnoujściu, którą ustanowił Gaz-System – w obecnych warunkach może być to opłacalne. To wszystko jednak są jak na razie domysły i spekulacje. Pamiętajmy jednak, że na temat działalności terminalu pojawiają się też spekulacje inspirowane z zewnątrz. Stąd biorą się kosmiczne liczby ponad 700 dolarów za 1000 m3 za gaz z Kataru, kiedy Gazprom oferował w 2015 roku surowiec za 235 dolarów. Takie plotki krążą po rosyjskich, a potem polskich mediach. W rzeczywistości należy szacować, że dostawy z Kataru są dużo bliżej ceny rosyjskiej. Dostawy spotowe, na przykład z Norwegii, mogą być tańsze od dostaw z Gazpromu, co pokazał już kilkukrotnie przykład litewski.

(...)

sobota, 20 sierpień 2016 13:07

Rosja osłabiona jest najbardziej groźna

Z prof. Andrzejem Nowakiem rozmawia Aleksander Kłos

Im silniejsza będzie Polska i bardziej wykorzysta czas najbliższych kilku lat dla własnego umocnienia, tym bardziej ma szansę układać się z osłabioną Rosją na zupełnie innych, równoprawnych zasadach. Teraz zaś jest czas, kiedy należy pokazywać, że Władimir Putin jedynie się przyczaił w swoich ambicjach neoimperialnych, a w rzeczywistości nie ustąpił ani o milimetr na Ukrainie, w Donbasie czy w sprawie Krymu. Bez cofnięcia tamtych zmian, tak gwałtownych na mapie Europy, nie może być mowy o powrocie do bussines as usual władcą Kremla.

Panie profesorze, rozmawiamy przed szczytem NATO w Warszawie, podczas którego ma zostać podjęta decyzja o wzmocnieniu wschodniej flanki Sojuszu Północnoatlantyckiego. W ten sposób Polska, wraz z innymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej, chce poprawić swoje bezpieczeństwo, któremu zagraża neoimperialna polityka Moskwy. Wszystko wskazuje na to, że pomimo jej pohukiwań NATO rzeczywiście w mocniejszy niż do tej pory sposób będzie przeciwstawiać się zakusom Kremla – który nie tylko, że wciąż prowadzi agresywną politykę wobec Ukrainy, ale nadal różnymi metodami stara się utrzymywać swoją strefę wpływów w krajach należących kiedyś do bloku komunistycznego. W swojej książce „Kto powiedział, że Moskale to są bracia nas, Lechitów...” (Wydawnictwo Literackie 2016 r.) przedstawia pan ciąg doświadczeń polsko-rosyjskich, które dają chyba jednoznaczną odpowiedź, że między naszymi narodami trudno będzie o dobre relacje.

Tytuł nawiązuje do popularnego wiersza „Poloneza Kościuszki” Rajnolda Suchodolskiego, powstańca listopadowego, który w tymże powstaniu oddał życie w walce przeciwko owym Moskalom. „Kto powiedział, że Moskale, to są bracia nas, Lechitów, temu pierwszy w łeb wypalę pod kościołem karmelitów” – chodziło o więzienie stanu w Warszawie, znajdujące się w byłym klasztorze karmelitańskim, gdzie wielki książę Konstanty więził bez sądu przeciwników politycznych. Ten popularny w XIX wieku wiersz, podkreśla, że nie ma przyjaźni między Polską a Rosją. Ale jednocześnie ten sam wiersz i tytuł sugerują, że są tacy, którzy uważają, że taka przyjaźń jest, i trzeba im „w łeb wypalić”. Akurat używam tego cytatu, tego nawiązania literackiego, żeby postawić pytanie, a nie udzielić zbyt pospiesznie odpowiedzi.

Z jednej strony mamy ogromną ilość świadectw historycznych, doświadczeń, cierpień, które wskazują, że imperium rosyjskie w rozmaitych wcieleniach jest dramatycznym przeciwnikiem Polski. Dlatego nie sposób sobie wyobrazić, a w każdym razie jest to bardzo trudne, by pogodzić jego interesy z Polską, która chce być niepodległa. Jednocześnie są Polacy i Rosjanie, choć jest ich niewielu, którzy szczerze szukają rozwiązania tej kwadratury koła, którzy szukają jakiejś ścieżki porozumienia polsko-rosyjskiego i o nich też jest ta książka. Ona zamyka się w wieku XIX, ale uważam, że większość istotnych wzorów naszej myśli w stosunku do Rosji uformowana została w tym czasie i wiek XX już bardzo niewiele był w stanie do tego dodać.

