Agnieszka Piwar

Agnieszka Piwar

Z Aldoną Ciborowską, doktorem nauk prawnych i publicystką rozmawia Agnieszka Piwar.

W swojej publicznej działalności demaskuje pani współczesnych rewolucjonistów. To trochę jak walka Dawida z Goliatem. A jednak skądś czerpie pani siły, by postawić się nowej lewicy...
Moją publiczną działalność postrzegam jako misję, która w pierwszym rzędzie ma doprowadzić do myśli wypracowanej – na temat nowej lewicy – przez lata pracy badawczej, przez osobiście znane mi osoby, tj. ks. prof. Tadeusza Guza i Marguerite A. Peeters. Fakt, że je spotkałam, znam i rozumiem, uważam za opatrznościowy.

Moim pragnieniem, jako osoby, która doświadczyła odejścia od Boga i powrotu do Niego, jest to, by wyprowadzać ludzi z chaosu pojęciowego, intelektualnego – który był również moim udziałem. Dziś już wiem, że stało się to za sprawą oddziaływania ideologii, która rozbija rodziny, relatywizuje prawdę, zawłaszcza system edukacji, by rozchwiać człowieka jako osobę, która jest ciałem i duszą powołana do Miłości, Prawdy, Piękna, z ludźmi i Trójjedynym Bogiem.

sobota, 10 grudzień 2016 01:34

Diabeł postawił na show-biznes

W skrócie wygląda to tak. Szatan wybiera sobie grupę ludzi, którzy dostają od niego zlecenie rozwalenia świata stworzonego przez Boga. Oni typują przyszłych profesorów, którzy mają skonstruować ideologie i przepchnąć je przez katedry światowych uniwersytetów. Następnie plan trzeba wdrożyć w życie. W grę wchodzi przekupienie polityków i urzędników, którzy przeforsują odpowiednie ustawy, oraz dziennikarzy i publicystów, którzy odpowiednio to opiszą. Na szarym końcu tego łańcucha jest wmówienie miliardom ludzi, że to, co szykują dla nich słudzy Lucyfera, jest właściwe. Wykonawcą tego zlecenia są ulubieńcy masowej publiczności: piękni, uśmiechnięci, bogaci i znani przez cały świat. Show-biznes, a wraz z nim aktorzy i aktorki, producenci filmowi, reżyserzy, muzycy, piosenkarze i piosenkarki oraz wszelkiej maści celebryci – to właśnie oni zamykają ostatni etap procesu prowadzącego wprost do upadku człowieka i naszej cywilizacji.

z Ambasadorem Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej Siergiejem Andrejewem rozmawia Agnieszka Piwar

Dlaczego Rosja uważa, że tarcza antyrakietowa stanowi potencjalne zagrożenia dla jej bezpieczeństwa?

Stabilność strategiczna, równowaga wojskowo-polityczna w świecie współczesnym polega na tym, że żadna ze stron posiadających arsenały jądrowe nie może zastosować broni atomowej przeciwko innej stronie, nie ulegając przy tym nieuniknionemu zagrożeniu unicestwieniem w wyniku ataku odwetowego. Taki stan rzeczy jest mocnym czynnikiem powstrzymującym i gwarancją odpowiedzialnego zachowania się mocarstw jądrowych. Na tej logice bazowała radziecko-amerykańska umowa z 1972 r. o ograniczeniu systemów obrony przeciwrakietowej: strony dobrowolnie i świadomie rezygnowały z prób zabezpieczenia się przed atakiem odwetowym.

Tej logiki wyrzekła się strona amerykańska w 2001 r., kiedy wystąpiła z układu z 1972 r. i rozpoczęła tworzenie systemu obrony przeciwrakietowej, który ma na celu zabezpieczenie terytorium USA przed atakiem jądrowym. Jak dotąd, to jeszcze jest niemożliwe, ale cel został postawiony, prace są w toku i jest całkiem prawdopodobne, że w pewnym momencie przywództwo USA dojdzie do wniosku, że ma możliwość zniszczenia środków jądrowych Rosji za pomocą wysoko precyzyjnej broni i następnie, wykorzystując system przeciwrakietowy, może zneutralizować te rakiety rosyjskie, które po takim uderzeniu zostaną w odpowiedzi wystrzelone w USA.

