sobota, 12 wrzesień 2015 11:13

Islamizacja Europy

Napisał

Wyjaśnianie i zaciemnianie

Hasło „islamizacji Europy” jest, z niewielkimi wahnięciami formy, od piętnastu czy może nawet dwudziestu lat na szczycie popularnych opinii należących do podręcznego zestawu diagnostycznego współczesnej kultury naszego kręgu cywilizacyjnego.

Dotyczy to przede wszystkim tych uczestników dyskusji, których zaliczymy do strony określanej jako tradycjonalistyczna, konserwatywna, narodowa lub katolicka, choć w tym ostatnim przypadku nie byłoby to już tak jednoznaczne. Chętnie przywołują je nie tylko publicyści, ale także część polityków, szczególnie tych, którzy raczej będą wspierać solidarność narodową lub tak czy inaczej pojmowaną wspólnotę tożsamościową niż solidarność ogólnoludzką, widząc w tej ostatniej rodzaj zagrożenia dla realnie funkcjonujących jednostek. Stosując to rozróżnienie mam na myśli współczesne, bardzo praktyczne spory o politykę wobec emigracji i emigrantów. Ponieważ Polacy są bez wątpienia w dużej mierze, i to od dziesiątków lat, narodem emigrantów, zatem i nas te kwestie, siłą rzeczy, w ogólniejszej agendzie spraw demograficznych dotyczą. Dotyczą także dlatego, że usilnie poszukujemy sposobów na utożsamienie się z tzw. Zachodem poprzez solidaryzowanie z jego problemami, szczególnie w wymiarach, które dotykają naszej, dość silnej jeszcze społecznie tożsamości chrześcijańskiej.

To nie jedyny powód powodzenia „islamizacji Europy”. Okazuje się ona sloganem tak nośnym także dlatego, że z jednej strony opisuje pewne zjawisko – znaczącą obecność muzułmanów w niektórych obszarach dzisiejszego krajobrazu społecznego naszego kontynentu – ale także dlatego, że te problemy „tabuizuje”, ukrywa ich różnorodność i zasięg, symplifikuje ten gordyjski splot chorób toczących narody europejskie. Sprowadza je do poczucia zagrożenia islamem. Buduje też pewien rodzaj tożsamości mobilizacyjnej, która wprowadza w sytuacji – realnego lub nie – zagrożenia element bezpieczeństwa. Tym elementem jest prosta identyfikacja i równie proste opisanie wspólnego wroga.

Jakkolwiek mówienie o „islamizacji” jest w pewnych kręgach czymś niepoprawnym politycznie, to równocześnie w innych może prowadzić do tego, co na gruncie polskiej polityki Marek Jurek określił kiedyś rozkoszami konformizmu (Wartości nienegocjowalne, „Christianitas” 45-46/2011). Chodzi o stan, kiedy z powodu duchowego lenistwa lub słabości wybiera się przyjemność przeżywania kolektywnych emocji zamiast problematyzowania otaczających nas zjawisk. Ponieważ polityka współcześnie rzadko opiera się na realnych działaniach, a częściej na sterowaniu nastrojami, dlatego też i kwestia obecności islamu, a przez to i hasło „islamizacji”, bywa w Europie narzędziem politycznej konsolidacji.

Do splotu spraw ukrytych pod hasłem „islamizacji Europy” na pewno trzeba zaliczyć historyczne i dzisiejsze trudności Francji zarówno ze spuścizną algierskich wojen o niepodległość, niemiecką nieudolność w kwestii asymilacji mniejszości tureckiej czy brytyjski model wielokulturowości, w efekcie którego działania państwa na rzecz nawet zupełnie instrumentalnie rozumianego spokoju społecznego są paraliżowane. Do tego dochodzą liczne problemy ubocznie wiążące się z głównym wątkiem – jak kryzys demograficzny i tożsamościowy w Europie, ekspansja demograficzna przynajmniej niektórych krajów muzułmańskich szczególnie na Bliskim Wschodzie, a także mobilizacja agresywnych ugrupowań odwołujących się do islamu, wpływających na dzisiejszy kształt polityki międzynarodowej. Mam na myśli w szczególności Państwo Islamskie, ale też w dalszym ciągu Iran, nie powinniśmy też zapominać o takich grupach jak Boko Haram w Nigerii.