(...)

Z Januszem Szewczakiem rozmawia Aleksander Kłos

Przed nowym rządem stoją kolosalne wyzwania. A krajowi zaprzańcy i zagraniczne lobby, zwłaszcza to finansowe, chce go na wszelkie sposoby i za wszelką cenę obalić – proszą nawet o zagraniczną interwencję, o obcinanie dotacji, o łajanie, o dyscyplinowanie. Denuncjują własny naród, społeczeństwo do obcych, byleby się znów zbliżyć do tych stołków, od których zostali skutecznie oderwani i to decyzją suwerena – Narodu.

Jak pan ocenia sztandarowy program rządu, tzw. plan Morawieckiego? Padają oskarżenia, że jest to raczej marzycielstwo, myślenie życzeniowe, nie ma szans na zrealizowanie, a i ocena obecnego stanu naszego państwa jest zbyt pesymistyczna.

Plan wicepremiera Mateusza Morawieckiego to zarys pewnej koncepcji, wizji, która wydaje się ciekawa i wartościowa, gdyż z pewnością postawiona w nim diagnoza jest słuszna. To znaczy, że nie jesteśmy żadną „zieloną wyspą”, że zadłużyliśmy się ponad miarę, że nie da się rozwijać wyłącznie na podstawie zagranicznych pożyczek, że trzeba odzyskać głupio wyprzedany (w ramach tzw. prywatyzacji) i utracony majątek narodowy, że trzeba mieć własne fabryki, odzyskać banki, mieć własne sieci handlowe, własne media. To jest diagnoza w pełni słuszna. Ja od 26 lat o niczym innym nie mówię, tylko właśnie o tym. Przez te wszystkie lata byłem traktowany jako oszołom i moherowy ekonomista, nierozumiejący złożoności tego świata i niedoceniający tej rzekomej „zielonej wyspy”, którą, oczywiście, nigdy nie byliśmy.

Jaki miałby być efekt tego planu?

To jest nowe podejście do wybicia się na suwerenność gospodarczą. Potrzebni są Polsce niewątpliwie bankierzy-wizjonerzy, ale także prawnicy-rzemieślnicy. Efekty takiego planu – jeśli on miałby być skutecznie wdrażany – będą widoczne za 10-15 lat. Wicepremier Mateusz Morawiecki mówił, że polskie wynagrodzenia, które się mają zrównać w Europie, to jest dość odległa wizja – może nawet 15-20 lat.

Czy Polacy są gotowi, by tak długo czekać? Wielu nie rozumie, dlaczego pracuje więcej i nie gorzej niż na Zachodzie, a otrzymuje za swój trud kilka razy mniejsze wynagrodzenie. Wciąż wiele osób wyjeżdża, a ci, którzy znaleźli pracę w innych krajach, często założyli już tam rodziny i mała jest szansa, że będą chcieli wrócić.

Polskie społeczeństwo ma aspiracje i rozbudzone ambicje. Chciałoby już dzisiaj widzieć takie sensowne zmiany. Chciałoby poprawy warunków życia, niższych kosztów utrzymania, które są horrendalnie wysokie. Mamy wiele usług bankowych, marż, prowizji, które są w Polsce głównie zdominowane przez kapitał zagraniczny, a które są wyższe niż w wielu bogatych krajach UE. Polacy mówią – chcemy lepiej zarabiać, chcemy wybić się na suwerenność gospodarczą, tak żeby mieć własne fabryki, banki, media. Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie protestował przeciwko innowacyjności czy nowym technologiom albo rozwojowi przemysłu, który rządzący Polską przez 26 lat zniszczyli i zlikwidowali, choćby przemysł stoczniowy, obrabiarkowy. Ale są wyzwania dnia dzisiejszego, trzeba znaleźć pieniądze na najważniejsze projekty. Wydawać pieniądze potrafi każdy głupi, natomiast zarabiać pieniądze dla Polski i Polaków to już jest znacznie trudniejsza sprawa. Dlatego głównym problemem jest to, jak spowodować, żeby zarabiać te pieniądze i za pomocą jakich instytucji i rozwiązań. Jak na razie widzimy, że rokrocznie wycieka za granicę nam z tego polskiego dzbana finansowego – niektórzy mówią 70 miliardów złotych, inni że aż 90 miliardów.

