sobota, 12 wrzesień 2015 11:34

Transformacja polskiej gospodarki ? obietnice i rezultaty

Napisał

Naiwna wiara Polaków w dobrodziejstwa wolnego rynku

Minione ćwierćwiecze charakteryzowało się niczym nieuzasadnioną wiarą Polaków w kapitalizm wolnorynkowy. Może dlatego, że poddani zostali intensywnej indoktrynacji przez polityków i media zagraniczne i polskie.

Najpierw przekonywali ich do tego emisariusze Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Potem czyniła to premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher oraz kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych. W końcu zaś pałeczkę po nich przejął polski premier Donald Tusk.

Wszyscy oni starali się przekonać Polaków, że mają wyjątkową szansę, by szybkimi krokami nadrobić dystans dzielący ich od poziomu krajów zaawansowanych ekonomicznie.

Część polskich ekonomistów starała się pójść tą samą drogą. Witold Orłowski np. wyliczył, kiedy Polska doścignie Europę zachodnią, i co więcej, dlaczego tak stać się musi. Jego zdaniem osiągnięcie poziomu rozwoju Hiszpanii i Portugalii, Irlandii i Grecji jest dla Polski realne w niezbyt odległym czasie. Dobrobyt pozostałych krajów zachodnioeuropejskich miał być osiągnięty trochę później, ale nie ulegało wątpliwości, że jest to możliwe i nic temu nie może zapobiec. Taka wizja polskiej gospodarki była tym, czego oczekiwali nie tylko rządzący, lecz także zwykli Polacy.

Premier Donald Tusk lubił odpowiadać na pytanie, dlaczego w Polsce rośnie dochód narodowy, a gdzie indziej nie. Nasza gospodarka – stwierdził w telewizji – oparta jest na zdrowych, neoliberalnych podstawach. Dobrze działa rynek, dobrze pracuje rząd, a Polacy należą do najbardziej zapracowanych nacji, wybiegamy do pracy skoro świt, a wracamy późnym wieczorem. Czy można jeszcze czegoś więcej oczekiwać. Wprawdzie w ostatnich latach rządów Tuska PKB zwiększał się ledwie o 1 procent rocznie, ale nie spadał, a w innych krajach spadał, i to poniżej zera.

Jacek Rostowski, minister finansów natychmiast przytoczył liczby, które nie pozostawiły wątpliwości, że premier Tusk ma rację. Nie dajemy się ogólnoświatowemu kryzysowi – gdy inni toną, my bezpiecznie siedzimy na zielonej wyspie. Popatrzcie do sklepów, do supermarketów i galerii, mówił Tusk pod koniec swej kadencji, przed świętami Bożego Narodzenia, Polacy wyjeżdżają z nich z wózkami wypełnionymi po brzegi towarami pierwszego gatunku i dobrze, że to robią.

Nie będą to święta w atmosferze kryzysu, spędzimy je radośnie, syci i zadowoleni!, wołał spiker państwowej telewizji w wieczornych wiadomościach. Żeby nie zepsuć radosnej przedświątecznej atmosfery, telewizyjny propagandysta nie wspomniał, że dzieje się to w większości na kredyt.

Nic więc dziwnego, że partia głosząca takie poglądy (a była nią Platforma Obywatelska) zdobywała w kolejnych wyborach przewagę w parlamencie, mogła więc przeforsowywać uchwały wychodzące naprzeciw oczekiwaniom Polaków. Polacy na dobre uwierzyli, że Donald Tusk, jako szef rządu i iluzjonista gospodarczy, ustrzeże ich od przykrych konsekwencji kurczącej się gospodarki. Inaczej być nie mogło: propaganda mediów sprzyjających polityce rządu nie pozostawiała żadnego pola do samodzielnego myślenia. Naród miał słuchać, sterowanie pozostawało w dobrych rękach.

Myślą przewodnią był slogan „tak trzymać”. Propagatorem sloganu był przede wszystkim Donald Tusk. Skoro Polska jest zieloną wyspą – mówił – to po co mamy cokolwiek zmieniać w naszej polityce? Trzeba bacznie obserwować życie, reagując tylko wtedy, gdy zachodzi paląca potrzeba. Główną robotę wykonuje za nas rynek, jego mechanizmy są niezawodne, sam eliminuje tych, którzy źle pracują, i sam sobie stwarza lepsze możliwości rozwoju. Rząd powinien ich tylko wspierać. Zwłaszcza tych najlepszych, którym i tak nie trzeba pomagać, bo sobie doskonale radzą.

Przy takiej filozofii członkowie rządu nie należeli do najbardziej zapracowanych Polaków, mieli nawet czas, by w świetle jupiterów pograć sobie w piłkę nożną.

