piątek, 27 listopad 2015 20:32

Smutek odchodzącego świata

Napisał

Z prof. Thomasem Flemingiem rozmawia Michał Krupa

Prof. Thomas Fleming – katolicki tradycjonalista i paleokonserwatywny myśliciel, były Przewodniczący Rockford Institute, redaktor „Chronicles: A Magazine of American Culture”. Autor sześciu książek.

Większość polskich tzw. ekspertów od Rosji dezinformowała opinię publiczną i de facto uczynili z Polski kraj frontowy. Rosja nigdy nie chciała, aby Polska była krajem frontowym, ale paranoiczna wizja Rosji Zbigniewa Brzezińskiego stała się samospełniającym się koszmarem. „Zbig” zrobił z Ukrainy drugi Afganistan, a z Polski drugi Pakistan – drugi raz po pierwotnej akcji wspierania afgańskich mudżahedinów w latach 1979-1980, gdy był przy władzy.

Jakim krajem są Stany Zjednoczone po ośmiu latach prezydentury Baracka Obamy?

Gdy Barack Obama został wybrany prezydentem, reakcje były podzielone w zależności od afiliacji partyjnej. Demokraci, szczególnie ci, którzy należeli do mniejszości etnicznych, oczekiwali natychmiastowego polepszenia ich warunków życia i szybkiej możliwości rozwoju. Oczekiwali również rychłego zakończenia militarnego awanturnictwa, które charakteryzowało prezydenturę jego poprzednika. Republikanie, przeciwnie, obawiali się wyższych podatków, które w połączeniu z socjalistycznymi propozycjami Obamy, doprowadziłyby do gospodarczej stagnacji i utraty szansy życiowego rozwoju. Jak się okazało, Demokraci całkowicie się mylili, a Republikanie byli zbyt optymistyczni. Czarni i latynoscy wyborcy nie uzyskali niczego poza większym oburzeniem, amerykańscy żołnierze nadal walczą w Afganistanie, a zainicjowana przez Amerykę „Arabska Wiosna” spowodowała nieopisane zniszczenia w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Częściowe ożywienie gospodarcze jest powolne i niezadowalające, a klasa średnia wiąże teraz swoje nadzieje z wyborem Republikanina na prezydenta, który najprawdopodobniej nie zrobi nic, aby cofnąć rewolucję, która przetoczyła się przez kraj przez ostatnie osiem lat. Ameryka jest obecnie krajem gdzie obywatele – szczególnie ci z Południa i chrześcijanie – są zobligowani nienawidzić swojej historii i tożsamości.

Wielu konserwatystów, szczególnie w świetle ostatniej decyzji Sądu Najwyższego legalizującej tzw. małżeństwa homoseksualne, twierdzi, że wojna kulturowa w Ameryce dobiegła końca i lewica wygrała. Niektórzy proponują tzw. opcję benedyktyńską, według której chrześcijanie powinni odwrócić się od otaczającego ich liberalizmu i zacząć tworzyć zamknięte wspólnoty moralnej ortodoksji. To zbiega się ze słynnym libertariańskim postulatem „nieregulowania małżeństwa”, implikując tym samym, że rząd nie ma żadnej roli do odegrania w ochranianiu i promocji instytucji małżeństwa. Jednak, gdy spojrzymy na klasyczną filozofię państwa, która leży w samym sercu Christianitas – lub pozostałościach tejże – nie tylko, że chrześcijanie nie powinni odwracać się od świata, lecz również władza ma moralny obowiązek karania zła i promowania cnoty, w ten sposób przyczyniając się do „wspólnego dobra” społeczności. Czy nie jest tak, że obie te opcje są niczym innym jak zwykłą kapitulacją w obliczu kulturowej hegemonii liberalizmu?

Całkowicie nie zgadzam się z libertariańską argumentacją. Wspólnota polityczna (termin „państwo” ma wiele specyficznie historycznych konotacji, które ograniczają jego użyteczność) istnieje, jak to św. Tomasz z Akwinu genialnie wydedukował od Arystotelesa, w celu stworzenia warunków sprzyjających prawemu życiu. Nie jest w stanie skutecznie narzucić cnoty, ale poprzez zabezpieczenie praw własnościowych, ustanowienie rządów prawa, sprzyjanie cnocie i oponowanie przeciwko występkom, zachęca swoich obywateli do prawego i dobrego życia.

Tzw. opcja benedyktyńska ma więcej zalet po swojej stronie, ale bazuje na złudzeniu, że Zachód zasadniczo był kwitnącą i moralnie nienaruszoną kulturą aż do czasów najnowszych (np. do lat 60. lub, w bardziej skrajnych przypadkach, do lat 20.). De facto kampania na rzecz podważenia i zniszczenia Christianitas była projektem renesansowych i oświeceniowych intelektualistów, którzy ciągle są chwaleni przez katolickich teologów, którzy nawet obecnie przywołują antykatolicką terminologię praw człowieka, demokracji i równości. Dopóki Montaigne, Locke, Kant, Hegel, Husserl i Sartre są akceptowalni w katolickich kręgach, dopóty ich członkowie nie wniosą nic użytecznego do dzieła kontrrewolucji, które jako jedyne może uratować Europę i Amerykę Północną.

(...)

Czytany 906 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.