sobota, 12 wrzesień 2015 14:02

Wokół kłamstwa

Napisał

Dwa przykłady: kłamstwo i „wrzutka”

Temat manipulacji społecznych, kiedyś (choć nie raz i obecnie) owiany urokiem grozy i tajemnicy, wiązany ze służbami specjalnymi lub też stojącymi za kulisami wielkich mediów, demiurgami kontroli społecznej, dziś się w znacznej mierze strywializował. Można nawet powiedzieć, że znajomość technik manipulacji stała się częścią popkultury. Codzienny „kontent” internetowy – bardziej zapewne niż prasowy, a wielokrotnie bardziej niż „konserwatywne” i anachroniczne medium, jakim jest telewizja – dostarcza znaczną ilość doniesień o próbach manipulacji publicznością, których dokonują władze, koncerny medialne, przedstawiciele rozmaitych interesów. Przeważnie są to doniesienia o zwykłych, prawdziwych lub domniemanych kłamstwach ludzi ze świecznika przekazu głównego nurtu i ośrodków władzy. Chodzi, przede wszystkim o ludzi zajmujących stanowiska polityczne, o celebrytów, ale też „czwartą władzę” – trudną do określenia jako dziennikarze, którymi są nazywani, raczej o kreatorów opinii.

Czasem jednak analizy manipulacji idą głębiej, odsłaniając, znów prawdziwe lub domniemane, plany oddziaływania mające na celu uzyskanie jakiegoś społecznego, a czasem politycznego efektu. Zwykłe kłamstwo już nikogo nie dziwi, choć faktyczne przeniesienie się mediów do Internetu, możliwość błyskawicznego wyszukiwania i zestawiania cytatów z wypowiedzi oraz wystąpień, pozwala na łatwe demaskowanie niespójności narracji graczy życia publicznego.

Wydaje się jednak, że to nie kłamstwo jest głównym narzędziem oddziaływania. Przynajmniej nie w naszych czasach i nie w Polsce. Trudno też powiedzieć, by kłamstwo stało się przyczyną jakiegoś spektakularnego upadku, jak w czasach afery Watergate i końca prezydentury Richarda Nixona. Pytaniem otwartym pozostaje jednak, czy wydarzenie to rozmontowało mechanizmy władzy, które do niego doprowadziły? Można mieć wątpliwości. Przykładem tego, że niekoniecznie tak się musi dziać, są skutki afery Rywina, która jak się zadawało, przeorała Polskę i w marzeniach wielu miała być mitem założycielskim odnowionej III Rzeczypospolitej. Obnażone kłamstwa aktorów przedstawienia podczas przesłuchań przed sejmową komisją śledczą, odmieniły świadomość polityczną Polaków, szczególnie młodszego pokolenia, choć nie tylko.

Niewiele jednak było trzeba czasu by okazało się, że mechanizmy reprodukcji władzy, wpływu i prestiżu wcale się nie odnowiły. Co więcej Platforma Obywatelska zdołała wykorzystać falę emocji wspierających odnowę naszego życia politycznego dla legitymizacji własnego wejścia w koleiny „systemu władzy”. Jak się okazało ta podwójna legitymizacja – solidarnościowa w konstelacji wartości i liberalna w praktyce rządów, podjęta przez PO – pozwalająca wejść na pozycję ustępującego SLD, a potem zohydzonego PiS, stała bardzo trwałym fundamentem spajającym „system”. Okazał się on silniejszy niż kiedykolwiek w całej dotychczasowej historii III Rzeczypospolitej.

Jeszcze bardziej oczyszczająca rola zdemaskowanego kłamstwa została podana w wątpliwość w momencie, gdy premierem Polski został polityk, wobec którego wielokrotnie wysuwano wiarygodne oskarżenia o kłamstwo. Najlepiej pamiętanym tego przykładem były opowieści Ewy Kopacz o tym, co działo się bezpośrednio po katastrofie w Smoleńsku, w której zginął prezydent Lech Kaczyński. Kolejne miesiące po tragedii i znaleziska, w postaci elementów samolotu, ale także ludzkich szczątków, dokonywane przez przypadkowe osoby odwiedzające Smoleńsk, podważyły wiarygodność podawanych mediom – z wielkim przejęciem – obrazów o przekopywaniu terenu przy lotnisku w Smoleńsku „na metr w głąb”. Podobnie nic nie znaczył dla kariery Ewy Kopacz jej udział w „sprawie Agaty”, podczas której, ówczesna minister zdrowia zrobiła wszystko, by prawo polskie chroniące życie od poczęcia nie było wykonane i by nie obejmowało młodocianych matek. Choć być może się mylę i ten epizod bardzo pomógł dzisiejszej pani premier z PO.