Tusk często jeździł po kraju, rozmawiał z ludźmi, cieszył się, gdy go chwalono, martwił się, gdy wspominano o bolączkach. Był on jednak tylko człowiekiem. Gdy usłyszał niezaaranżowane pytanie: „jak żyć, panie premierze?”, po prostu go zamurowało, nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie spodziewał się takiego ciosu w plecy. Ludzie zawsze wyrażali radość, że widzą premiera, a tu nagle taki spontaniczny krzyk rozpaczy.

Pytanie to, jak się okazało, było przełomowe w karierze politycznej Tuska. Najpierw stracił pewność co do efektów swego rządzenia. Wydawało mu się, że zielona wyspa wciąż błyszczy w słońcu soczystą trawą, a tu nagle taki chwast. W rezultacie Tusk zaczął mówić innym językiem. Arogancja i pewność siebie zniknęły z jego twarzy, zamiast nich pojawił się grymas zakłopotania. Jeszcze nie tak dawno Tusk wróżył kolejną kadencję platformerskiemu rządowi, ale nagle przestało się o tym mówić. Wyglądało, jakby przestał wierzyć w zwycięstwo parlamentarne w kolejnych wyborach.

Zaczął zadawać sobie pytanie, jak powinien zachowywać się premier, a wraz z nim rząd w sytuacji, gdy coraz głośniejsze jest niezadowolenie ludności z efektów gospodarowania. Czy powinien nadal bronić tezy, że w Polce żadnego kryzysu nie ma, bo PKB rośnie, bez względu na to, że efektem tego wzrostu jest poprawa warunków życia wąskiej grupy dobrze sytuowanego biznesu, przy drastycznie pogarszających się warunkach życia przeważającej części Polaków, czy też powiedzieć prawdę? A prawda jest niestety inna: średnio w Polsce ludziom żyje się wciąż byle jak, przy czym większość boryka się z coraz większymi trudnościami.

Sądząc po ucieczce Tuska z funkcji premiera na wysokopłatne, ale niewiele znaczące politycznie stanowisko w Unii Europejskiej, zadziałała klasyczna zasady: „bliższa koszula ciału”. O resztę niech się martwią Polacy pozostali w kraju.

Czyżby Tusk zrozumiał globalny charakter współczesnego kryzysu finansowego, nieoszczędzającego nikogo, w tym także Polski?

 

Specyfika współczesnego kryzysu

Kryzys, z którym boryka się świat od prawie dekady, jest nie tylko kryzysem nadprodukcji i wysokiego bezrobocia, jednocześnie jest to kryzys systemu nazywanego neoliberalizmem, regulującego funkcjonowanie gospodarki i życia społecznego. Kryzysy systemowe zdarzają się rzadko, szczególnie głęboki wystąpił w latach 1929-1933, nieco mniejszy na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Wymagają one nie tylko naprawy sfery produkcji, lecz także głębokich reform mechanizmu funkcjonowania gospodarki.

Kryzysy nadprodukcji, które dość często występowały w pojedynczych krajach, a niekiedy także w grupach, dotyczyły prawie zawsze sfery materialnej, można było je usunąć, korygując strategię rozwoju bądź niektóre jej elementy. Po raz pierwszy zmiany systemowe były niezbędne dla przeciwdziałania kryzysowi z lat 1929-1933, bez nich byłby on jeszcze dotkliwszy i zapewne nie można byłoby się z nim uporać przez długie lata. Zmiany te były jednak o wiele łatwiejsze do przeprowadzenia niż te, które są niezbędne współcześnie.

Kryzys lat 2007-2015, zwany kryzysem finansowym, daleko wykracza poza sferę materialną. Jego narodziny i rozwój „zawdzięczać” należy Friedrichowi Hayekowi i Miltonowi Friedmanowi, którzy sformułowali zasady funkcjonowania systemu neoliberalnego. Obaj wierzyli w zdolności jego samonaprawy gwarantującej mu długowieczność. Co więcej, samonaprawa ta dotyczyć miała nie tylko skali mikro-, lecz także makroekonomicznej. Tym samym neoliberalizm zapobiegać miał powstawaniu kryzysów i patologii z nim związanych.

Aby to było możliwe, dodawali Hayek i Friedman, wystrzegać się należy jakiegokolwiek naruszania mechanizmów samoregulujących. Jeżeli nawet w praktyce występują od czasu do czasu drobne zakłócenia równowagi i pewne objawy kryzysowe, świadczy to raczej o tym, że państwo niepostrzeżenie interweniowało w jakiejś formie i „zepsuło” gospodarkę. Naprawa powinna się więc sprowadzać do eliminacji interwencjonizmu w każdej postaci.

Najbardziej przejął się tym stwierdzeniem Leszek Balcerowicz, który już na początku transformacji podporządkował temu teoretycznemu aksjomatowi swoją działalność praktyczną i do dziś, mimo że już od ponad dwudziestu lat nie ma nic wspólnego z praktyką gospodarczą, składa swe hołdy Friedmanowi.