(...)

Z Michałem Beimem rozmawia Aleksander Kłos

Dr Michał Beim – adiunkt na Wydziale Inżynierii Środowiska i Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, ekspert Instytutu Sobieskiego w Warszawie, współautor raportu „Dokąd, jak i czym zmierzamy. Rekomendacje dla polityki transportowej Warszawy po 2015”.

Powinniśmy się zastanowić, jak optymalnie wydać środki, żeby uzyskać pewien efekt, a nie licytować się na kilometry. Kiedy w ogóle nie było ekspresowej sieci dróg i autostrad, to rzeczywiście każdy kilometr cieszył opinię publiczną. Dzisiaj ta sieć jest już w miarę gęsta, chociaż wiemy, że każde miasto powie, iż nie ma bezpośredniego połączenia z innym. Ale prawda jest taka, że możliwości finansowe państwa zarówno ich budowy, jak i późniejszego utrzymania, są dość iluzoryczne. Pamiętajmy też, że same drogi ekspresowe i autostrady nie generują, tak jak się przyjęło w Polsce myśleć, dodatkowych przychodów czy rozwoju gospodarczego.

Pod adresem poprzedniego rządu padały poważne zarzuty formułowane zarówno przez ówczesną opozycję, jak i część ekspertów niedostatecznego wykorzystania olbrzymich środków, którymi dysponował na rozwój polskiego kolejnictwa. Wielokrotnie w najważniejszych mediach widzieliśmy relacje przedstawiające jego nieciekawy stan: niska jakość, opóźnienia, wysokie ceny przejazdu. Jak pan z dzisiejszej perspektywy ocenia realizację planu reformy tego sektora?

Poprzednie rządy zbiegły się z okresem finansowania unijnego – budżet na lata 2007-2013 roku, z możliwością rozliczenia projektów do końca 2015 roku, prawie że w całości przypadał na rządy koalicji PO-PSL. Jest to okres zarówno pod względem finansów unijnych, jak i politycznych decyzji, niejako spójny, gdyż mamy jeden budżet i jedne decyzje polityczne. To daje obraz, którego nie mogą zakłócić np. wybory czy zmiana priorytetów unijnych. Był to czas, kiedy można było pewną spójną wizję realizować. Jeśli spojrzymy w tym okresie na kolej, to widzimy, że pasażer zaczął odczuwać pewne pozytywne zmiany.

Jakie to zmiany? Czy rzeczywiści można powiedzieć, że środki, chociaż ich część, zostały dobrze spożytkowane?

Ilość pieniędzy, jaka była przeznaczona w Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko na utrzymanie infrastruktury, zakup taboru, remonty dworców – przyniosła widoczne efekty. Do tego dochodziły jeszcze środki pochodzące z regionalnych funduszy czy z tzw. funduszy norweskich lub szwajcarskich. Wpływu tych pieniędzy na zmianę oblicza transportu kolejowego nie sposób nie zauważyć, każdy pasażer dostrzega nowości i tablice informacyjne o źródłach finansowania. Ten optymistyczny obraz mąci jednak pytanie, na ile efektywne było wykorzystanie funduszy. Czy w związku z tym zmiana na kolei nie mogłaby być bardziej dogłębna?

Mogła być?

I tu pojawiają się informacje psujące wizerunek pozytywnych reform na kolei. Pojawia się kwestia braku spójnej polityki. Najpierw starano się, zgodnie z wytycznymi UE, iść w modernizację najważniejszych szlaków kolejowych, równocześnie dostosowując je do systemu sterowania ruchem (European Train Control System) wdrażanym w bólach przez różne państwa unijne. Starano się ten system głównych szlaków komunikacyjnych tak zrobić, by operacyjność, zwłaszcza w zakresie transportu towarowego, była odczuwalna. Niestety, bardzo szybko pojawiły się poważne opóźnienia w realizacji infrastruktury. To nie była żadna nowość, gdyż wcześniej też były one gigantyczne.