Zostawmy jednak panią premier. Kłamstwo zupełnie spowszedniało, oglądamy je na każdym kroku, a tylko sporadycznie ma ono konsekwencje w postaci odpowiedzialności politycznej czy prawnej lub chociaż społecznej tych, którzy nim się posługują. Dzieje się tak przeważnie wtedy, gdy komuś o odpowiednio dużych wpływach na tym zależy lub uwikłany w kłamstwo nie ma odpowiedniej ochrony w przestrzeni publicznej.

Wydaje się, że najczęstszym mechanizmem manipulacyjnym, jaki jest dziś detonowany przez obserwatorów życia publicznego, jest tzw. wrzutka. Jej opisanie, choć wciąż jeszcze traktuje się jako znak publicystycznej przenikliwości, stało się zupełnie powszechne i śledzenie zależności pomiędzy rzeczywistą rangą zdarzeń, a rangą, jaką nadają im media, nie jest już dziś niczym nowym i szczególnym. Oddziaływanie jednak takiego demaskującego opisu praktycznego zblatowania władzy i mediów jest jeszcze mniejsze niż kłamstwa, ponieważ zwykle trudno kogoś złapać w takiej sytuacji za rękę i wszystko pozostaje w sferze domysłu. To z kolei łatwo pozwala na równoczesne użycie przez wrzucających innej obronnej techniki manipulacji, jaką jest ośmieszenie lub zignorowanie. Analiza „wrzutki” łatwo przecież zmieści się w szerokim spektrum zjawisk z etykietą „teorie spiskowe”, która „racjonalnego” odbiorcę zniechęci do dalszych dociekań. Nie ma bowiem nic gorszego dla człowieka „racjonalnego” niż, gdy zostanie zaszufladkowany – nawet we własnym mniemaniu – jako „oszołom”. Dziś to popularne w latach 90. słowo może nie pojawia się już tak często, ale ma swoje zastępniki – jeszcze niedawno popularny był „moher”, dziś są to przedstawicie „Polski radykalnej”. Choć może i to się kończy razem z klęskami obozu rządzącego od 2007 roku. Dodatkowo „radykałom” udało się ukuć kontrokreślenie, które zyskało pozytywny wydźwięk, czyli „antysystemowcy”. Stało się to pomimo niezbyt szczęśliwego przedrostka „anty”. Widać, że obrzydzenie wobec „racjonalności” władzy (niewątpliwie jest wśród jej przedstawicieli pewien rodzaj racjonalności) osiągnęło poziom krytyczny i przelewa się przez brzegi. Uwarunkowanie przekazu i jego zasadniczą nieobiektywność można pokazać właśnie poprzez obserwację różnych form językowych. Zatrzymajmy się chwilę przy przedrostku „anty”.

 

Lepsze pro- niż -anty

Przywołam jeden z ciekawszych przykładów. Kiedy w latach 70. ruch przeciwników liberalizacji prawa aborcyjnego posługiwał się lub był opisywany etykietką anti-abortion, trwał w głębokiej defensywie. Niemal marketingowe posunięcie, polegające na ogłoszeniu swojej opcji mianem pro-life (za życiem) zmieniło prawie wszystko, stało się katapultą nowej dynamiki społecznego poparcia dla aktywnego zaangażowania przeciwko holokaustowi nienarodzonych. Siła zmiany, która dokonała się przez język, była tak duża, że zwolennicy aborcji zaczęli unikać słowa o negatywnym wydźwięku, o którego prawne usankcjonowanie przecież walczyli, czyli właśnie abortion. Zamiast tego wprowadzono pozytywnie warunkowane określenie pro-choice (za wyborem). W ten sposób próbowano ustanowić językową równorzędność „opcji”.


Więcej niż „wrzutka”

Wróćmy jeszcze do wrzutki. Dobrze skonstruowana „wrzutka” może realnie oddziaływać na życie publiczne. Wzorowy przykład takiego działania, dalece wykraczającego poza proste manipulowanie wagą informacji, opisał Wojciech Sumliński w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. Oczywiście większość tego rodzaju „przesłon” jest właśnie znacznie prostsza i polega na wyciągnięciu jakiegoś tzw. tematu zastępczego lub „afery” mającej odwrócić uwagę od innego niewygodnego wydarzenia.