Skupiając się na wątku „islamizacji” rzadko dostrzegamy, że obserwowane przez nas zjawiska noszą także znamiona wojny wewnątrzislamskiej. Tarcia, które może chcielibyśmy opisać dziś triadą chrześcijaństwo-islam-laicyzm nie spełniają w pełni swojej roli eksplikacyjnej. Niech przykładem będzie tu skłonność władz irańskich do politycznego zawieszenia broni ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki wobec agresji samozwańczego kalifatu Państwa Islamskiego czy negatywne i natychmiastowe reakcje części społeczności muzułmańskiej we Francji na atak terrorystyczny w redakcji „Charlie Hebdo”.


Analogia i historia

Wróćmy jednak do samej Europy. Do głębszego rozważenia tematu „islamizacji” skłoniła mnie ponowna lektura obszernego wywiadu, jakiego w połowie lat 70. udzielił wybitny żydowski intelektualista Gershom Scholem. Rozmowa ta w 2006 roku została wydana w Polsce jako tekst otwierający antologię tekstów Scholema Żydzi i Niemcy (2006). Jednym z jej głównych wątków jest dynamika asymilacyjna społeczności żydowskiej w Europie w XIX i na początku XX wieku.

Kiedy myślimy o „islamizacji”, mamy prawdopodobnie przed oczyma długotrwałe historycznie procesy ekspansji islamu w pierwszych wiekach jego istnienia, pamiętamy o upadku grecko-chrześcijańskiej cywilizacji Afryki Północnej czy o zatrzymaniu muzułmanów dopiero w bitwie pod Poitier, już na terenie dzisiejszej Francji. Ta symbolika dodatkowo wzmacnia poczucie rzeczywistości historycznych odniesień W jakiś sposób analogiczne zjawisko „islamizacji” miałoby następować także dziś. Z wielu względów jednak takie porównanie jest anachroniczne. Choćby dlatego, że znacząca społecznie obecność muzułmanów w Europie trwa dopiero od kilkudziesięciu lat, a mówi się o niej szeroko jeszcze krócej. Nie prowadzi się także wojen obronnych wobec nacierających na Europę armii. Muzułmanie nie sprawują także władzy na Zachodzie – ani w sensie struktur politycznych, ani nawet jako jednostki, które osiągają szerokie wpływy w ramach istniejących nowoczesnych mechanizmów politycznych w Europie. Przykłady muzułmanów, których wpływ można traktować inaczej niż przewodniczenie pewnego rodzaju ruchowi sub- lub kontrkulturowemu, są takie nieliczne, że aż trudno zauważalne. Nie nakłaniam do lekceważenia problemu, ale raczej do przywrócenia mu realnych proporcji.

Zatem wydaje się, że lepszym narzędziem służącym zrozumieniu obecnych procesów dotyczących społeczności islamskiej w Europie będzie przyjrzenie się dynamice, która kształtuje kolejne pokolenia osiadłych tu emigrantów. Narzędziem lepszym niż bardzo ogólne obserwacje tendencji do pochłaniania świata chrześcijańskiego przez agresywną ekspansję bezpośrednich następców Mahometa.

