sobota, 28 listopad 2015 00:13

Od Redakcji

Napisał

Jak grom z jasnego nieba gruchnęła nagła wieść, że Europa stała się z dnia na dzień ziemią oblężoną. Nigdy niczego nie spodziewające się lewicowo-liberalne media zapoznały nas z obrazami taborów ciemnoskórych Hunów XXI wieku, którzy a to drogą lądową, a to wyłaniając się z morza, poczęły wylewać się na nasz kontynent forsując kolejne granice. Często agresywny tłum, złożony z głównie z młodych mężczyzn, zachowujący się jak szarańcza, która zostawia po sobie pas wyjałowionej ziemi, konsekwentnie podąża do ustalonego punktu zbornego, którym okazała się Republika Federalna Niemiec – kraina mlekiem i miodem (i zasiłkami) płynąca. Media, jakby wstydząc się transmitowanych przez siebie oraz wyciekających przez portale społecznościowe, obrazów, przyjęły narrację powodującą u odbiorców swoisty dysonans poznawczy. Jej powracającym motywem przewodnim stało się oswajanie przeciętnego europejczyka z nowym zjawiskiem, które przedstawia się w coraz to bardziej pastelowych barwach. Zarówno Kowalskich, jak i Schmidtów nakłania się do otwarcia swych serc i domowych pieleszy przed imigrantami. O dziwo, najbardziej skrajne lewicowe media, musztrując swoją publiczność, jak gimnazjalistów, posługują się wyjątkowo chrześcijańskimi odwołaniami i figurami retorycznymi.

Nie ma wątpliwości, że ogromne połacie Bliskiego Wschodu od początku XXI wieku stają się miejscem coraz większego chaosu i tragedii, co zostało zainspirowane (wielokrotnie pisali o tym autorzy Opcji na Prawo) głównie przez państwa tzw. cywilizacji Zachodu z nieocenioną rolą amerykańskiego imperium. Rzesze spokojnych wyznawców Allaha i Jezusa Chrystusa, wiodąc dotąd w miarę spokojny żywot na terenach państw takich jak Syria, Egipt czy Libia, stanęły nagle w obliczu zagrożeń, które zamieniły ich życie w piekło. Wielu z tych ludzi, wyłączonych poza nawias, pozbawionych swojego domu, ziemi, rozpaczliwie poszukuje ratunku za granicami swego państwa a nawet kontynentu. Czy na pewno mamy jednak do czynienia z takimi właśnie uchodźcami? Ile takich biednych ludzi znajduje się w żywiołowym tłumie przemierzającym nasz kontynent? Czy słabe demoliberalne struktury UE potrafią poradzić sobie z ich wyselekcjonowaniem? Powstaje wiele wątpliwości. Dziwnym trafem w pochodzie uciekinierów biorą udział głównie młodzi, silni mężczyźni wyposażeni w telefony komórkowe najnowszej generacji, zdradzający swoje wysokie oczekiwania, bardzo często agresywni wobec swoich nowych gospodarzy. W Europie wraz z falą emigrantów nasiliły się burdy, dochodzą liczne wieści o gwałtach, pobiciach i podpaleniach, walkach między poszczególnymi nacjami przybyszów, jak choćby te z wyspy Lesbos. Wędrówka ludów jest bardzo na rękę radykalnym środowiskom islamskim, co często wyrażają wprost. Nie tak dawno oglądaliśmy obrazki jak policja grecka skonfiskowała idącą w ślad za emigrantami kontrabandę broni.

Fala uchodźców budzi czujność wielu Europejczyków i jest to coraz częściej wyrażane politycznymi wyborami. Nawet w partiach centrowych zaczyna w Europie powoli przeważać stanowisko antyimigracyjne. Wystarczy wspomnieć, że wśród polityków CDU, rodzimej partii głównej winowajczyni polityki otwarcia granic - Angeli Merkel, nasila się ostra krytyka linii przyjętej przez panią kanclerz. Powoli od polityki pro-imigracyjnej odwraca się Austria, która postanowiła wybudować antyimigracyjne płoty na swojej wewnątrzwspólnotowej (!) granicy. Przypomnijmy, że premier Węgier Viktor Orbán, dosłownie chwilę temu, potępiony został za obronę dostępu do zewnętrznych granic Unii Europejskiej! W naszym kraju uległe wobec Niemiec proimigracyjne stanowisko byłego już rządu Ewy Kopacz pogrzebało w znacznej mierze szansę na wygraną Platformy Obywatelskiej w wyborach. Polacy zagłosowali głównie przeciwko przyjęciu imigrantów.

Z atmosfery kampanii wyborczej skorzystały polskojęzyczne media, nie marnując okazji do tego by znacznie ograniczyć informacje o przetaczających się przez Chorwację, Słowenię czy Austrię kolejnych pochodach. Problem jednak nie zniknął. Nasz kraj, nasze władze, a także my sami, musimy dzisiaj precyzyjnie rozpoznać, czym w istocie jest zalew imigrantów. Potokiem ludzi potrzebujących, którym należy po chrześcijańsku udzielić dachu nad głową i gościny, czy też „być albo nie być” naszego kontynentu.

W wydanej już prawie dziesięć lat temu przez wydawnictwo Wektory książce znanego konserwatywnego publicysty – Patrica Buchana „Śmierć Zachodu” autor z ogromną precyzją przepowiedział realizujące się na naszych oczach procesy, między innymi nieodwołalną islamizację Europy. Trudno nie zauważyć, że nowy zalew przedstawicieli skrajnie odmiennej kultury grozi znacznym przyspieszeniem erozji coraz słabszej europejskiej cywilizacji, która cechując się co najmniej piramidalnym brakiem instynktu samozachowawczego, dąży od lat do samozagłady. Chichotem historii jest fakt, że ratunkiem dla jej bezwładu może stać się Rosja, kraj, co do którego obowiązuje (zwłaszcza w Polsce) utarta klisza prominenta na osi zła. Po skutecznym zbombardowaniu placówek buntowniczej armii Państwa Islamskiego, Władimir Putin chwali się sukcesem, który przejawia się deklaracją powrotu ośmiuset tysięcy uchodźców do Syrii.

Czytany 1036 razy
Więcej w tej kategorii: « Oblężenie Europy od wewnątrz
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.