sobota, 12 wrzesień 2015 11:40

Finanse w fasadowej demokracji - rozmowa z Witoldem Modzelewskim

Napisane przez

Zacznijmy od sprawy kredytów zaciągniętych we frankach szwajcarskich. Kurs franka na początku tego roku poszybował ostro w górę, co ogromnie zaskoczyło kredytobiorców, którzy zdecydowali się na pożyczki w tej walucie. Frankowicze czują się oszukani przez banki i opuszczeni przez polskie państwo? Jest to według pana zasadne?

Opinie kredytobiorców na temat zachowań banków udzielających kredyty denominowane lub indeksowane w walutach obcych są miażdżące: padają najcięższe słowa pod adresem kredytodawców i chyba się już nie zmienią. Najbardziej zastanawiające jest to, że wszystkie próby podjęcia tego problemu przez przedstawicieli bankowości, w tym zwłaszcza przez Związek Banków Polskich, były, oględnie mówiąc, mało udane. Powiem więcej: chęć „zagadania” problemu, akcentowanie wyłącznie interesów kredytodawców, z jednoczesnym podkreśleniem i wielokrotnym uwypukleniem „zasług banków” dla rozwoju gospodarki kraju, było czymś wyjątkowo niestosownym wobec dramatu ludzi stojących przed widmem bankructwa i utraty całego majątku właśnie w wyniku działania tych podmiotów. Przysłowiowym gwoździem do trumny była prezentacja pomysłu tej organizacji, dokonana zresztą przez bardzo kontrowersyjną zagraniczną firmę doradczą (po co psuć sobie wizerunek?), gdzie m.in. zaproponowano utworzenie funduszu ze środków publicznych, który miałby finansować (pożyczać?) dłużnikom spłacającym terminowo raty kredytu. Sygnał był jednoznaczny: was też nie będzie stać na spłatę. To musiał wymyślić ktoś, kto albo nie wie, co mówi, albo działał na szkodę banków. Mówiąc wprost: cała dotychczasowa kampania prowadzona przez kredytodawców w tej sprawie zniszczyła ich wizerunek jako podmiotów zdolnych do rozwiązania problemu ponadpółmilionowej grupy kredytobiorców. Również państwo polskie, przynajmniej w wypowiedziach wicepremiera oraz ministra finansów, zawiodło wszelkie nadzieje kredytobiorców, gdyż rząd mówi do nich językiem banków. Ale dzieją się tu dość dziwne rzeczy: niedawno dowiedzieliśmy się o zaczętych pracach nad projektem ustawy, która miałaby „w trybie administracyjnym” wyeliminować klauzule abuzywne z treści umów kredytowych. Oznacza to, że przedstawiciele władzy publicznej reprezentują różne – niekiedy przeciwstawne poglądy w tej sprawie, ale nie wiadomo, kto jest stroną dominującą.

Wiele osób sugeruje, że gdy nastąpił boom na kredyty we frankach, banki namawiały do nich obywateli, jednocześnie stawiając zaporę podwyższonych wymagań kredytowych na kredyty w złotówkach. Czy według pana banki dopuściły się wobec kredytobiorców zmowy?

Nie mamy dowodów na to, że występuje tu w sensie formalnym zmowa kredytodawców – to oczywiście powinien sprawdzić Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Faktem jest jednak, że warunki uzyskania kredytów denominowanych lub indeksowanych były korzystniejsze od warunków uzyskania „zwykłych” kredytów złotych. To oznacza zanegowanie wiarygodności działania kredytodawców: jeżeli w ich opinii kredytobiorca nie miał zdolności kredytowej, aby uzyskać „zwykły” kredyt złotowy, ale za to miał zdolność jako potencjalny „frankowicz”, to można tu podejrzewać o działanie w złej wierze.

Czy nie jest tak, że to państwo powinno bronić swoich zadłużonych we frankach obywateli, których dług wzrósł w wyniku niezależnych od nich spekulacji, czy zasadne jest stanowisko, które zajmuje nasz rząd, broniąc przede wszystkim interesów banków?

 

Państwo polskie musi stać na straży prawa – jest to jego obowiązek konstytucyjny. Klauzule zawarte w umowach kredytowych są lub mogą być sprzeczne z prawem ze względu na ich abuzywny charakter: należy je więc usunąć, aby przywrócić stan zgodny z prawem. Poza tym zachodzi tu podejrzenie nielegalnych działań banków w postaci comiesięcznej sprzedaży kredytobiorcom gigantycznych kwot walut obcych, których banki nie posiadały w chwili dokonania owych transakcji, zarabiając jednocześnie na tzw. spredach. W opinii byłego prezesa jednego z banków przekształcenia ich w gigantyczny kantor dało im największe zyski. Rząd jak i inne instytucje publiczne muszą zbadać oraz zareagować na te praktyki.

Jak wygląda problem banków w Polsce? Czy ma znaczenie fakt, że około 80% procent banków funkcjonujących w kraju znajduje się w rękach zagranicznych?