W taki sposób właśnie, generacyjny sposób, przyglądał się społeczności, z której wyrósł, Gershom Scholem. Pokolenie ojca Scholema poszukiwało sposobu odcięcia się od swojej żydowskiej tożsamości, było zainteresowane przede wszystkim sposobami asymilacji z niemieckim mieszczaństwem, którego styl życia wyznaczał pewien ideał społecznej aspiracji. Ten proces asymilacji wydawał się dość zaawansowany, choć młody Gershom zarzucał swojemu ojcu, a przez niego całemu jego pokoleniu, samooszukiwanie się. Niezależnie, jakie były subiektywne okoliczności decyzji podejmowanych przez poszczególne jednostki, w swojej masie wyparcie żydowskości stanowiło ważną tendencję pokolenia przełomu XIX i XX wieku. Scholem przytacza powiedzenie krążące wówczas wśród niemieckich Żydów, dobrze oddające dystans wobec swoich korzeni, który próbowali oni wytworzyć: „Z Żydami można tylko chodzić do synagogi”.

Pokolenie samego Gershoma Sholema wcale nie wybrało jednoznacznie drogi swoich ojców ani jednoznacznie się mu nie przeciwstawiało. Nie powstała jednorodna matryca pokoleniowa. Czterech braci Scholemów stało przed różnorodnymi drogami wyboru, a jednym z jego elementów stał się głos nieobecny wcześniej, mówiący coś starego lecz w ich sytuacji nowego: „Chciałbym być Żydem”. Oczywiście wąskie środowisko, z którego wywodził się przywoływany żydowski myśliciel, nie było jedynym, istnieli Żydzi religijni i ortodoksyjni, niechętni asymilacji. Jednak punkt wyjścia pokolenia „postasymilacyjnego” jest ciekawy z perspektywy problemu „islamizacji”. Za analogiczne w pewnych aspektach do żydowskiego pokolenia „asymilacyjnego” możemy uznać pokolenie Algierczyków, którzy w latach 50. w wojnie o niepodległość Algierii, walczyli po stronie Francji i w niej ostatecznie zamieszkali. Z kolei pokolenie ich dzieci możemy – w bogactwie wyboru – porównać do żydowskiego pokolenia „postasymilacyjnego”, które wcale nie jest zdeterminowane, by pójść jedną tylko drogą. Oddajmy głos Gershomwi Scholemowi charakteryzującemu swoje czasy:

W naszej rodzinie było czterech synów, dwóch poszło w ślady ojca. Jeden był nawet jeszcze bardziej niemiecki, był prawicowym nacjonalistą, Deutschnationaler. Drugi nie miał ideałów, chciał po prostu, żeby mu się dobrze żyło. Trzeci brat, starszy ode mnie o dwa lata, wybrał rewolucję. Został zamordowany przez nazistów w Buchenwaldzie jako były deputowany partii komunistycznej do Reichstagu. Ten brat myślał początkowo, że syjonizm może być właśnie „tą drogą”, ale pewnego dnia wystosował list do stowarzyszenia młodzieży syjonistycznej, w którym oświadczył, że znalazł szersze pole działania od małej ograniczonej sprawy, zwanej nacjonalizmem żydowskim, a mianowicie ludzkość. Stał się radykalnie lewicowym socjalistą i brał udział we wszystkich podziałach niemieckiej partii socjalistycznej, aż ostatecznie w 1921 r. przystał do komunistów. Sześć lat później wyrzucili go za trockizm, podobnie jak dużą część Żydów należących do ruchu komunistycznego. W rzeczywistości Żydzi stanowili większość wśród przywódców trockizmu. Dzisiaj fakt ten chętnie wymazujemy z pamięci; zwykle zresztą mamy skłonność do zapominania o rzeczach niemiłych.