Można sobie wyobrazić, jak się zmieni zachowanie amerykańskiego przywództwa w takim wypadku, jeszcze silniej wzrosną pokusy narzucania własnej woli reszcie świata, jeśli będzie ono w stanie zastosować pogróżkę „zwycięską wojną jądrową”.

Rosja uważa, że absolutnie nie może pozwolić na to, żeby u przywództwa USA pojawiały się niebezpieczne złudzenia co do swojej niedosięgłości.

(...)

Z dr hab. Dmitrijem Karnauchowem, historykiem, profesorem Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku oraz Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego w Nowosybirsku rozmawia Agnieszka Piwar.

Walczymy o to, żeby rosyjska młodzież odkrywała Europę przez Polskę – w Polsce, niestety, nie ma analogicznego zainteresowania Syberią. Tymczasem tym krajem warto się interesować nie tylko ze względu na ciekawostki przyrodnicze. Syberię warto zwiedzać przede wszystkim dlatego, ponieważ z jej perspektywy można lepiej zrozumieć Rosję.

Rosyjski naukowiec z dalekiej Syberii wiąże swoją zawodową drogę z Polską. Czy ma pan polskie korzenie?

W Polsce zawsze pytają o to obywateli Rosji, tymczasem trzeba zrozumieć rosyjską mentalność. W Rosji – a przede wszystkim na Syberii – kwestia pochodzenia z tego, czy innego narodu nie ma podstawowego znaczenia, ponieważ wspólnota rosyjska składa się z wielu nawarstwień narodowych czy wyznaniowych. Szczególnie Syberia jest taką mieszanką różnych narodów i kultur. Ja osobiście nie mam polskiego pochodzenia, ale znam sporo osób, które mają pochodzenie polskie, jednak czują się Rosjanami.

Skąd zatem pańskie zainteresowanie polską historią?

Jest to związane z moimi zainteresowaniami historią i kulturą narodów słowiańskich. W Związku Radzieckim polska tradycja była postrzegana jako jedna z najważniejszych części tradycji narodów słowiańskich. Uważano, że Polska i Rosja stworzyły wśród narodów słowiańskich najwięcej w zakresie kultury, państwowości i rozwoju społecznego. Będąc jeszcze studentem, interesowałem się kulturą i historią średniowieczną Słowiańszczyzny, szczególnie koncepcjami panslawistycznymi w historiografii. Panslawizm, jako pewna ideologia panował w czasach nowożytnych i łączył narody słowiańskie oraz traktował je jako wspólnotę. Moim zdaniem, w kulturze i tradycji słowiańskiej Polska odegrała najważniejszą rolę na pewnym etapie w ramach kultury europejskiej. I właśnie dlatego osiągnięcia tej kultury okazały się dla mnie atrakcyjne od strony naukowej.

(...)

sobota, 20 sierpień 2016 13:27

Dyplomacja na dwóch kółkach

Jeden z czołowych działaczy chrześcijańskich Rosji. Tymi słowami opisano lidera motocyklowego klubu Nocne Wilki na łamach angielskojęzycznego portalu russia-insider.com, w artykule pt. „Russia’s Coolest Christian”. Przyjaciel Putina, Aleksander Załdostanow ps. „Chirurg” chrześcijańskim wojownikiem? W tym szaleństwie jest metoda!

Na temat Nocnych Wilków w polskich mediach napisano już wiele. Niemal wszystko na jedną nutę. Główny „zarzut” to oczywiście przyjaźń z prezydentem Federacji Rosyjskiej. Do tego dochodzą oskarżenia o udział w aneksji Krymu oraz pretensje za upamiętnianie żołnierzy Armii Czerwonej i promowanie radzieckiej symboliki.