Zdaniem Balcerowicza, gdy zawiodą mechanizmy samoregulujące i pojawi się kryzys, choć nie powinien się pojawić, trzeba sięgnąć do jego pierwotnych przyczyn i wyeliminować wszelkie formy wtrącania się państwa do gospodarki. Gdyby państwo było neutralne systemowo, nie byłoby kryzysu, ale państwo nie chce być neutralne, jednym sprzyja, innych dyskryminuje. Takiemu punktowi widzenia nie brakuje zwolenników, choć dla większości ekonomistów są to poglądy egzotyczne.

 

Polacy od początku pokochali neoliberalizm

Polacy poddani nachalnej propagandzie od samego początku pokochali neoliberalizm. Większość z nich nie wiedziała wprawdzie, co kryje się pod tym pojęciem, uwierzyła jednak, żże neoliberalizm prowadzi prostą drogą do wolności, dobrobytu, dostępu do towarów i mieszkań, w sumie gwarantuje lepsze życie. Idee te były bliskie ich sercu. To one przecież legły u podstaw 21 postulatów sformułowanych i wynegocjowanych z rządem w Gdańsku w 1981 roku.

Szczególnie nośny politycznie był postulat pełnej wolności ekonomicznej, wyrażający się we wzięciu przez zwykłych ludzi biznesu we własne ręce. W myśl tego wskazania już w pierwszych miesiącach transformacji zaczęły rejestrować się setki tysięcy nowych przedsiębiorstw, wchłaniające rzesze bezrobotnych wyrzuconych na bruk przez wolny rynek. Trwałoby to bez końca, gdyby nie zmasowany przypływ kapitału zachodniego. To on zaczął budować olbrzymie centra handlu detalicznego i hurtowego, on zalał Polskę tandetą z jednej strony i towarami luksusowymi – z drugiej. W ten sposób odebrał chleb setkom tysięcy polskich importerów. Na rynku zostali tylko ci najbogatsi i najsprytniejsi. Z biegiem czasu i oni padli ofiarą konkurencji zagranicznej. Polska pokryta została gęstą siecią filii renomowanych europejskich centrów handlowych, zorganizowanych według wypróbowanych na zachodzie sposobów, które stać było na kosztowną reklamę w radiu i telewizji, w Internecie i prasie brukowej. Pierwotny entuzjazm związany z neoliberalizmem w handlu zaczął powoli stygnąć. Małe sklepy padały jak muchy w konfrontacji z zachodnią siecią handlową. Nie było ich stać na oferowanie klientom towarów po tak niskich cenach, jak to czyniły supermarkety. Wysokie były bowiem koszty wynajmu pomieszczeń, ceny prądu i wody, płace pracowników. Supermarkety miały tysiące razy większe obroty, mogły więc zwiększać zyski, nie podnosząc cen, a nawet je obniżając.

Gdy skończyły się łatwe możliwości pomnażania zysków poprzez import towarów przez małe i średnie firmy, uwaga Polaków skierowana został na rozwój gastronomii, nastąpił wysyp barów i restauracji, kawiarni i pubów. Jako konsument powitałem te zmiany z nieukrywanym entuzjazmem. Nareszcie bez poszukiwania, wcześniejszego rezerwowania i obawy o jakość posiłku można wejść do napotkanego po drodze lokaliku, wypić kawę, zjeść kanapkę, porozmawiać ze znajomymi i nie traktować tego jako czegoś nadzwyczajnego, ale zwykłą codzienność. W gastronomii dokonał się swego rodzaju cud. Zaczęto wykorzystywać każdy metr kwadratowy powierzchni użytkowej, i to nie tylko przy głównych traktach spacerowych, lecz także przy małych uliczkach, często oddalonych od centrum. Przypominało mi to widoki z Japonii; w czasie licznych podróży do tego kraju fascynowała mnie zwłaszcza japońska gastronomia. Wszędzie maleńkie restauracyjki, jeden czy dwa stoliki, schludnie i czysto, kucharze gotowi, by w każdej chwili wrzucić na patelnię świeżą rybę bądź smaczne warzywa. Pod względem rozwoju gastronomii Polska, a przynajmniej Kraków, Gdańsk, Poznań, Warszawa, zbliżyła się w sposób widoczny do Tokio, Kioto, Hiroszimy, Jokohamy. Być może jest to nieco spóźniona reakcja Polaków na marzenie Wałęsy, by w Polsce zbudować druga Japonię. Z przyczyn oczywistych marzenie to zostało wyśmiane i wydrwione przez rodaków, ale może przynajmniej w gastronomii uda się je choć w części zrealizować.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Czytany 696 razy

Najnowsze od Paweł Bożyk

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.