(...)

Z Piotrem Maciążkiem – redaktorem prowadzącym Energetyka24.com z Grupy Defence24.pl rozmawia Aleksander Kłos

W moim przekonaniu gazociąg Nord Stream 2 raczej powstanie, a Polska ma małe szanse na to żeby go zablokować, gdyż polityka temu służąca jest nieudolna. Błędem jest akcentowanie kwestii prawnych i niezrozumiała jest nadzieja, że Komisja Europejska osłabi ten projekt, gdyż zablokować go nie może. Polska dyplomacja powinna się przede wszystkim koncentrować na kwestiach politycznych, sięgać po hasła takie – że jest to nowa Jałta, jest to bowiem projekt, który ominie Europę Środkową, spowoduje, że te kraje przestaną być tranzytowe. Jest krzywdzący dla tego regionu. Taki argument byłby skuteczniejszy.

Czy Polacy mogą spać spokojnie, wiedząc, że ich Ojczyzna jest bezpieczna energetycznie?

Bezpieczeństwo energetyczne to przede wszystkim zdolność do samodzielnego wytwarzania energii czy też zapewnienie sobie dywersyfikacji, czyli różnych kierunków dostaw zasobów energetycznych potrzebnych do wytwarzania energii. Na pewno nie mamy do czynienia z bezpieczeństwem energetycznym, jeżeli jesteśmy uzależnieni od jakiegoś monopolu – jednego dostawcy, tak jak jest z dominacją rosyjskiego Gazpromu w Europie Środkowo-Wschodniej. Unia Europejska stara się wśród swoich członków podnosić możliwości bezpieczeństwa energetycznego, dlatego prowadzi przeciwko Gazpromowi śledztwo antymonopolowe. Ponieważ, także ze względu na zaszłości historyczne, czyli dominację sowiecką w naszej części świata, Rosjanie zachowują uprzywilejowaną pozycję w tym regionie, to dopiero przebudowa infrastruktury może tę sytuację zmienić.

W jakim stopniu Polska jest więc bezpieczna? Wydaje się, że nie grozi nam zakręcenie kurka, chociaż takie ryzyko wciąż istnieje. Doskonale pamiętamy spory między Ukrainą i Rosją, jeszcze przed rosyjską agresją na ten kraj.

W tej chwili Polska jest bezpieczna energetycznie, gdyż większość energii wytwarzamy z wydobywanego u nas węgla kamiennego. Problem polega na tym, że to się wkrótce zmieni, gdyż polityka klimatyczna UE zakłada znaczące redukcje emisji dwutlenku węgla. Chodzi o to, żeby do 2030 roku redukcje sięgnęły 40 procent względem roku 1991. To będzie oznaczało znaczące przeobrażenia polskiej energetyki i wprost wpłynie na redukcję udziału węgla w wytwarzaniu energii w Polsce. W związku z tym będą odpowiednie starania ze strony rządu aby zabezpieczyć kraj w zakresie jego potrzeb energetycznych. Chciałbym zwrócić uwagę, że w naszym kraju dużo mówi się o gazie ziemnym, często w tym kontekście pojawia się motyw Gazpromu, gazoportu. Tymczasem gaz ziemny w strukturze wytwarzania energii w naszym kraju to bardzo mały udział, więc jest to temat w tej chwili nieco wyolbrzymiony.

(...)