I to wszystko jest prawdą. Jednak z punktu widzenia rosyjskiego patrioty żadne z tych działań nie klasyfikuje się jako naganne. Wystarczy pojąć jedną podstawową zasadę: w rosyjskiej szkole lekcja historii różni się od naszej. Czy wobec tego, mamy prawo oskarżać i pouczać tych młodych ludzi oraz robić im jakieś wyrzuty? Po rozpadzie Związku Radzieckiego Federacja Rosyjska borykała się z wieloma problemami. Konsekwencje zmian polityczno-ekonomicznych znacznie osłabiły państwo. Ten los odmienił Władimir Putin. To on od 17 lat nieprzerwanie rządzi Rosją, przywracając jej rolę wielkiego gracza na arenie międzynarodowej. Putinowi udało się coś jeszcze. Połączył spuściznę ZSRR z tradycją carskiej Rosji. Podczas gdy w Polsce panuje moda na wymazywanie dziedzictwa PRL, prezydent Rosji nie pozwala sobie na dzielenie społeczeństwa. Sięgając do czasów Imperium Rosyjskiego, przywraca dawną świetność Cerkwi prawosławnej. Wspominając potęgę Związku Radzieckiego, czci pamięć o żołnierzach Armii Czerwonej, których udział w wielkiej wojnie Motocykliści z klubu Nocne Wilki stanowią pewnego rodzaju odzwierciedlenie współczesnej Rosji, którą Putin nie tylko uchronił od podziału, ale konsekwentnie próbuje jednoczyć z innymi narodami. Wszystko odbywa się w brawurowym stylu, choć metoda jest banalnie prosta. ojczyźnianej przyniósł zwycięstwo nad III Rzeszą.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 23:54

Zagrożenie dla Europy

Z dr. Idrisem Mayya’em rozmawia Agnieszka Piwar

Według informacji pochodzących nie z syryjskich, ale z europejskich środków masowego przekazu, zwłaszcza brytyjskich, wśród uchodźców jest obecnie ponad cztery tysiące osób, które współpracowały z grupami terrorystycznymi w Iraku i Syrii.

Cała Europa żyje tematem przyjęcia uchodźców z Syrii, w szczególności z terenów, które opanowali terroryści z ISIS. Pierwsze grupy przybyły już do Unii Europejskiej. Co wiemy o tych ludziach? Ilu z nich to Syryjczycy?

Informacje dotyczące liczby tych uchodźców są mocno przesadzone i nie do końca prawdziwe. Przede wszystkim nie wszyscy są Syryjczykami, na co wskazują wiarygodne źródła; jest także wiele prawdziwych doniesień pochodzących np. z portali społecznościowych. Dotarła do nas informacja, że jeden z Syryjczyków mieszkający od ponad 10 lat w Niemczech i znakomicie władający językiem niemieckim został poproszony przez władze tego kraju o pomoc w tłumaczeniu rozmów z uchodźcami. Pojechał do obozu, w którym przebywało trzystu uchodźców. W trakcie rozmów okazało się, że wśród nich jest tylko dwudziestu Syryjczyków. Pozostali to Irakijczycy, Afgańczycy, Erytrejczycy, Egipcjanie, Sudańczycy, Pakistańczycy, Czeczeńcy i obywatele innych krajów.

Przecież to nie jest nawet 10 procent. A czy chociaż są to osoby, które faktycznie uciekły przed grożącym im śmiertelnym niebezpieczeństwem ze strony terrorystów?

Wśród uchodźców syryjskich są tacy, którzy uciekli z rejonów w znacznej części kontrolowanych przez grupy terrorystyczne, tj. z prowincji Daraa, al Raqqa i Deir Ez-Zour. Przedostali się oni do całkiem bezpiecznych miejsc w Syrii, takich jak: Latakia, Tartous, Hama, Suwaida, Homs, Damaszek i itd.

A jak to wygląda w Europie?

Mam wielu znajomych na terenie Węgier, ponieważ pracowałem tam pięć lat. Jeden z moich przyjaciół przekazał mi to, co zobaczył na dworcu kolejowym w Budapeszcie. Według jego relacji, większość przebywających tam uchodźców to nie są obywatele Syrii. Niestety, wielu z nich podaje, że są Syryjczykami, tylko po to, aby otrzymać azyl.