Przypomnijmy jednak sprawę niestawienia się Aleksandra Kwaśniewskiego przed komisją śledczą w sprawie PKN Orlen i jego kontaktów z lobbystą Markiem Dochnalem. Sumliński był wtedy (w 2005 roku) dziennikarzem tygodnika „Wprost”, Polska wciąż żyła nadziejami na zmianę związaną z błyskotliwą pracą komisji śledczej powołanej na okoliczność wyjaśnienia afery Rywina, w której prym wiedli posłowie Jan Rokita i Zbigniew Ziobro. Prezydent Kwaśniewski wtedy od dłuższego już czasu wypierał się związków z Dochnalem, a temat był drążony przez media. Tymczasem niedługo przed planowanym zeznaniem Kwaśniewskiego przed komisją orlenowską, Sumliński otrzymał zdjęcie potwierdzające, że postkomunistyczny prezydent spotkał się z głośnym wówczas prawnikiem lobbystą. Źródło, z którego wypłynęło zdjęcie, określiło dokładnie, kiedy ma nastąpić publikacja. Dziennikarze w dobrej wierze potraktowali pozyskane materiały i szansę na ich udostępnienie czytelnikom, jako element dziennikarskiego imperatywu mówienia prawdy, tam gdzie występuje kłamstwo. Gdy do publikacji już doszło, reakcja Aleksandra Kwaśniewskiego okazała się niezwykle gwałtowna i paniczna – prezydent jednoznacznie odmówił stawienia się przed komisją śledczą. Było jednocześnie oczywiste, że w sprawie Dochnala kłamał. Efekt akcji był jednak raczej odwrotny od zamierzonego przez dziennikarzy.

Sprawę najlepiej podsumował sam Wojciech Sumliński:

Większość mediów analizowała przyczyny tak ostrej reakcji Kwaśniewskiego, mnie tymczasem do głowy przyszła inna myśl: co by było, gdyby prezydent stanął przed Sejmową Komisja Śledczą, powtórzył pod przysięgą zapewnienia dotyczące nieznajomości z Dochnalem, które wcześniej po wielokroć wypowiadał w mediach i dopiero po tym zdjęcia opublikowane we „Wprost” ujrzałyby światło dzienne? Prezydent na oczach całej Polski – bo przecież posiedzenia Komisji były transmitowane na żywo – popełniłby jawne przestępstwo. Co byłoby dalej? Impeachment? Trybunał Stanu? Do tego jednak nie doszło, bo komuś zależało na wywołaniu reakcji łańcuchowej, która co prawda wprowadziła Kwaśniewskiego w stan przerażenia, ale de facto uratowała mu skórę. Dlaczego rozegrano to właśnie w ten, a nie inny sposób? Kto i po co wymyślił taki szatański, „wielopiętrowy”, plan? (…) Nigdy nie poznałem odpowiedzi na te pytania, ale jedno w tej historii nie ulegało dla mnie wątpliwości: miałem do czynienia ze znakomicie zorganizowanymi zawodowcami, przy których byłem zwyczajnym harcerzem. Przy współudziale mojego informatora po mistrzowsku wykorzystali i mnie, i „Wprost”.

Historia ta pokazuje, że manipulacje mogą przebiegać w sposób dalece nieoczywisty, a jednocześnie, że kłamstwo i jego ujawnienie jest tylko narzędziem skutecznego działania, a nie realnym zagrożeniem dla aktorów życia publicznego wobec nas, obserwujących grę. Co więcej, ujawnione kłamstwo może okazać się także wybawieniem w obliczu znacznie większych problemów, a potem szybko idzie w niepamięć.

Nieostra granica

Nie wszystko zwykle jest tak proste, jak w wielkich narracjach i działaniach intencjonalnie manipulacyjnych. Codzienne konstruowanie przekazu medialnego pociąga za sobą trudności, nieoczywistości, a u ludzi niepozbawionych prawości – także skrupuły. Poza politycznym oddziaływaniem na dynamikę świata medialnego czy operacyjnym kreowaniem faktów jest jeszcze zwykła praca dziennikarska, która im dalsza jest od słowa pisanego, a bliższa pracy obrazem telewizyjnym stwarza problemy krzyżujące się z dobrymi intencjami ludźmi nią się parających. Wynikają one z samego charakteru przekazu będącego zapośredniczeniem rzeczywistości. Jak mawiał stary McLuhan – medium is a message. Jakiś czas temu miałem okazję przeprowadzić wywiad z redaktorem naczelnym Telewizji Republika, dawniej głównym publicystą portalu Fronda, Tomaszem Terlikowskim, który oprócz tego, że jest autorem zaangażowanym i budzącym kontrowersje w bardzo różnych środowiska, jest także dziennikarzem o bogatym doświadczeniu zawodowym. Zaczynał jako młody człowiek biegający po ulicy z mikrofonem, a zatem na samym dole hierarchii dziennikarskiej, czyli tam, gdzie jest prawdziwe dziennikarstwo.

By zobrazować, jak trudno jest czasem odpowiedzieć na pytanie czy dany przekaz jest manipulacją, czy tylko sugestywnie podaną opinią lub problemem do dyskusji, przytoczył dwie historie.