Budowa baz wojskowych, zwiększenie kontyngentów broni, wysłanie żołnierzy, lotnictwa i okrętów, działalność instruktorów i wywiadu – mocniejsze zaangażowanie Rosji w Syrii ma pokazać całemu światu, że jest ona wciąż mocarstwem, które potrafi, podobnie jak USA, uczestniczyć w operacjach wojskowych w różnych rejonach globu i w ten sposób realizować swoją politykę. Jej pojawienie się w nowej roli w syryjskim konflikcie – bezpośredniego uczestnika starć i głównej siły ofensywnej władz w Damaszku, spowodowało niemałe zmiany w układzie sił w tym kraju, pogrążonym w krwawej wojnie od pięciu lat. Największym beneficjentem rosyjskiego „aktywnego” włączenia się do konfliktu zbrojnego w Syrii – 30 września 2015 roku rosyjskie siły powietrzne rozpoczęły oficjalnie naloty – jest oczywiście Baszar al-Assad i wspierający go Iran oraz Hezbollah, którzy otrzymali dzięki temu realną szansę na zmianę patowej sytuacji równowagi sił między oddziałami rebeliantów syryjskich wspieranych m.in przez Zachód i Arabię Saudyjską, Kurdami – z którymi największe nadzieje wiążą USA, opozycyjnymi organizacjami terrorystycznymi, m.in. Frontem Nusra, który jest syryjskim odłamem Al-Kaidy, i Państwem Islamskim. Pomimo zapowiedzi rosyjskich, że ich ataki mają być wymierzone w dżihadystów, większość z nich w rzeczywistości koncentruje się na Froncie Nusra i Wolnej Armii Syryjskiej, będących największym zagrożeniem dla reżimu Assada. Stan ten trwa od pierwszych nalotów i choć wzbudziło to zrozumiałą złość wspierających „umiarkowaną” opozycję Amerykanów, Kreml ostentacyjnie udaje, że co najwyżej można mówić o pomyłkach – a o nie nietrudno, gdy się jest na „wojnie z terrorystami”.

Z Michałem Lubiną rozmawia Aleksander Kłos

Amerykanie nie chcą zniszczyć Państwa Środka, oni chcą tylko, by podporządkowało się ono ich wizji, by było „odpowiedzialnym współudziałowcem” w spółce – Świat – którą zarządzają... Amerykanie. Chińczycy mają znaleźć swoje miejsce w szeregu i się nie wychylać. Tyle że Pekin nie tylko nie chce się im podporządkować, ale ma ochotę przejąć ich spółkę. Oczywiście, nie teraz, ale za jakiś czas – to już tak.

Dr Michał Lubina, wykładowca Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, analityk w Centrum Studiów Polska-Azja i autor książki Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991-2014.

Na czym polegają stosunki Moskwy z Pekinem? Z jednej strony oba mocarstwa wydają się być najbliższymi sojusznikami, wspierają się na arenie międzynarodowej, w szczególności gdy trzeba wystąpić przeciwko Waszyngtonowi, z drugiej wciąż słyszymy głosy, że rosnący w siłę Czerwony Smok pożera właśnie na naszych oczach starego, zmęczonego Niedźwiedzia. Tylko robi to na tyle wolno, że ten tego nie zauważa. Albo nie chce zauważyć.

Relacje rosyjsko-chińskie to przysłowiowe małżeństwo z rozsądku, ale ono wzmacnia potencjał obu państw na arenie międzynarodowej. Dla Rosji to oznacza spokój od Wschodu, w Azji i możliwość reintegrowania obszaru byłego Związku Sowieckiego. Dla Chin z kolei jest to spokój od Północy, dzięki czemu mogą się skupić na najważniejszym dla siebie obszarze Azji-Pacyfiku. Dla tych państw relacje te są najważniejsze, gdyż są stabilne i dają im możliwość realizowania swoich politycznych celów.

Co chce ugrać Rosja sojuszem z Chinami?

Rosja już od jakiegoś czasu ogłosiła zwrot na Wschód, ale nikt wtedy tego nie traktował zbyt poważnie. W kremlowskich środowiskach analitycznych, doradczych mają świadomość, że kierunek Azja-Pacyfik staje się pomału najważniejszym obszarem gospodarczym i politycznym świata – w tym momencie trzeba tam być, a Rosja jest, co prawda, geograficznie w Azji, ale mentalnie nie. Po wydarzeniach na Ukrainie, gdy Rosja podpisała kontrakt z Chinami, bardzo wyraźnie podkreślała, że teraz bardzo wyraźnie robi zwrot na Wschód – tyle że minęło półtora roku i dziś widać, że niewiele udało się jej osiągnąć. Nie udało się Kremlowi zrównoważyć Azją Zachodu, dlatego że Rosja ma mało Azji do zaoferowania, może im jedynie sprzedać surowce i broń – a ich ceny są tak niskie, że to nie ma żadnego znaczenia. A jeżeli chodzi o broń, to Rosja ponownie odpuściła w swojej najważniejszej kwestii, gdyż do tej pory nie sprzedawała nowoczesnej technologii Chińczykom. To przecież osłabia Rosję, ale poza bronią i surowcami – nie ma ona za wiele do zaoferowania. Ponadto Chiny mają problemy wewnętrzne – przeżywają turbulencje i w efekcie muszą się skupić na innych sprawach. Więc podłączenie się do rozwoju chińskiego, a taki był plan rosyjski, nie za bardzo działa, gdyż z tym rozwojem jest tak sobie.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:59