Bardzo ważne jest to, że według informacji pochodzących nie z syryjskich, ale z europejskich środków masowego przekazu, zwłaszcza brytyjskich, wśród uchodźców jest obecnie ponad cztery tysiące osób, które współpracowały z grupami terrorystycznymi w Iraku i Syrii. Na portalach społecznościowych można znaleźć fotografie wielu osób, które wcześniej działały we Froncie an-Nusra czy armii islamskiej [ISIS, przyp. AP], a dziś z opublikowanych zdjęć wynika, że znajdują się w Niemczech. Jeżeli informacje te są prawdziwe, to ludzie ci stanowią zagrożenie dla Europy. Dlatego syryjski rząd od dawna wzywa do stworzenia jednej, jasnej strategii niezbędnej do pokonania terroryzmu. W poprzednich wywiadach mówiłem już, że ta bardzo duża liczba terrorystów – którzy przybyli do Syrii z ponad 83 krajów, w tym z 14 krajów Europy – nie spadła z nieba. Przyjechali za wiedzą wywiadów państw, w których obecnie przebywają, jeśli nie przy ich pomocy. Syria ostrzegała wiele razy ustami prezydenta Baszara al-Assada, czy syryjskiego wicepremiera, ministra spraw zagranicznych Walida al-Mu’allima, że jeśli terroryzm się rozprzestrzeni, to będzie we wszystkich krajach.

Jak to możliwie, że dopuszczono do takiej sytuacji? Kto odpowiada za to, że ci ludzie zaczęli napływać do Europy?

Uważam, że to pytanie należy skierować do władz tureckich, które pozbywają się uchodźców z Syrii – znajdujących się na terenie Turcji – nakłaniając ich do wyjazdu do Europy.

(...)

Doświadczenie pokazuje, że wojna, aby miała szansę rozkręcić się na całego, musi bazować na podżeganiu do nienawiści. Największym sprzymierzeńcem decydentów tego świata okazują się środki masowego przekazu. Dla przykładu, w Rwandzie nie doszłoby do masowego ludobójstwa, gdyby ktoś nie zaprojektował, a następnie nie zrealizował planu skłócenia ze sobą zamieszkujących tam plemion Tutsi i Hutu. Narzędziem było radio. Cyklicznie powtarzające się audycje, nakręcające jednych przeciw drugim, w konsekwencji doprowadziły do tego, że maczety poszły w ruch i wyrżnięto ponad milion niewinnych osób. Wszystko działo się w obecności biernie przyglądających się temu wojsk ONZ.

Dwie szatańskie ideologie XX wieku: nazizm i komunizm, również chętnie korzystały z możliwości masowego komunikowania się z obywatelami. Modelowym tego przykładem jest produkcja III Rzeszy pt. „Żyd Süss” z 1940 roku. Ten klasyczny nazistowski film propagandowy przedstawił historię Żyda, który popełnił ohydne zbrodnie. Celem tego obrazu – i jemu podobnych – było wykreowanie negatywnego wizerunku Żydów, tak, by naziści mogli z akceptacją Niemców dokonywać swoich antysemickich zbrodni. Dalszy bieg wydarzeń wszyscy znamy. W przypadku bolszewickiej rewolucji w Rosji nieodłącznym elementem były propagandowe ulotki. Ten prosty nośnik przekazu – jak i całą rewolucję – sfinansowały zachodnie banki. Treść ulotek zawsze łączyło jedno: wzniecanie nienawiści do drugiego człowieka. Siła przekazu okazała się przerażająca – dziesiątki milionów trupów!

XXI wiek i rodzime podwórko

Niechlubną listę mediów, które bazując na dezinformacji wpisują się w wojenną retorykę, otwiera w Polsce portal fronda.pl. Na łamach tego serwisu – samozwańczo określającego się jako „chrześcijański” – nieustannie ukazują się treści podżegające do nienawiści względem muzułmanów. Działające na emocje fotografie okaleczonych kobiet, poobcinane głowy, masowe gwałty, zalane krwią płaczące dzieci... Tylko jakoś faktów – kto faktycznie stoi za finansowaniem zbrodniarzy z ISIS – brak. Siedzący w wygodnych fotelach redaktorzy, którzy – śmiem przypuszczać – nie znają osobiście ani jednego muzułmanina, całą winę zwalają na islam.