Ten obszerny cytat pokazuje nam, jak rozmaite losy stają się udziałem przedstawicieli mniejszości. Nawet jeśli tożsamość Żydów uznamy za szczególnie skomplikowaną, ponieważ wiążącą ściśle element narodowy z religijnym co pozwalało na kształtowanie się różnego rodzaju „denominacji” i trudnych skrupułów tożsamościowych. Konkretna sytuacja rodziny Scholema być może pokazuje nam jednak pewną bardziej ogólną regułę, w której następują rozmaite dynamiki – od asymilacji do radykalizacji, a w jej ramach zwrot ku religijności (czego akurat w rodzinie Scheloma nie było) lub różnym formom ideologii. W ramach tego zwrotu znów widzimy ruch podwójny – ku nacjonalizmowi (syjonizmowi), czyli potwierdzeniu świeckiej żydowskości, i komunizmowi, a zatem ponownemu podwójnemu porzuceniu dotychczasowego płaszcza samookreślenia – narodowego i religijnego na rzecz internacjonalizmu.

Karl Loewith zauważał, w swojej znakomitej książce Historia powszechna i dzieje zbawienia, że żydowskie wybory ideologiczne w gruncie rzeczy podyktowane były strukturą mesjanistycznych oczekiwań charakterystycznych dla tradycji żydowskich. Czy było to zwrot ku syjonizmowi czy proletariatowi, zawsze chodziło o realizację nadziei zawartych w proroctwach o czasach mesjańskich, choć w znaczącym odkształceniu. Niezależnie jednak od tej szczególnej drogi żydowskiej, widzimy na poziomie zjawisk dużą różnorodność przeciwstawnych wyborów w społeczności o silnej i odrębne tożsamości.

 

Więcej pytań niż odpowiedzi

Doświadczenie niemieckich Żydów, jak sądzę, w pewnym stopniu obrazuje żywioł, jakiemu poddawani są emigranci, szczególnie ze społeczności o mocnych tożsamościach. Z perspektywy takiej analogii warto zapytać ponownie o „islamizację Europy” i o to, jak ją rozumiemy. Pojawia się wątpliwość, czy możemy mówić o geometrycznej w skali kolonizacji Europy zarówno przez różne odmiany „wartości islamskich”, jak i ekspansję demograficzną. Wartym przywołania elementem układanki, z jaką się mierzymy, byłaby śmierć muzułmańskiego i równocześnie republikańskiego policjanta podczas wspomnianego ataku terrorystycznego na redakcję „Charlie Hebdo”. Analogii nie warto trzymać się zbyt sztywno, ale interesujące jest, w jakim miejscu na mapie asymilacji znajdował ów Ahmed, jakie okoliczności kierowały jego włączeniem się w służbę laickiej Francji. Innym jeszcze pytaniem jest to, jaką drogą podążą jego dzieci, czy niezależnie od intencji ojca włączą się w główny nurt życia francuskiego, czy też wybiorą radykalizację lub gettoizację – szarą strefę degeneracji pomiędzy asymilacją a kulturą pochodzenia.

Mówimy też często, i wspomnieliśmy już powyżej, o ekspansji demograficznej muzułmanów – zatrzymam się na najbliższym mi przykładzie Francji. Badania socjologiczne wskazują na istnienie wpływu nie tylko ekonomicznego, ale i kulturowego na poziom dzietności. Jeśli możemy założyć, że znaczny odsetek muzułmanów będzie podlegał w różnym stopniu procesowi zaadaptowania, a może i asymilacji do realiów francuskich, to i ilość potomstwa będzie podlegała modelowaniu według większościowych wzorów, i to niekoniecznie sąsiedzkich, ale np. płynących z kultury masowej. Jakiś czas temu pisała o tym na swoim blogu Elżbieta Wiater (Kwestia głowy, nie kieszeni, ewiater.wordpress.com, 16.03.2104):

Wreszcie ktoś powiedział to głośno i na dodatek wsparł wynikami badań naukowych – dzietność w dużej mierze zależy nie tylko od sytuacji materialnej, ale też od czynników społecznych. A dokładnie chodzi mi o badania polsko-brytyjskiej grupy antropologów (University College London i Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego) przeprowadzone w powiecie limanowskim na grupie ok. 2 tys. kobiet z 22 miejscowości. Uogólniając, można powiedzieć, że wykazały one, że kobiety o niższym poziomie wykształcenia naśladują wzorzec dzietności widziany u swoich lepiej wykształconych sąsiadek, a dokładnie – mają mniej dzieci niż kobiety o tym samym poziomie wykształcenia, ale żyjące w innym sąsiedztwie.