O falę emigrantów zapytajmy Turcję

Z dr. Michałem Kuziem rozmawia Aleksander Kłos

Zdaniem wielu ekspertów prezydent Recep Tayyip Erdoğan dąży do odbudowania potęgi osmańskiej – dlatego wzmacnia obecność Turcji w regionie bliskowschodnim.

Michał Kuź – adiunkt na uczelni Łazarskiego, redaktor „Nowej Konfederacji”, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Według danych Eurostatu jedynie 20 procent starających się o azyl w Unii Europejskiej od kwietnia do czerwca stanowili uchodźcy z objętej wojną Syrii. Na 217 tysięcy imigrantów 44 tysiące legitymowało się syryjskimi dokumentami, 27 tysięcy pochodziło z Afganistanu, a resztę stanowiła mieszanka narodowości z całego świata. Media, przede wszystkim dzienniki, przekonują nas, że do Europy podążają w większości uciekający przed krwawym konfliktem Syryjczycy.

Uchodźcy z Syrii to przysłowiowa słomka, która łamie grzbiet wielbłąda. Przecież fala imigrantów idzie w kierunku Europy nie od wczoraj. Jeśli się spojrzy na dane niemieckiego rządu federalnego za pierwsze półrocze, to okazuje się, że wprawdzie są oni największą grupą narodowościową, ale najwięcej łącznie jest ludzi z Bałkanów: z Kosowa, Bośni, Serbii. Berlin przez długi czas prowadził wybitnie niefrasobliwą politykę względem imigrantów, gdyż zakładał, że jest w stanie przyjąć każdą liczbę – to był błąd. Ja miałem wrażenie w pewnym momencie, że kanclerz Angela Merkel nie wie, w jakim świecie żyje…

Nie przekona mnie pan tym argumentem… Jakoś nie za bardzo mi się chce wierzyć w niefrasobliwość Angeli Merkel. Tym bardziej że jeśli spojrzymy na ostatnie kryzysy w Unii Europejskiej, zarówno finansowy, jak i związany z Grecją, to widzimy, że Niemcy na tym nie tracą, ba, jeszcze zyskują. Co prawda Merkel straciła około 5 procent poparcia, zapewne z powodu swojej polityki migracyjnej, ale nadal cieszy wielkim poparciem w społeczeństwie – około 63 procent.

Mamy świat globalny. Nawet średnio zamożny Pakistańczyk może spakować się i wyjechać. W momencie, gdy widzi on reklamówki niemieckiego urzędu emigracyjnego, które sugerują, że każdy imigrant zarobkowy czy uchodźca dostanie dom, pracę, w momencie gdy się mówi, że „sobie poradzimy”, to ludzie słyszą – „przyjmiemy wszystkich”. Początkowo wiele osób faktycznie zaś dostawało mieszkania i pracę. A więc widzimy, że z jednej strony to był mit, a z drugiej jednak nie był. Niemcy do pewnego czasu potrafiły to zaoferować, a później stwierdziły, że już temu nie podołają. Nawet niemieckie prorządowe media zauważyły, że pierwszy raz od dziesięciu lat kanclerz musiała tak nagle i gwałtownie zmienić swoją politykę.