A teraz kilka przykładów nośnych tytułów, jakimi swoich czytelników straszy fronda.pl (pisownia oryginalna): W imię Hitlera i Allacha. Muzułmańskie jednostki Waffen SS; Tak się bawią islamiści. Gwałcą 12-letnie niewolnice...; Oto, czym jest kobieta w islamie. Przemoc i gwałty są jak „dzień dobry”; Pedofilia to stara islamska tradycja; Kupując kebaba, mówisz „tak” barbarzyństwu; Czy zespół Mazowsze będzie tańczył w burkach?; Lewica zaprasza islamistów, by zniszczyć naszą kulturę.

W natłoku tych artykułów, ukazał się też taki, który bezpośrednio uderzył w obywatela Polski. Mowa o tekście pt. Terrorysta promuje przyjmowanie Arabów do Polski (8 sierpnia 2015 r.). Owym „terrorystą” ma być według frondy pochodzący z Palestyny Omar Faris. Jestem tylko zwykłą publicystką, nie mam żadnych możliwości zweryfikowania „rewelacji” frondy u oficerów wywiadu czy kontrwywiadu. Samo zapytanie Farisa, o to, czy terrorystą jest, również nie wchodzi w grę – bo przecież nawet gdyby był, i tak odpowiedź byłaby przecząca. Jak zatem zweryfikować doniesienia tego portalu? Sięgnąć do logiki. Gdyby Omar Faris faktycznie był terrorystą – jest to przecież bardzo poważny zarzut – a redaktorzy fronda.pl mieliby jakieś ekstra dojścia i weszliby w posiadanie niezbitych dowodów (w końcu w obliczu takich zarzutów trzeba je przedstawić!), to czy wówczas odpowiednie służby w Polsce pozwoliłby temu człowiekowi cieszyć się wolnością? Tymczasem żadne organy ścigania tych „informacji” poważnie nie potraktowały, podczas gdy anonimowy (tj. posługujący się inicjałami) redaktor portalu fronda.pl nawet retorycznie nie zapytał, czy Palestyńczyk ten rzeczywiście mógłby być terrorystą, tylko wprost to stwierdził, sam nie mając cywilnej odwagi podpisać się pod tym własnym nazwiskiem.

Warto przy okazji odnotować, że oczerniony przez frondę człowiek mieszka w Polsce od ponad 30 lat, jest znanym na świecie działaczem pokojowym, szefem Pozarządowego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Palestyńczyków w Polsce oraz członkiem Międzynarodowej Koalicji na rzecz Powrotu Uchodźców Palestyńskich. Nikt nigdy nie przedstawił żadnego wiarygodnego dowodu, jakoby miał on być terrorystą. Niemniej jednak skutkiem wymierzonej przeciwko Farisowi publikacji jest to, że iluś nieszczęśników poważnie traktujących ten dawno już skompromitowany portal uwierzyło w te oszczercze doniesienia. I o to właśnie chodziło, gdyż w tej części świata jesteśmy obecnie (jeszcze) na etapie wojny propagandowej. Działające na zlecenie obcych mocarstw media przygotowują grunt, mają za zadanie docierać do umysłów i serc obywateli, tak, by nakręcić jednych przeciw drugim.

(...)

Z dr. Idrisem Mayya’em chargé d’affaires ambasady Syrii w Polsce rozmawia Agnieszka Piwar

W rzeczywistości to Stany Zjednoczone, jak i niektórzy ich sojusznicy, stworzyli to, co nazywamy ISIS (Państwo Islamskie), i te grupy, które są na miejscu, w Syrii. Jeśli spojrzymy w nieodległą przeszłość, to zobaczymy, że właśnie tak wygląda amerykańska polityka. Wszyscy przecież wiemy, że to właśnie Stany Zjednoczone stworzyły Bin Ladena oraz Al-Kaidę – po to, aby realizować swoją politykę.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.