Program o in vitro. Nagrywamy kobietę, która opowiada o swoich głębokich emocjach związanych z cierpieniem wynikającym z tego, że nie może mieć dzieci. Czy one są prawdziwe? Są prawdziwe. Opowiada o swoich pragnieniach i o tym, jak cierpiała, że nie mogła mieć dziecka. Potem opowiada o tym, jak bardzo się cieszy, że ma to dziecko, jak to jest cudowne i jak to jest fantastyczne. Na to nakładamy zdjęcia tego dziecka, które biega po domu, kręci się na karuzeli. Prawdziwe zdjęcia? Prawdziwe. Odrobinkę je spowalniamy, bo wiemy, że gdy dziecko biega tak szybko jak w rzeczywistości, to rodzice nie są tak wzruszeni, jak wtedy gdy biega odrobinę wolniej. A to przecież żadna manipulacja, tak odrobinkę zwalniamy, leciutki pastelek dodajemy i ładną muzykę, i robimy z tego taką pigułkę czterominutową. Manipulacja? I tak, i nie. Po czym dajemy go na początku dyskusji o in vitro i zapraszamy jeszcze do studia księdza. Po felietonie prowadzący odwraca się od monitora i zadaje mu pytanie: „Czy to dziecko zdaniem księdza nie powinno żyć?”. Brałem udział w tym programie.

A teraz druga historia. Nagrywamy program o aborcji. Nagrywamy kobietę, która miała dziecko z zespołem Downa i to dziecko umarło, kiedy miało dziewięć miesięcy. To jest prawdziwa historia. Kobieta weszła wtedy do internetu, zaczęła szukać wsparcia i znalazła wpis dziewczyny, która pisała, że jest w piątym miesiącu ciąży, jej dziecko ma zespół Downa, chciałaby dokonać aborcji. I ta kobieta odpisała dziewczynie – „Nie rób tego, miałam takie dziecko, ono umarło, zaadoptuję twoje, jeśli tylko je urodzisz”. Faktycznie zaadoptowała to dziecko. I ta właśnie kobieta w filmowym felietonie przed dyskusją opowiada o swoim cierpieniu z powodu straty i o swojej radości z tego, że ma to dziecko i jak to jest cudowne. Co jest nałożone na wierzch? Biegający chłopiec z zespołem Downa na spowolnionym lekko obrazie, nieco spastelizowanym i z piękną muzyką. Kończy się reportaż, a naprzeciwko prowadzącego program siedzi poseł Ruchu Palikota, do którego skierowane zostaje pytanie: „Panie pośle, czy pan by chciał, żeby to dziecko nie żyło?”. Manipulacja? Nie wiem.

Ten dłuższy fragment niepublikowanej jeszcze rozmowy bardzo dobrze obrazuje charakter współczesnych mediów, ale też pozwala zapytać, czy w ogóle są możliwe „dobre media”, skoro wszyscy i wszędzie wykorzystują w dobrej intencji środki co najmniej wątpliwe. Jaki jest tego efekt? Nawet jeśli nie zamierzamy umyślnie zniekształcać wyobrażeń i emocji ludzi, ogólny przekaz świata uzyskiwany z mediów jest swego rodzaju przerażającą karykaturą tego, co każdy z nas widzi z okien swojego domu. Tych okiem realnych, nie wirtualnych. Maciej Iłowiecki w książce „Pilnowanie Strażników. Etyka dziennikarska w praktyce”, by oddać stan naszych wyobrażeń o świecie, zapośredniczonych przez media, posłużył się przypowieścią. Oto obca rasa kosmitów przechwytuje sygnał telewizyjny emitowany masowo z Ziemi i na podstawie zawartości programów rozrywkowo-informacyjnych stara się ocenić stan naszej cywilizacji. Co by pomyśleli? Ich wnioski musiałyby być dla nas zaskakujące. Kosmici doszliby „do wniosku, że na Ziemi najwięcej jest przestępców i ścigających ich policjantów, że walki mafii i gangsterów toczą się wszędzie, a w ogóle ludzie zajmują się głównie czynieniem zła albo seksem i to właśnie – obok wypadków, katastrof, zbrojnych konfliktów i w ogóle agresji jest w ich życiu najważniejsze. Główne zaś gatunki Ziemian, to agresywni, młodzi ludzie, na ogół z krajów rozwiniętych gospodarczo i z kręgu cywilizacji euroamerykańskiej.” Analogicznie spróbujmy sobie odtworzyć wizję świata mediów i jej adekwatność z rzeczywistością z czasów apogeum działania tak zwanego „przemysłu pogardy”. Jest to tym bardziej przygnębiające, jeśli zdamy sobie sprawę, że przecież nie każde kłamstwo jest produkowane „jako kłamstwo”. Czasem jako rozrywka o pozornie neutralnej wymowie, a jednak nieuchronnie jest także treścią formacyjną. Lub może bardziej deformacyjną.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Czytany 1306 razy
Tomasz Rowiński

Historyk idei, redaktor pisma ?Christianitas?

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.