Syryjczycy z jednej strony przeciążyli ten system, który i tak już trzeszczał, z drugiej wielu imigrantów zarobkowych wykorzystuje syryjski exodus. Słyszy się wypowiedzi samych uchodźców z tego kraju, którzy pytają: „czy nie widzicie, że to nie są Syryjczycy?!” – wielu wykorzystuje tę sytuację, wyrzuca paszporty, kupuje fałszywe syryjskie dokumenty, dołącza do ich kolumn.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:32

Islam to nazizm XXI wieku

Kiedy patrzę, jak są traktowane kobiety w islamie, to myślę sobie, że ja mogłabym być jedną z nich. Ten motyw jest mi bardzo bliski. Jeżeli ojciec oddaje córkę na dżihad, na masowy gwałt… Jak można być tak okrutnym! Staram się Polaków uświadamiać, że islam to nie jest religia pokojowa. Komu wierzymy, chrześcijanom czy muzułmanom? Niestety, wszystko wskazuje, że idziemy w kierunku wojny, upadku Europy.

Miriam Shaded – szefowa Fundacji Estera, sprowadzającą do Polski chrześcijańskich uchodźców z Syrii

Jak to się stało, że zajęła się Pani uchodźcami?

W Syrii od kilku lat toczy się coraz bardziej intensywna wojna, ginie mnóstwo osób. To jest największy kryzys humanitarny, jaki mamy obecnie na świecie. Mój tata jest Syryjczykiem, dlatego problem ten jest szczególnie bliski mojej rodzinie. Duchowni kościołów syryjskich zwrócili się do mojego taty o pomoc w celu przyjęcia stamtąd 300 rodzin do Polski. On starał się działać, ale ambasady nie wydawały wiz. Dlatego podjęłam decyzję, że muszę się tym zająć, mam bowiem doświadczanie w prowadzeniu rożnych projektów biznesowych. Wiedziałam, że jeżeli się tego nie podejmę, nie doprowadzę tej sprawy do końca, to nie uratujemy tych osób. Dlatego w zeszłym roku założyłam fundację i zaczęłam działać. Analizowałam aspekty prawne, sprawdzałam, jakie są możliwości, na początku odbijałam się trochę, jak od ścian, ponieważ nasze polskie procedury nie są do końca jasne i nie wiedziałam, w czym leżał problem. W końcu, po wielu rozmowach i konsultacjach, wyszło na to, że wszystko zależy od woli politycznej. Miałam już konkretną drogę, którą wiedziałam, że muszę się kierować. Następnie wprosiłam się na spotkanie do pani minister Teresy Piotrowskiej i tam usłyszałam, że Polska jak najbardziej chce pomagać, tylko nie ma na to funduszy.

O ilu ludziach mówimy łącznie?

Wtedy oszacowałam, że to byłoby około 1500 osób. Minister spytała mnie, co potem. Jak ich zintegrujemy? Przekonywała, że nie ma na to funduszy. Następnie udałam się do różnych kościołów i parafii z całej Polski i zebrałam od nich deklaracje pomocy. Deklaracji udało się zebrać na około 150 rodzin. Kościoły bardzo poważnie do tego podeszły, wiele osób też się modliło o to, by udało się tych chrześcijan sprowadzić. Jednak nie miałam nawet gwarancji, że rząd się zgodzi udzielić wiz i na jakich warunkach. W momencie gdy otrzymałam możliwość utrzymania 300 rodzin i rozpisałam proces integracyjny, z taką propozycją poszłam do rządu.

Ile to zajęło czasu?

Zebranie deklaracji, znalezienie finansowania i stworzenie programu integracyjnego zajęło mi trzy miesiące.

Jakie są miesięczne koszty utrzymania rodziny?

Wtedy wyliczałam, że to jest 3 tys. na jedną rodzinę przez okres roku. Patrzyłam, ile Urząd ds. Cudzoziemców przeznacza na wsparcie. Z rozmów wywnioskowałam, że jeśli Polska w ogóle miałaby się zgodzić, to musi być zapewnione finansowanie na minimum rok, tak żeby im pomóc stanąć na nogi. Dla mnie priorytetem było to, żeby uratować jak najwięcej ludzi, nie chodziło o dawanie jakiegoś wielkiego socjalu. W momencie gdy już miałam zebrane te wszystkie deklaracje, znowu wystąpiłam do polskiego rządu, żeby te rodziny zostały przyjęte. Na spotkania byłam umówiona kilkanaście razy, ale były one nieustannie przekładane.

(...)

startPoprzedni artykuł1234567Następny artykułkoniec
Strona 1 z 7

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.