Jakie błędy popełniono w ciągu ostatnich 25 lat? Czy da się je jakoś naprawić?

Któż pozbywa się dobrowolnie, w dodatku za niską cenę, najważniejszych banków? A jednak tak się stało. Oczywiście struktura kapitału banków ma dla „afery frankowej” istotne znaczenie, ponieważ podmioty międzynarodowe nie kierują się interesami relatywnie niewielkiego rynku, który tworzą polscy kredytobiorcy. Po za tym polską władzę od lat cechuje zaskakująca uległość wobec interesów sektora finansowego, gdyż ustawodawstwo polskie tworzone jest w jego interesie. Słabość państwa polskiego w relacjach z instytucjami finansowymi, co jest powszechnie znanym faktem, stwarza pole dla ich agresywnych działań w atmosferze bezkarności. Frankowicze przywołują do porządku polityków, którzy mają działać w interesie publicznym. Nadmierny wpływ każdego lobby ma zawsze skutki destrukcyjne, również dla ich mocodawców.

 

Co pan sądzi o współczesnym systemie bankowym? Czy jest tak, że stanowi on główne źródło kryzysu gospodarczego i politycznego?

Począwszy od kryzysu 2009 r. uzyskaliśmy pewność, że instytucje finansowe, w tym banki, mogą działać na szkodę gospodarki jako całości oraz dokonać autodestrukcji. Przecież wykreowanie rynku instrumentów pochodnych wielokrotnie większego od światowego PKB jest czymś sztucznym. To również jest najlepszy przykład nieodpowiedzialności, zwykłego szkodnictwa, za które płacić musimy wszyscy, bo przecież ze środków publicznych pokryto powstałe tu straty w instytucjach finansowych.

 

Czy system bankowy powinien być kontrolowany? A jeśli tak, to przez kogo?

Nadzór publiczny nad bankami i innymi instytucjami finansowymi jest obiektywną koniecznością, przy czym nie może on być finansowany przez samych zainteresowanych. To stan patologiczny, który występuje w Polsce. Rządowe instytucje muszą mieć możliwość nakładania kar proporcjonalnych do szkód, które mogą wyrządzić te podmioty. Taki jest stan rzeczy w państwach, gdzie znajdują się centrale banków działające na rynku polskim. My, będąc państwem peryferyjnym, jesteśmy skazani na fasadowość instytucji publicznych i pozorność ich działań – to jest nasze miejsce we współczesnym świecie.

Jaki ma pan stosunek do modelu tzw. wolnego rynku – takiego, jak przedstawiają go ortodoksyjni leseferyści – czy w dzisiejszym świecie jest w ogóle możliwy? Czy też jest to dziewiętnastowieczna utopia, taka sama jak marksistowski komunizm?

Afera tzw. kredytów frankowych unaoczniła nam istotę współczesnej gospodarki: największe zyski można osiągnąć właśnie dzięki tego rodzaju operacjom, które eliminują sens realnych inwestycji faktycznie tworzących PKB. Nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek leseferyzmem: przecież pod parasolem władzy publicznej działają instytucje „rynkowe”, których przedmiotem działalności jest wyłącznie dokonanie redystrybucji kosztem tych, których władza publiczna nie ma zamiaru chronić. Inaczej mówiąc sojusz polityków z biznesem spekulacyjnym, mającym wsparcie silniejszych państw, zawsze zubażał peryferia i wzmacniał metropolie. Dziś lobby przemysłowe jest bardzo słabe i ma zbyt mało do zaoferowania, aby przeciągnąć polityków na swoją stronę. Zresztą istotna część przemysłu uległa likwidacji w interesie zagranicznych konkurentów, dla których polski rynek ma również w dziedzinie produkcji przemysłowego drugorzędne znaczenie.

 

Jak nazwałby pan ustrój panujący obecnie w Polsce?

Jest to dość podręcznikowy przykład fasadowej demokracji, która przy zachowaniu formalnych procedur demokratycznych nie jest w stanie działać w interesie obywateli, nawet gdy są poszkodowani przez przychylne podmioty. Politycy nauczyli się głównie lawirować wśród wielkich graczy, starając się co najwyżej godzić ich interesy. Nie jest to cecha wyłącznie polskiego ustroju, w którym nastąpiła prywatyzacja prawa publicznego – podobne zjawiska występują również w innych państwach i w UE jako całości.

 

Amerykański konserwatysta Pat Buchanan, twierdzi, że wolny rynek, owszem, jest właściwym systemem, ale pod warunkiem, że chroni go silne państwo – silne, ale nie w sensie omnipotencji, ale zdolności egzekwowania prawa. Czy zgadza się pan z tą tezą?

Oczywiście, zgoda, gdy prawo jest tworzone w interesie publicznym. Jeżeli stanowienie prawa odbywa się pod dyktando lobbystów, wówczas jego egzekucja pogłębia istniejące patologie. Z perspektywy państw metropolii stan jest jednak korzystny – z naszej, peryferyjnej nie.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Czytany 905 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.