Dalej czytamy:

Profesor Grażyna Jasieńska z CMUJ podsumowała wyniki tych badań stwierdzeniem:  „to właśnie czynniki społeczne bardziej niż ekonomiczne mogą znacznie przyspieszać obserwowane zmiany demograficzne”.

Dziś zauważalny jest wyraźny spadek dzietności wśród muzułmanek. (Por. S. Musiał, Koniec francuskiego modelu asymilacji. Recenzja książki Michele Trobalat, „Przegląd geopolityczny” 2014, nr 7). Dotyczy to nie tylko krajów takich jak Francja, ale także części przynajmniej krajów rdzennie islamskich. Przywołajmy jeszcze raz dwa fragmenty z innego artykułu publicystki związanej m.in. z portalem i pismem „Christianitas” (Muzułmanie też nie chcą mieć dzieci, deon.pl, 9.07.2012):

Wystąpienie na temat gwałtownego spadku dzietności w krajach islamskich zostało przedstawione 6 lipca 2012 r. na forum ONZ. Był to raport Nicholasa Eberstadta i Apoorva Shaha. Zgodnie z danymi, na które się powołują, 48 na 49 badanych krajów i rejonów głównie muzułmańskich w ciągu ostatnich 30 lat gwałtownie obniżyło swoją dzietność. Kilka z nich, na przykład Arabia Saudyjska i Albania, towarzyszą dzielnie krajom europejskim w wymieraniu, gdyż współczynnik dzietności wynosi u nich sporo poniżej 2,11 dziecka na kobietę (to poziom gwarantujący wymianę pokoleń). Większość z nich znajduje się w strefie stanów średnich, to znaczy następuje w nich jeszcze wymiana pokoleń z niewielkim wzrostem (współczynnik utrzymuje się między 3.0 a 2.0), a o wzrost nie muszą się martwić jedynie kraje afrykańskie (np. Niger, Somalia, Senegal), w których dzieci wciąż jeszcze są postrzegane jako wartość sama w sobie.

 Tym, co jest najbardziej zadziwiające, a jednocześnie pociąga za sobą największe niebezpieczeństwo, jest fakt, że ten spadek był bardzo gwałtowny (w niektórych krajach wynosił on 70% – dajmy na to współczynnik w latach 70. to było 7.0 dziecka na kobietę, a obecnie jest to 2,0) i dokonał się w ciągu jednego pokolenia. I tak na przykład Jemen, który według szacunków ONZ w 2050 roku miał mieć populację sięgającą 102 milionów, w obecnej sytuacji być może osiągnie 62 miliony (o demografii Bliskiego Wschodu pisałem w „Opcji na prawo”, nr 137, w artykule Bliskowschodni wyż)

Wiater, podsumowując informacje wynikające z raportu, zauważa, że dwa hasła politycznie bardzo silne w Europie – jedno przestrzegające przed islamizacją, a drugie mówiące o szansie zapełnienia luki demograficznej za pomocą emigrantów można uznać za nierzeczywiste. Należy raczej spodziewać się gwałtownego wymierania Europy w perspektywie kilku pokoleń. Wartością największą znów stanie się człowiek, zauważa Wiater. Być może doprowadzi to do zmian w ustawodawstwie i do zakazu aborcji, a nawet antykoncepcji. Wiater dodaje równocześnie, że może wzmocnić się tendencja do akceptacji eutanazji ze względu na koszty społeczne wynikające z konieczności utrzymywania ludzi w wieku poprodukcyjnym.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Czytany 912 razy
Tomasz Rowiński

Historyk idei, redaktor pisma ?Christianitas?

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.