sobota, 28 maj 2016 23:41

Nigdzie nie ma takiego eldorado bankowego jak w Polsce

Napisał

Z Januszem Szewczakiem rozmawia Aleksander Kłos

Przed nowym rządem stoją kolosalne wyzwania. A krajowi zaprzańcy i zagraniczne lobby, zwłaszcza to finansowe, chce go na wszelkie sposoby i za wszelką cenę obalić – proszą nawet o zagraniczną interwencję, o obcinanie dotacji, o łajanie, o dyscyplinowanie. Denuncjują własny naród, społeczeństwo do obcych, byleby się znów zbliżyć do tych stołków, od których zostali skutecznie oderwani i to decyzją suwerena – Narodu.

Jak pan ocenia sztandarowy program rządu, tzw. plan Morawieckiego? Padają oskarżenia, że jest to raczej marzycielstwo, myślenie życzeniowe, nie ma szans na zrealizowanie, a i ocena obecnego stanu naszego państwa jest zbyt pesymistyczna.

Plan wicepremiera Mateusza Morawieckiego to zarys pewnej koncepcji, wizji, która wydaje się ciekawa i wartościowa, gdyż z pewnością postawiona w nim diagnoza jest słuszna. To znaczy, że nie jesteśmy żadną „zieloną wyspą”, że zadłużyliśmy się ponad miarę, że nie da się rozwijać wyłącznie na podstawie zagranicznych pożyczek, że trzeba odzyskać głupio wyprzedany (w ramach tzw. prywatyzacji) i utracony majątek narodowy, że trzeba mieć własne fabryki, odzyskać banki, mieć własne sieci handlowe, własne media. To jest diagnoza w pełni słuszna. Ja od 26 lat o niczym innym nie mówię, tylko właśnie o tym. Przez te wszystkie lata byłem traktowany jako oszołom i moherowy ekonomista, nierozumiejący złożoności tego świata i niedoceniający tej rzekomej „zielonej wyspy”, którą, oczywiście, nigdy nie byliśmy.

Jaki miałby być efekt tego planu?

To jest nowe podejście do wybicia się na suwerenność gospodarczą. Potrzebni są Polsce niewątpliwie bankierzy-wizjonerzy, ale także prawnicy-rzemieślnicy. Efekty takiego planu – jeśli on miałby być skutecznie wdrażany – będą widoczne za 10-15 lat. Wicepremier Mateusz Morawiecki mówił, że polskie wynagrodzenia, które się mają zrównać w Europie, to jest dość odległa wizja – może nawet 15-20 lat.

Czy Polacy są gotowi, by tak długo czekać? Wielu nie rozumie, dlaczego pracuje więcej i nie gorzej niż na Zachodzie, a otrzymuje za swój trud kilka razy mniejsze wynagrodzenie. Wciąż wiele osób wyjeżdża, a ci, którzy znaleźli pracę w innych krajach, często założyli już tam rodziny i mała jest szansa, że będą chcieli wrócić.

Polskie społeczeństwo ma aspiracje i rozbudzone ambicje. Chciałoby już dzisiaj widzieć takie sensowne zmiany. Chciałoby poprawy warunków życia, niższych kosztów utrzymania, które są horrendalnie wysokie. Mamy wiele usług bankowych, marż, prowizji, które są w Polsce głównie zdominowane przez kapitał zagraniczny, a które są wyższe niż w wielu bogatych krajach UE. Polacy mówią – chcemy lepiej zarabiać, chcemy wybić się na suwerenność gospodarczą, tak żeby mieć własne fabryki, banki, media. Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie protestował przeciwko innowacyjności czy nowym technologiom albo rozwojowi przemysłu, który rządzący Polską przez 26 lat zniszczyli i zlikwidowali, choćby przemysł stoczniowy, obrabiarkowy. Ale są wyzwania dnia dzisiejszego, trzeba znaleźć pieniądze na najważniejsze projekty. Wydawać pieniądze potrafi każdy głupi, natomiast zarabiać pieniądze dla Polski i Polaków to już jest znacznie trudniejsza sprawa. Dlatego głównym problemem jest to, jak spowodować, żeby zarabiać te pieniądze i za pomocą jakich instytucji i rozwiązań. Jak na razie widzimy, że rokrocznie wycieka za granicę nam z tego polskiego dzbana finansowego – niektórzy mówią 70 miliardów złotych, inni że aż 90 miliardów.

(...)

Czytany 2749 razy
Więcej w tej kategorii: « Miasto dostawców Ambitne zamiary »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.